Reklama

Reklama

Kościoły, schabowy i Podlasie. Sprawdziłam, jak żyją Polacy w Chicago

Sprzątaczki, budowlańcy i nianie? A może zamerykanizowani prawnicy i dziennikarze? Polonia w Chicago to tygiel osobowości, zwyczajów, pewnych zachowań. - Żyją w getcie - rzuca jeden z rozmówców. - Mieszkamy tu, ale nie zapominamy o naszej kulturze. Ciągle powstają polskie szkoły - kontruje inny. Jak jest naprawdę? - To zależy - słyszę, spacerując po ulicach słynnego Jackowa.

Chicago. Jedno z najbardziej podzielonych społecznie miast w USA. Przechodząc z dzielnicy do dzielnicy, masz wrażenie, że wkraczasz w inny świat. Regularnie pojawiają się doniesienia o strzelaninach, a wielu mieszkańców ostrzega przed odwiedzaniem południowych rejonów.

To też metropolia z największą Polonią w USA. Większość z nich zasiedla przedmieścia. Przodują górale.

Szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych żyje około 10 milionów osób pochodzenia polskiego. Najwyższy ich odsetek odnotowano w Wisconsin, Michigan, Illinois, Pensylwanii i Connecticut. 600 tysięcy używa naszego języka na co dzień.

Reklama

Skupieni wokół kościołów

- Biedni Polacy budowali kościoły, a bogaci Niemcy fabryki - słyszę od kilku rozmówców, z którymi chodzę ulicami będącymi niegdyś częścią polskich dzielnic. "Niegdyś" jest tu kluczowe, bo z tętniących życiem Jackowa, Trójcowa i Jadwigowa (nazwy pochodzą od parafii) zostały tylko wspomnienia, szyldy i kilka biznesów (wszyscy używają tam tego słowa).

Ale po kolei.

Polscy imigranci w Chicago zaczęli pojawiać się po 1861 roku. Cechowały ich niski status społeczny, nieznajomość języka i brak chęci do jego nauki. Skupiali się przede wszystkim wokół kościelnych wspólnot, których tworzyło się coraz więcej.

Kolejni bywali już bardziej wykształceni i skłonni do używania angielskiego. Choć - jak słyszę - bywało i nadal bywa różnie.

 - To zależy - mówi mi przedstawiciel Polonii.

- Od czego?

- Rodziny, otoczenia, chęci. Wie pani, po prostu życie.

W szczytowym momencie wzdłuż Milwaukee Avenue i jej odnóg mieszkało około 30 tysięcy Polaków. Mieli własne sklepy, lekarzy, apteki, krawca. Wszystko. Angielski? Jego znajomość była właściwie niepotrzebna. Życie kręciło się wokół wspólnoty kościelnej i parafialnych polskich szkół.

Jest piątek. Dość słonecznie i ciepło jak na koniec września. Z Danielem Pogorzelskim - polonijnym aktywistą i dziennikarzem - parkujemy przy parafii św. Stanisława Kostki przy Noble Street w Pulaski Park (kolejna polska dzielnica).

- Ten kościół jest otwarty 24 godziny na dobę. Musisz go zobaczyć, będąc tu - wyjaśnia mężczyzna.

W środku właściwie pusto. Niedaleko ołtarza modli się kilka osób. Wychodzimy. Kilka minut spacerem i dochodzimy do kolejnego, istotnego dla chicagowskiej Polonii, miejsca - Trójcowa, czyli Polskiej Misji Duszpasterskiej pw. Świętej Trójcy. Do parafii przynależy duża polonijna szkoła.

Polski Trójkąt bez Polaków

Idziemy dalej. Docieramy do Trójkąta Polonijnego, niegdyś centrum dzielnicy. Zawarty jest pomiędzy Division Street, Ashland Avenue i Milwaukee Avenue, a nazwę swą zawdzięcza trójkątnemu kształtowi placu, którego środek zdobi fontanna.

Po drodze mijamy kilka osób z Ameryki Południowej. - Polaków tu prawie nie ma - rzuca Daniel. Dziś te rejony zamieszkują głównie Portorykańczycy i Meksykanie. "Nasi" osiedlili się na przedmieściach.

Ślady polskości? Chopin Theatre - amerykański teatr z polskimi korzeniami (tak mówi mi właścicielka) oraz restauracja "Podhalanka" Heleny Madej. Niegdyś był bank, ale upadł - jak wiele innych biznesów w okolicy.

Rozmawiamy o stereotypach na temat Polonii. Nieznający języka, niewykształceni, hipokryci. Pracują głównie na budowie, jako nianie lub sprzątając - słyszę od kilkunastu osób. Ile wspólnego ma to z prawdą?

- To bardzo krzywdzące. Robię co mogę, by odczarować wizerunek Polonii, ale to kropla w morzu potrzeb. Są oczywiście różni ludzie - niektórzy przyjeżdżają i "zapominają" polskiego, wyrzekają się korzeni. Inni kultywują tradycję i biegle mówią w dwóch językach - wymienia Daniel Pogorzelski.

Spacer kończymy w Polish Museum of America. W bibliotece spotykam jedną z wolontariuszek, Teresę. W Chicago jest od ponad dwóch dekad. Dlaczego?

- W Polsce nie było mi źle, ale jednak wyjechałam, by poprawić swój byt. Miałam tu kuzyna. Ciągnie mnie do kraju, ale nie mam tam domu.

Kobieta opowiada o mieszkaniach socjalnych. Sama żyje w jednym z nich. - To wielkie budynki, niektóre bardzo nowoczesne, inne mniej. Płaci się za nie 30 proc. od dochodu, czyli emerytury, bo możesz się tam wprowadzić, kończąc 62 lata. W cenie są woda, gaz, ogrzewanie, obsługa i pomoc techniczna. Coś takiego powinni zrobić w Polsce. Wtedy na pewno bym wróciła.

"My" i "oni"

W muzeum rozmawiam też z Barbarą Kożuchowską - aktorką. W USA od 62 lat. Przyjechała, mając siedem. - Trzymałam w ręku polską książeczkę - wspomina.

- My teraz nie mamy polskiej dzielnicy. To, że są lekarz o znajomym nazwisku, delikatesy i księgarnia, nie czynią z tego otoczenia wspólnoty. Obecnie mieszka tu sporo Portorykańczyków. A tak w ogóle, Polonia to sposób patrzenia na różne rzeczy, wiesz? Tak myślę.

Kobieta przez lata pracowała z dziećmi polskiego pochodzenia. Stworzyła grupę teatralną występującą na wielu scenach. Jak Polonię widzą Amerykanie?

- Różnie, w zależności od tego, co dzieje się na świecie. Teraz są pod wrażeniem pomocy Ukrainie. Podobnie w czasie "Solidarności", Wałęsy. Na pewno doceniają naszą pracowitość. Podziwiają, że przyjeżdżamy tu i w szybkim czasie dorabiamy. Jesteśmy też zaradni. No i dobrzy katolicy, choć pandemia nieco to zweryfikowała i niektórzy nie wrócili do kościoła.

- Czuje się pani bardziej Polką czy Amerykanką? - pytam, zwracając uwagę na jej podział na "my" i "oni".

- Chciałabym, żeby moje ciało pochowano w Chicago, a serce złożono w Polsce - odpowiada Kożuchowska.

Puste Jackowo

W niedzielę odwiedzam parafię św. Jacka. Słynne Jackowo. Akurat kończy się msza. Z ogromnego kościoła wypływa masa ludzi. Wsiadają do wielkich samochodów i w ciągu chwili parking się zwalnia. Zostaje kilkanaście osób zajętych pogawędką.

Przechadzam się równie pustymi ulicami. Kurowski Sausage Shop, Podlasie Club, Polskie Centrum Medyczne, Restauracja Staropolska, delikatesy - w godzinach przedpołudniowych nie ma tam żywej duszy.

- Bo to już nie to samo, co kiedyś. Choć z kolei kiedyś nie było tak bezpiecznie, jak teraz. Napady, strzelaniny... To była rzeczywistość lat 80., 90. Mroźna zima. Polski Trójkąt. Koleżanka czeka na przystanku. Podchodzi do niej mężczyzna, przystawia broń do pleców. Każe iść do samochodu albo ją zabije. Wsiada więc ona do auta. Nie mając nic do stracenia, na autostradzie wyrywa mu kierownicę i naciska gaz. Gdy porywacz traci panowanie nad autem, ona otwiera drzwi i wyskakuje z pędzącego samochodu. Od dużych obrażeń uratował ją... gruby kożuch. Takie to nasze Chicago jest - puentuje Jolanta, jedna z moich przewodniczek.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy