Reklama

Reklama

Ekspert o atakach: Nieproporcjonalnie odpowiadamy na zagrożenie ze strony IS

- Niezależnie od tego czy granicę z Turcją przekroczyło 6 czy 7 osób, zagrożenie w stosunku do Europy się nie zmieniło, ale ono nie jest niskie. Jest wysokie. Zarówno przez pryzmat uchodźców jak i tych osób, które potencjalnie zechcą się zradykalizować - komentuje doniesienia na temat okoliczności zamachów w Suruc koordynator Zespołu Analiz Zamachów Bombowych z Centrum Badań nad Terroryzmem Grzegorz Cieślak.

W poniedziałek w tureckim mieście Suruc miał miejsce zamach, w wyniku którego zginęło 30 osób. Wielu zostało rannych. Media donosiły, że podejrzaną jest 18-letnia kobieta, która mogła przedostać się w czerwcu przez granicę turecko-syryjską.

Dziennik "Hurryiet Daily News" informował, że tureckie służby wywiadowcze wiedziały o nadciągającym zamachu i ostrzegały przed nim od końca czerwca.  W tym samy czasie dotarła informacja o przekroczeniu tureckiej granicy przez grupę siedmiu dżihadystów - trzy kobiety i czterech mężczyzn.

Reklama

Jeśli kobieta, która wysadziła się, zabijając 30 osób, była jednym ze wspomnianych terrorystów, w Turcji wciąż przebywa pozostała szóstka. Czy są oni poważnym zagrożeniem również dla Europy -  m. in. o to pytaliśmy Koordynatora Zespołu Analiz Zamachów Bombowych z Centrum Badań nad Terroryzmem Grzegorzem Cieślakiem.

Jolanta Kamińska: Dlaczego akurat Suruc stało się celem terrorystów?

Grzegorz Cieślak: - Na pierwszy rzut oka można przypuszczać, że chodzi o zdestabilizowanie rejonów przygranicznych Syrii. Ten obszar, traktowany jako strefa wpływów Państwa Islamskiego to twór, na którego granicach dżihadyści będą doprowadzać do kolejnych konfliktów i próbować destabilizować sytuacje w kolejnych państwach.

- Warto zwrócić uwagę, że IS to na razie jedynie strategiczny zlepek różnych małych ugrupowań. Nie możemy tu mówić o sytuacji jak w przypadku Al Kaidy, kiedy to Bin Laden był postacią, której przypisywano zarządzanie całą organizacją.

- W IS zarządzanie jest wieloośrodkowe, co oznacza, że małe grupy funkcjonują na różnych terenach i dokonują tam zamachów, żeby zdobyć kolejne wpływy, sławę i pokazać się na tle innych ugrupowań jako efektywnie walczące.

- Obecnie wiele mówi się o zwycięstwach IS w Iraku, o tym jak dokonuje kolejnych zamachów w Tunezji.  Dlatego tym razem celem stała się strona północna - czyli granica z Turcją, rejon istotnych walk z Kurdami. W ten sposób organizacja chce pokazać swój potencjał również na tym terenie.

Suruc to miasto położone blisko granicy z Syrią. Już wielokrotnie wskazywano, że  właśnie przez granicą syryjsko-turecką szmuglowani są bojownicy IS. Z informacji wynika, że władze Turcji nie kontrolują  w sposób dostateczny przekraczania granicy przez terrorystów. Jakie działania musiałaby podjąć Turcja, by sytuacja się zmieniła? 

- Proszę zauważyć, że granica ta jest bardzo rozległa i prowadzi przez górzyste tereny. Nie sposób obłożyć jej środkami znanymi nam z Europy. Nawet  wysoko rozwinięte techniki ochronne,  jak systemy radarowe czy współpraca z Amerykanami, którzy służą obrazem satelitarnym, nie zawsze są efektywne. Moim zdaniem, nie ma możliwości, by szczelnie całą tę granicę zabezpieczyć.

- Pamiętajmy, że Tunezja, w której dochodziło niedawno do zamachów, ma bardzo dobrze chronioną granicę. Nie zmienia to faktu, że pewne osoby są w stanie nie tylko ją przekroczyć, ale również zdobyć poparcie kogoś po jej drugiej stronie i atakować od wewnątrz.

- Dziś media pokazują kobietę, która miałaby być sprawczynią pochodzącą z Syrii. Nie jestem przekonany, że to jedyna możliwa wersja. Często kobiety z lokalnej społeczności pomagają w dokonywaniu zamachów. Choć Turcy rzeczywiście mówią, że kilka osób przekroczyło granicę.

Dziennik "Hurryiet Daily News"  dokładnie informuje o grupie 7 osób. Jeśli przyjmiemy, że dwoje z nich stoi za zamachami, kolejni wciąż stanowią zagrożenie.

- Myślę, że mamy tu do czynienia ze strategią, która już wcześniej była praktykowana. Polega na tym, że mała grupa bojowników przekracza granicę, rozprasza się i dokonuje zamachów. Jednak nie cała grupa to sprawcy zamachów - często zadana są rozdzielone: ktoś odpowiada za pozyskanie urządzenia wybuchowego, ktoś za ochronę, ktoś za propagandę. 

Czy istnieje jednak możliwość, że pozostałe osoby, które przekroczyły granicę, będą próbowały przedostać się do Europy?

- Scenariusz przedostawania się do Europy nie jest związany bezpośrednio z Turcją. Dróg dotarcia na stary kontynent jest bardzo wiele. Często ekspertom ds. terroryzmu zarzuca się, że demonizują ośrodki dla uchodźców, a przecież to jedna z głównych dróg przedostania się terrorystów na obszar Europy.

- Pamiętajmy również, że obecnie w szeregach IS walczy kilka tysięcy ochotników z różnych krajów, w tym europejskich. Obawiamy się ich w ramach tzw. zjawiska "blowback" czyli powrotów, które mogą pozostać całkowicie niezauważone. Jeśli tacy bojownicy wracając z obszaru walk, pokonają ścieżkę, która nie jest dobrze obserwowana przez służby specjalne, to pamiętajmy, że wielu z nich dysponuje legalnymi dokumentami europejskich krajów.

- Niezależnie od tego czy granicę z Turcją przekroczyło 6 czy 7 osób, zagrożenie w stosunku do Europy się nie zmieniło, ale ono nie jest niskie, jest wysokie. Zarówno przez pryzmat uchodźców jak i tych osób, które potencjalnie zechcą się zradykalizować.

Na miejscu w Suruc był polski dziennikarz Witold Gadowski. Relacjonując tamtejsze wydarzenia, stwierdził, że IS nie jest dziś objęte ofensywą sił wolnego świata. A jak pan ocenia skalę i formę walki Zachodu i Europy z IS?

- Jestem podobnego zdania co pan redaktor. Uważam, że nieproporcjonalnie odpowiadamy na zagrożenia. Zdajmy sobie jednak sprawę z ograniczeń politycznych. Rada Bezpieczeństwa ONZ nie wyda mandatu umożliwiającego jakiekolwiek działania w Syrii, przez obecność Rosji i Chin, które będą przeciwne temu.

- Pamiętajmy, że arabska wiosna nie rozpoczęła się od terrorystów, ale przeciw tyranowi, który mordował swoich obywateli. W oczywisty sposób miejsce po tyranie wypełniały również organizacje terrorystyczne. Dziś mamy tam ogrom różnych, małych ugrupowań, ale sytuacja polityczna jest nadal taka sama. Wszystkie państwa, które chciałaby działać pod egidą np. Stanów Zjednoczonych, Francji a nawet bardziej lokalnych jak Arabia Saudyjska będą napotykać na problem z mandatem ONZ. Syria to właściwie ostatni sojusznik Federacji Rosyjskiej w tym obszarze, który zapewnia jej pewną kontrolę nad regionem.

Rozmawiała Jolanta Kamińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy