Reklama

Reklama

Armatorzy liczą na wsparcie rządu. Bez niego będzie protest

- Nie będziemy umierać po cichu – grzmią armatorzy, którzy od 1 stycznia nie mogą już łowić dorsza w Bałtyku. W ramach rekompensaty oczekują wsparcia rządu w wysokości 150 mln zł. W przeciwnym razie, prawdopodobnie w najbliższy weekend, dojdzie do protestów w portach w Gdańsku, Gdyni i Świnoujściu.

Wędkarze morscy od tygodni planują działania, które mają wymusić na rządzie wsparcie finansowe. Zrzeszyli się nawet w specjalnym sztabie kryzysowym. Po co jednak wędkarze morscy organizują sztab kryzysowy i czego oczekują od rządu?

Reklama

Od 1 stycznia obowiązuje czteroletni zakaz połowu dorsza na Bałtyku. To decyzja Komisji Europejskiej, która wprowadziła przepisy w trosce o ten gatunek, który od lat nie może się odbudować. Z jednej strony są więc postulaty ekologiczne i nowe prawo unijne, a z drugiej interes tych, którzy na połowach dorsza zarabiali.

To dość duża grupa, do której należy 130-150 armatorów. Na co dzień rozsiani są po całym wybrzeżu, ale teraz, z racji przymusowego postoju, zaczynają się grupować w najważniejszych portach w kraju. Wszystko po to, by wywrzeć na rządzie presję, by ten okazał im wsparcie. Ich zdaniem, w obliczu nowych przepisów, zostali z niczym. I ani Unia Europejska, ani rząd nie planują zrekompensować tym ludziom strat, jakie ponieśli z powodu nałożonego zakazu.

- Z dnia na dzień straciliśmy środki do życia. Z dnia na dzień, bo decyzja zapadła w październiku, a nowe przepisy obowiązują od stycznia. Dorsz był naszym chlebem, bo aż 99 proc. naszych połowów to właśnie ta ryba. Zostaliśmy więc z niczym - rozkłada ręce Michał Niedźwiecki, członek sztabu kryzysowego rybołówstwa rekreacyjnego.

W grze 150 mln zł

Sztab kryzysowy w negocjacjach z rządem sformułował trzy postulaty. Armatorzy domagają się: rekompensaty za trwałe odejście od zawodu, odszkodowania za utratę stanowisk i rekompensaty za czas postoju. Wyliczyli, że łączny koszt ich postulatów to 150 mln zł.

- Powiedzmy sobie wprost - po tych zmianach nie wrócimy już do zawodu. Wielu z nas ma kredyty, inne zobowiązania. Z dnia na dzień zostaliśmy bez możliwości zarobkowania i spłaty zobowiązań. Zostaliśmy zostawieni samym sobie - przekonuje Niedźwiecki.

Tymczasem rozmowy na linii armatorzy-rząd trwały od dawna. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wciąż szuka najlepszego rozwiązania. Na jednym ze spotkań zaproponowało możliwość otrzymania pieniędzy za złomowanie jednostek. Rybacy jednak uważali, że to za mało.

Armatorzy nie chcą umierać po cichu

Tym bardziej, że wcześniej, zdaniem wędkarzy, porozumienie było już osiągnięte. I to nie w formie częściowej, ale gwarantujące realizację wszystkich postulatów, co dawałoby łącznie 150 mln zł tytułem odszkodowania lub rekompensaty. Jak przekonują rybacy, wszystko zmierzało do szczęśliwego finału.

- Przed wyborami parlamentarnymi doszliśmy do porozumienia. Mówiono nam, że wszystko jest załatwione. Po wyborach okazuje się, że jednak tak nie jest. Dlatego chcemy protestować. Nie będziemy umierać po cichu - mówi Niedźwiecki.

Kolejnego ruchu ministerstwa rybacy oczekują w najbliższy czwartek. Wówczas dojdzie do spotkania sztabu kryzysowego z ministrem Markiem Gróbarczykiem. To nowa sytuacja, bo wcześniej z armatorami rozmawiał dyrektor Departamentu Rybołówstwa Janusz Wrona.

- W czwartek spotykamy się z ministrem. Po tej rozmowie okaże się, co dalej. Nie nastawiamy się jednak na sukces, bo to już kolejne spotkanie z rzędu, a do tej pory przełomu nie było - podkreśla Niedźwiecki.

Staną porty w Gdańsku, Gdyni i Świnoujściu?

Co się stanie, jeśli obie strony nie znajdą rozwiązania? Prawdopodobnie dojdzie do tego, o czym mówi się od kilku tygodni - potężnych protestów, które mogą sparaliżować prace w portach.

Organizatorzy nie mówią wprost o blokadzie portów. Mówią o "działaniach protestacyjnych" w okolicach najważniejszych portów. Jak udało nam się ustalić, mowa o trzech największych portach - w Gdańsku, Gdyni i Świnoujściu (choć akurat tutaj siły protestacyjne mają być nieco mniejsze).

Na czym miałyby polegać działania protestacyjne? Przede wszystkim na grupowaniu dużej liczby kutrów w ważnych portach. Nie wiadomo natomiast, czy miałyby one być zgrupowane obok siebie - tak, by inne maszyny nie mogły wpłynąć do portu lub z niego wypłynąć, czy raczej miałyby polegać na częstym przemieszczaniu się kutrów w portach, co z kolei zbytnio zintensyfikowałoby ruch, jednocześnie uniemożliwiające normalną pracę pozostałym. Działania protestacyjne miałyby zostać zarządzone "do odwołania", tzn. do momentu, kiedy rząd nie spełni oczekiwań rybaków.

Jak mówią armatorzy, kluczowa jest tutaj postawa rządu. Dlatego tak istotna będzie czwartkowa rozmowa z ministrem. Jeśli rząd przedstawi nowe propozycje, do protestów może nie dojść.

- Protest to ostateczność. W pierwszej kolejności liczymy na załatwienie sprawy przez rząd - zastrzega Niedźwiecki.

Na przełom się jednak nie zanosi, bo z informacji, jakie uzyskaliśmy z resortu wynika, że ministerstwo podtrzyma wcześniejsze propozycje. Przypomnijmy, że rząd stara się objąć nowelizacją ustawy o recyklingu również złomowane jednostki rybackie, za które rybacy mieliby otrzymać rekompensatę. Druga sprawa, o której mówi resort, to złożenie wniosku do KE o rozszerzenie programu Rybactwo i Morze, którym mieliby zostać objęci właściciele tych kutrów.

Tymczasem prezes PKN Orlen Daniel Obajtek poinformował dziś, że Orlen rozpoczął postępowania na wstępny projekt techniczny morskiej farmy wiatrowej na Bałtyku. Produkcja czystej energii niebawem może stać się faktem, a informacja Obajtka jest ważna również z punktu widzenia wędkarzy morskich. Morskie farmy wiatrowe mają bowiem powstać na ich dotychczasowych łowiskach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje