Reklama

Reklama

Prof. Pyrć: Małpia ospa nie jest chorobą gejów

- Znaleziono grupy zakażonych mężczyzn, którzy uprawiali seks z innymi mężczyznami, natomiast nie ma to nic wspólnego z preferencją samego wirusa. Dyskutuje się dziś, na ile choroba może się przenosić poprzez kontakt seksualny, ale nie ma znaczenia, czy jest on homoseksualny, czy heteroseksualny - powiedział prof. dr hab. Krzysztof Pyrć, wirusolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ostrzegał, że "plotka, iż choroba dotyka przede wszystkim gejów, może być bardzo groźna".

Prof. Krzysztof Pyrć pytany, czy należy się bać małpiej ospy, która jest coraz bliżej Polski, odparł: - Samo pytanie niesie już poczucie zagrożenia. Nie wiem, czy powinniśmy w tym kontekście używać takich słów. Na pewno organizacje takie, jak WHO, CDC, Komisja Europejska oraz rządy poszczególnych krajów powinny zastanowić się, jakie mają narzędzia, żeby - w razie czego - zadziałać. Niemniej jednak, nie jest to moment, żeby zwykły śmiertelnik musiał się zacząć zastanawiać: czy to początki kolejnej pandemii. Na to jest jeszcze znacząco za wcześnie.  

Wirusolog podkreślał, że jest dużym nadużyciem mówienie, że przypadki przypadki tej choroby, jakie wykryto w Europie, dotyczą głównie mężczyzn utrzymujących homoseksualne stosunki. - Wprawdzie faktycznie znaleziono grupy zakażonych mężczyzn, którzy uprawiali seks z innymi mężczyznami, natomiast nie ma to nic wspólnego z preferencją samego wirusa. Owszem, dyskutuje się dziś, na ile choroba może się przenosić poprzez kontakt seksualny, ale nie ma znaczenia, czy jest on homoseksualny, czy heteroseksualny - wyjaśniał.

Reklama

Plotka, że choroba dotyka przede wszystkim gejów, może być bardzo groźna

Pytany o pewną analogię do początku epidemii AIDS na świecie prof. Pyrć sprecyzował, że należy raczej powiedzieć, że "właśnie w tej grupie początkowo było dużo przypadków zachorowań na AIDS, głównie ze względu na stosunkowo zamknięte środowisko".

- Na początku tamtej pandemii popełniono zresztą wielki błąd nazywając ją GRIDS - gay-related immune deficiency syndrome, czyli niedoborem odporności u osób homoseksualnych. Co było kompletną bzdurą i było wręcz bardzo niebezpieczne, ponieważ osoby heteroseksualne uznały, że to ich nie dotyczy. A to jest po prostu nieprawda. Jedna i druga choroba nie ma nic wspólnego z orientacją seksualną, a co najwyżej z drogą transmisji. W przypadku małpiej ospy może być podobnie: jeśli się potwierdzi, że przenosi się ona głównie drogą płciową, to taki obraz - sporo przypadków u osób homoseksualnych - będzie logiczną konsekwencją - podobnie, jak było w przypadku AIDS. Proszę jednak pamiętać, że HIV nie wybiera - choroba rozprzestrzeniła się na wszelakie orientacje. Dlatego, wracając do małpiej ospy, przestrzegam: plotka, że dotyka ona przede wszystkim gejów może być bardzo groźna. A to dlatego, że jednym da poczucie złudnego bezpieczeństwa, a - po drugie - posłuży do stygmatyzacji osób homoseksualnych. W konsekwencji - już to przećwiczyliśmy przy AIDS - szczególnie w naszym społeczeństwie ktoś może wstydzić się przyznać do tego, że jest chory - tłumaczył. 

Naukowiec zauważył, że od zakażenia, do pojawienia się pierwszych objawów małpiej ospy może minąć od 6 dni do 13, czyli nawet niemal dwa tygodnie. - Dzięki temu małpia ospa potrafi przenosić się na bardzo duże odległości - od zakażenia do pojawienia się objawów mija dużo czasu. Jest to szczególnie istotne dzisiaj, kiedy pokonujemy, w krótkim czasie, bardzo duże odległości. Zakażony staje się zakaźny od pojawienia się pierwszych objawów, a czy przedobjawowi zakażają dopiero się okaże - mówił.

Na początku zakażony może odczuwać zaledwie złe samopoczucie, lekką gorączkę, niespecyficzne, grypopodobne symptomy. - Dopiero później chorobę można łatwo rozpoznać, gdyż pojawiają się zmiany skórne, które są bardzo wyraźne - powiedział.

Kilkadziesiąt przypadków na osiem miliardów ludzi

Wirusolog odniósł się również do szczepień, tego, czy zaszczepione przeciwko ospie prawdziwej osoby są w lepszej sytuacji, bezpieczniejsze, niż te, które takiej szczepionki nie przyjęły. - Szczepionka przeciwko ospie prawdziwej w znacznym stopniu - mam tu na myśli wskaźnik wynoszący ok. 85 proc. - chroni nas przed małpią ospą. Natomiast nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na ile chroni kogoś, kto został zaszczepiony pięćdziesiąt parę lat temu. Nie wiem, na ile ta odpowiedź układu immunologicznego będzie wystarczająca, na ile - w razie czego - konieczne będzie doszczepienie. Ale na razie - zaznaczę - dyskutuje się, czy sensowne byłoby szczepienie przeciwko małpiej ospie - mówił.

Zauważył, że choćby z tego powodu, że na razie na całym świecie jest zaledwie kilkadziesiąt przypadków na jakieś osiem miliardów ludzi. - Możliwe jest także to, że istniejące obecnie ogniska wygasną, tak same z siebie, gdyż transmisja wirusa będzie niska. Poza tym te ostatnie przypadki zachorowań w Europie są łagodne i objawy ustępują same. Tak więc fajnie, że mamy szczepionkę na tę chorobę, ale wydaje mi się, że nie będzie ona potrzebna, tak samo, jak lek, który jest wskazany do stosowania przy małpiej ospie - dodał.

"Bądźmy czujni, nie dajmy się zjeść panice"

Jakie środki bezpieczeństwa zaproponowałby ludziom, którzy chcieliby uniknąć zakażenia? - Na razie nie ma jakichś szczególnych wskazań, żeby normalni obywatele coś wyjątkowego robili w tym względzie. Kilkadziesiąt przypadków w skali całego świata to jest właściwie nic. Oczywiście, nie wykluczam takiej możliwości, że sytuacja może się rozwinąć - widzieliśmy już dwa lata temu, jak wirus może się wyrwać spod kontroli. Obecnie nie panikowałbym, ale zwracałbym uwagę na wiadomości i oficjalne komunikaty, jakie się pojawiają z oficjalnych źródeł. I tyle - powiedział prof. Pyrć. 

- Śledźmy sytuację, bądźmy czujni, jednak nie dajmy się zjeść panice - podkreślał. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy