Reklama

Polacy szukają ratunku w lombardach. Co zastawiają?

Biżuteria, antyki, telefony, telewizory, wibratory, klocki Lego, ząb mamuta - wachlarz towarów, które możemy znaleźć w lombardach, jest naprawdę szeroki. Wydaje się, że pracowników nie może już nic zdziwić. Ludzie przynoszą do punktów rozmaite rzeczy, a w ostatnich miesiącach finansowego wsparcia szuka tam coraz więcej Polek i Polaków.

W Polsce może być nawet 40 tys. lombardów - wynika z badania Związku Przedsiębiorców i Pracodawców "Rynek lombardów rośnie jak na drożdżach". Jego wyniki opublikowano w maju zeszłego roku.

Zastawienie czegoś w lombardzie to często jedyna opcja na podreperowanie domowego budżetu. Klienci korzystają z takich miejsc, mimo że za pożyczkę lombardową trzeba zapłacić nawet 1,5 proc. dziennie, a wycena zastawianego przedmiotu wynosi średnio ok. 35 proc. jego wartości (dane za badaniem ZPP).

65 proc. odwiedzających lombardy w czasie pandemii argumentowało to pogorszeniem sytuacji materialnej w związku z lockdownem. Nie ma jeszcze statystyk dotyczących ostatnich miesięcy, ale wygląda na to, że szalejąca inflacja i drożyzna spowodowały, że więcej osób decyduje się na korzystanie z usług takich punktów.

Reklama

Wzmożony ruch w lombardach

Większy ruch w ostatnim czasie zauważa Ewelina. Pracuje w jednym z warszawskich lombardów. To rodzinna firma, która ma w mieście pięć lokali.

-  Odkąd zaczęła się wojna, duża część naszej klienteli do uchodźcy z Ukrainy. Sprzedają różne rzeczy w dużych ilościach. Złoto, obrączki, pierścionki. Zastawiają to, co mają najbardziej wartościowego. Później raczej te rzeczy odbierają. Jest to dla nich ratunek tylko na chwilę - opowiada kobieta.

Nieco inaczej widzi to właściciel jednego z lombardów w Szczecinie

- W ostatnich miesiącach nie obserwuję większego ruchu, bo ludzie nie mają czego wstawiać. Chcą, ale nie mają co, przynoszą stare telefony itp., a tego się nie przyjmuje - opowiada mężczyzna.

Jak mówi, ludzie przynoszą wszystko. Najczęściej narzędzia budowlane, telefony, telewizory. O tym, że elektronika to jedna z najliczniejszych gałęzi w lombardach, mówi też Ewelina.

Oprócz tego ludzie zostawiają zegarki, biżuterię, złoto. - Czyli coś, co jest najłatwiej spieniężyć i ma to jakąś konkretną wartość - mówi kobieta.

Pozbycie się niechcianego prezentu czy desperacja?

W lombardzie, w którym pracuje Ewelina, przyjmowane są także zabawki - to nowa gałąź w ich biznesie. - Najlepiej sprzedają się klocki Lego, jakieś małe laleczki, coś, co nie kosztuje dużo, powiedzmy do 100 zł - opowiada.

Raczej nie są to nietrafione prezenty, których obdarowani chcą się po prostu pozbyć, by nie zalegały w szafie. Często powodem ich sprzedaży jest potrzeba szybkiego zdobycia pieniędzy.

Pojawiają się też "dziwności". - Ludzie przynoszą używane sprzęty AGD, używany przed chwilą mikser, blender, suszarkę do włosów, używane depilatory. Zdarzają się ludzie bez wyobraźni, przynoszą takie rzeczy i próbują je wcisnąć - mówi Ewelina.

W lombardzie coraz częściej pojawiają się nowe wibratory. I cieszą się popularnością. - Na rynku jest teraz dużo tego typu produktów dobrej jakości i to ma wzięcie - dodaje.

Ząb mamuta i helikopter

- Przyjmowałem praktycznie wszystko. Najśmieszniejszą rzeczą, która mi wpadła w ręce, był ząb mamuta - opowiada Wiesław Makowski, właściciel słynnego bytomskiego lombardu sportretowanego w filmie dokumentalnym "Lombard".

- Lubiłem zbierać osobliwe, nietypowe rzeczy. Miałem różnego rodzaju szable, piękny marmurowy telefon z lat 70., dużo kryształów, karafki. Najpiękniejsze perełki zostawiałem dla siebie, żeby przyciągać ludzi - opowiada.

Jego lombard swoją nazwę "Od Igły Po Helikopter" nie wziął z niczego.

- Byliśmy największym lombardem w Polsce, najprawdopodobniej w Europie - podkreśla z dumą.

W czerwcu lombard został zamknięty, kolekcja Makowskiego trafiła do magazynu. Część rzeczy - na internetowe aukcje.

Lombard to życie

Każdy, kto widział dokument o bytomskim lombardzie, wie, że pracujące tam osoby słyszały od swoich klientów i klientek wiele smutnych historii. Przychodzili tam, by zyskać choć trochę gotówki na bieżące podstawowe potrzeby, przy okazji zaś podzielić się swoimi troskami.

Kto zaś widział jakikolwiek odcinek serialu "Lombard. Życie pod zastaw", może być pewien, że pokręcone rodzinne niesnaski, kończące się wynoszeniem z domu rodowych pamiątek i innych skarbów w celu ich spieniężenia nie są tylko opowieściami zrodzonymi w głowach scenarzystów. Historie klientów lombardu prowadzonego Kazimierza Barskiego (gra go Zbigniew Buczkowski) mają z rzeczywistością więcej wspólnego, niż może się wydawać.

- Przychodzi żona i mówi, że mąż jej coś ukradł - opowiada o jednej z nich Ewelina z warszawskiego lombardu. - Składa zawiadomienie na policji. Nagle policja przychodzi po tenże pierścionek, pani udowodniła, że to jej, służby go zabezpieczają, a my jesteśmy podwójnie stratni - nie mamy ani pieniędzy, ani pierścionka. A pani sądzi się z własnym mężem - dodaje.

Oszuści mają na lombardy różne sposoby. - Przynoszą nam kupione na raty telefony, które po kilku miesiącach są blokowane i nie nadają się do użytku. Kiedyś mężczyzna sprzedał nam kilka laptopów. Po miesiącu przyszła po nie policja, okazało się, że ukradł je z transportu - wymienia Ewelina.

W takich sytuacjach sprzęt zostaje zabezpieczony, osoba oskarżona słyszy zarzuty, potem dostaje wyrok. Otrzymuje obowiązek naprawienia szkody, ale nie wobec lombardu. - Musimy dochodzić sprawiedliwości na drodze cywilnej, więc musimy składać osobny pozew i to jest długa droga, trwa trzy-cztery lata. Trzeba założyć, że to są stracone pieniądze - wyjaśnia kobieta.

Mówi, że ostatecznie to bardzo ciekawa branża. I dodaje: - Myślę, że w większości lombardów jest podobnie. Każdy ma swoich super klientów, mamy też czarną listę klientów, którzy nie mają tu wstępu.

Anna Nicz, anna.nicz@firma.interia.pl

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: lombardy | zastaw | Inflacja | drożyzna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy