Reklama

Reklama

Kuba "nie pasuje" do żadnej ze szkół. Zamiast matematyki uczy się robić kisiel

Kuba żyje z połową serca. W tym roku skończył podstawówkę - na świadectwie miał czerwony pasek. Bardzo chciał iść do liceum, ale zamiast tego trafił do szkoły specjalnej przysposabiającej do życia. - Teraz będzie się uczył, jak zrobić sobie kanapkę albo kisiel. Okazuje się, że walka o jego edukację była bez sensu - mówi Interii jego mama Małgorzata Potkańska.

Kiedy Kuba w gabinecie pedagoga usłyszał, że w podstawówce zrobił postęp i nie nadaje się do specjalnej szkoły średniej, bo tam straci wszystko, co już wypracował, zaczął marzyć o nauce w liceum integracyjnym.

W szkole podstawowej nastolatek miał nauczanie indywidualne. Dlaczego? Bo dla niego nagromadzenie bodźców i emocji jest niebezpieczne. - Kuba źle reaguje na niespodziewane sytuacje. W sylwestra zawsze szukamy noclegu w odosobnieniu, bo syn nie jest w stanie przeżyć tego, co się dzieje - opowiada jego mama Małgorzata.

Dziecko z połową serca

Kuba ma zespół niedorozwoju lewego serca HLHS. Jest po trzech operacjach, od 2016 roku ma wszczepiony stymulator. - To dziecko z połową serca - wprost mówi Małgorzata. Nastolatek ma też mózgowe porażenie dziecięce, słabo widzi i jeździ na wózku. Dobrze obsługuje za to komputer, uwielbia oglądać teleturnieje, z których czerpie wiedzę, normalnie się komunikuje, czyta. Do tej pory uczył się też tych samych przedmiotów, co inne dzieci w Polsce: polskiego, matematyki, angielskiego.

Reklama

- Nauka matematyki zajmowała mu najwięcej czasu, ale dobrze sobie radził, na świadectwie miał czerwony pasek - mówi Małgorzata. Program był do niego dopasowany, ale kiedy przyszło coś "wykuć na blachę" z historii, to też dawał radę.

Kiedy syn zbliżał się do końca ósmej klasy pomyślała jednak, że może teraz przyszedł czas na szkołę specjalną. Kuba miał inne zdanie na ten temat. Dodatkowo na spotkaniu z dyrektorem placówki rodzina usłyszała, że nastolatek się tam nie nadaje.

 - Powiedziano nam, że ma za dobre wyniki. Do szkoły branżowej (gdzie młodzi ludzie przygotowują się do zawodów takich jak pomocnik kucharza czy mechanika - red.) nie pójdzie, bo nie będzie w stanie uczestniczyć w praktykach. Została mu tylko szkoła przysposabiająca do życia, gdzie będzie się uczył jak zrobić sobie kanapkę albo kisiel - wylicza Małgorzata.

Rodzina Potkańskich zgłosiła się więc do jedynego w Gorzowie Wielkopolskim (ponad 122 tys. mieszkańców, dane z 2016 roku - red.) liceum integracyjnego należącego do Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 16 im. Józefa Piłsudskiego. Małgorzata relacjonuje, że na rozmowie ponownie usłyszała, że jej syn "nie pasuje". - Powiedziano mi, że mam zapomnieć, że lekcje będą odbywać się rano, tylko około godz. 15-17, bo nauczyciele dochodzą z różnych szkół, więc na indywidualne jeżdżą już po lekcjach - mówi. Kobieta miała też usłyszeć, że "program jest ciężki, dziecko wiele z niego nie wyniesie i 'czy uważa, że to dla niego będzie dobre?'".

Wtedy się poddała.

- Mówiłam, że dziecko z niepełnosprawnościami najlepiej funkcjonuje rano, że Kuba chce spróbować, a jeśli sobie nie poradzi, to przepiszę go do szkoły specjalnej, ale kiedy usłyszałam to wszystko, zrezygnowałam. Nie wiem, ile było w tym prawdy, a na ile to była jakaś rozgrywka, próba zniechęcenia nas - zastanawia się.

Szkoła się tłumaczy: Takie są realia

Interia zwróciła się z tymi pytaniami do szkoły. Tam usłyszeliśmy, że "takie są realia".

- Nauczyciela mają nawet po 37 godzin i na zajęcia indywidualne jeżdżą już po lekcjach. To są godziny 13-14 - mówi nam wicedyrektor Mirosława Iwanowska, która w Zespole Szkół odpowiada za uczniów liceum.

Kiedy dopytujemy, czy zdarzają się zajęcia jeszcze później, przyznaje, że bywa i tak. Czasami kończą się nawet o 17. Kobieta wskazuje też na powtarzany od wielu miesięcy w całym kraju problem braku nauczycieli. - Mają już tyle godzin, że nie chcą zajęć indywidualnych i co ja mogę zrobić? Też mają rodziny, chcą mieć czas wolny, a my musimy szukać pracowników z innych szkół, którzy mogliby nas wspomóc - przyznaje.

W ubiegłym roku szkolnym 14 uczniów tamtejszego liceum miało nauczanie indywidualne. W placówce uczy się łącznie około 100 osób.

Dyrektor Iwanowska przyznaje, że w Gorzowie Wielkopolskim jest tylko jedno liceum integracyjne. - Uczeń może iść do innej szkoły, to wybór rodzica, ale u nas są specjaliści, dzieci mają rehabilitację - mówi.

Podkreśla, że szkoła nie ma nic do ukrycia w sprawie Kuby. - Wiem, że mama chciałaby, żeby zajęcia odbywały się rano i ją rozumiem, ale zaproponowaliśmy to, co możemy dać. Robimy co możemy, ale sytuacja jest trudna  - mówi i po chwili dodaje, że "ten system nie jest do końca sprawny".

Brak miejsc w szkołach specjalnych

O problemach w edukacji dzieci z niepełnosprawnościami rozmawiamy też z Urszulą Majcher-Legawiec, dyrektorką Zespołu Szkół Specjalnych im. Ludwika Jerzego Kerna w Krakowie.

Obok oczywistego problemu braku nauczycieli mówi też o niewystarczającej liczbie miejsc w szkołach specjalnych. - To powoduje, iż część dzieci z orzeczeniami o niepełnosprawności jest poza systemem edukacji, choć istnieje wobec nich obowiązek szkolny. Są objęte tym obowiązkiem, ale go nie realizują - mówi.

Zauważa, że ostatnich latach zmalała liczba szkół dla dzieci z niepełnosprawnościami prowadzonych przez jednostki samorządu terytorialnego. W tym momencie jest około 2 tysięcy szkół specjalnych, a średnia uczniów w jednej szkole to około 50 osób i wtedy mówimy już o naprawdę dużej szkole. - Tych placówek jest za mało i to jest sytuacja patowa - twierdzi Majcher-Legawiec.

Zwraca też uwagę na całkowicie inny aspekt problemu z brakiem miejsc w szkołach specjalnych. - Nie jest tajemnicą, choć wprost też nie jest to powiedziane, że szkoła pełni funkcję instytucji świadczącej opiekę wytchnieniową dla rodziców. Oddanie dziecka do szkoły oznacza, że rodzic ma możliwość zajęcia się sprawami istotnymi dla funkcjonowania rodziny. To, że dziecko nie znajduje miejsca w szkole, ma konsekwencje dla całej rodziny - mówi.  

Dodatkowo w Krakowie pojawiło się w ostatnich miesiącach sporo uczniów z niepełnosprawnościami z Ukrainy, na ten moment może ich być około 100. Do tego dochodzą polscy uczniowie, którzy mają problem ze znalezieniem miejsca w szkole specjalnej i robi się już duża grupa, której nie ma gdzie przyjąć.

- Otworzenie szkoły specjalnej to nie jest najtrudniejsza rzecz na świecie, ale znalezienie budynku, który spełnia wszystkie wymogi to już inna historia. W zasobach miejskich takiego budynku nie ma. Można go zaprojektować i budować, ale na to potrzeba czasu - mówi Majcher-Legawiec.

Ostatecznie miasto Kraków podjęło decyzję o otworzeniu szkoły specjalnej na ul. Topografów 11 w wynajmowanym budynku. Zmieści się w niej do 40 uczniów. Wrzesień pokaże, czy znajdzie się w innych szkołach miejsce dla pozostałych dzieci.

"Ciemna liczba dzieci i martwe dusze"

Majcher-Legawiec opowiada też Interii historię ze swojego podwórka. - Przyjęliśmy do szkoły dziecko, które mieszka po drugiej stronie Krakowa i okazało się, że nie może być dowożone do szkoły, bo jego stan na to nie pozwala, dlatego musi być uczone w domu. Ja w szkole mam zatrudnionych nauczycieli na styk, nie naruszam przepisów, ale nie mam możliwości kadrowych. Wypada mi jedno dziecko z klasy do nauczania indywidualnego, mieszka 30 km od szkoły i wiem, że nie znajdę nikogo, kto będzie do niego jeździł. I to jest prawdziwy dramat, bo chciałabym, ale fizycznie nie mam kim - mówi.

Dodaje, że w tym konkretnym przypadku znalazła rozwiązanie, ale to nie była decyzja zarządcza tylko zrządzenie losu. Takich sytuacji może być dużo więcej. - Żaden nauczyciel nie będzie robić codziennie 60 km, bo nie ma za to dodatków, a musi poświęcić czas na dojazd, opłacić paliwo czy bilet. To powoduje, że dziecko wylatuje z systemu. Niby jest, ale nie da się wobec niego zrealizować obowiązku szkolnego - zwraca uwagę dyrektorka z Krakowa.

Jej zdaniem może to być pole do nadużyć, bo szkoła dostaje dotację oświatową na dziecko, natomiast nie wywiązuje się ze swoich obowiązków tłumacząc, że dziecko mieszka za daleko. Uczciwiej byłoby nie przyjąć tego dziecka do szkoły.

- To jest ta ciemna liczba dzieci, które mogą być w systemie, a nie są jego beneficjentami. W ich biografii edukacyjnej i terapeutycznej nic się nie dzieje. Z drugiej strony, jako osoba, która zajmuje się szkołą specjalną i znajdzie się w takiej sytuacji, a nie ma fizycznie nauczyciela dla tego dziecka, jestem w sytuacji patowej. Co mogę zrobić? Dziecko nie jeździ do szkoły, ja nie mam kogo do niego wysłać i mam martwą duszę. Mam na liście, ale nie świadczę usługi - mówi.

Wyjaśnia, że nie ma środków prawnych do tego, żeby wskazać nauczycielowi drugie miejsce pracy i bez dodatkowego wynagrodzenia skłonić go, żeby tam dojeżdżał.

Bez odpowiedzi z ministerstwa

Zapytaliśmy Ministerstwo Edukacji i Nauki, ile dzieci z niepełnosprawnościami w Polsce jest poza systemem edukacji. Z odpowiedzi dowiadujemy się, że "kontrolowanie spełniania obowiązku szkolnego należy do zadań dyrektora szkoły podstawowej, w obwodzie której dziecko mieszka. Kontrolowanie obowiązku nauki natomiast należy do zadań dyrektorów publicznych i niepublicznych szkół ponadpodstawowych, pracodawcy oraz osoby kierującej podmiotami prowadzącymi kwalifikacyjne kursy zawodowe. Są oni zobowiązani powiadomić wójta gminy (burmistrza, prezydenta miasta), na terenie której mieszka absolwent szkoły podstawowej, który nie ukończył 18 lat, o przyjęciu go do szkoły albo w celu przygotowania zawodowego albo na kwalifikacyjny kurs zawodowy oraz informować o zmianach w spełnianiu obowiązku nauki przez absolwenta szkoły podstawowej".

24 sierpnia zapytaliśmy też MEiN, ile dzieci z niepełnosprawnościami objętych jest w Polsce obowiązkiem szkolnym i ile z nich realizuje ten obowiązek w szkołach, a ile ma nauczanie indywidualne w domu. Odpowiedzi nadal nie uzyskaliśmy.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika natomiast, że w roku szkolnym 2020/21 6 tysięcy dzieci uczęszczało do przedszkoli specjalnych, a 35,1 tys. dzieci niepełnosprawnych przebywało w innych placówkach wychowania przedszkolnego. W szkołach kształciło się też 191,4 tys. dzieci i młodzieży ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi (bez szkół dla dorosłych), które stanowiły 3,9 proc. ogólnej liczby uczniów.

Walka o dziecko

Mama Kuby rozumie problemy w oświacie, ale nie ukrywa, że "walczy o swoje dziecko".

- Wiem, że w liceum byłoby mu ciężko, rozumiem, że mógłby sobie nie poradzić, ale chciałabym, żeby miał szansę spróbować. Jeśli przez tyle lat dawał radę, to dlaczego teraz zamyka mu się drogę? - pyta.

Dodaje: Wiem, że Kuba nie będzie nigdy prawnikiem, lekarzem, budowlańcem. Chcę, żeby był i żył jak najdłużej, ale chcę też, żeby robił to, co sprawia mu przyjemność. A kto wie, może kiedyś mógłby nawet napisać maturę? Ja tego nie wiem, ale wiem, że teraz okazuje się, że ostatnie 17 lat walki o jego edukację było bez sensu i w tym momencie jest już skazany na życie "gdzieś z boku", na zasiłkach i rentach. 

Rodzice bez wyboru

W kraju od kilku miesięcy toczy się dyskusja dotycząca podręcznika do nowego przedmiotu - historia i teraźniejszość. Część nauczycieli i rodziców grzmi, że nie chcą by dzieci były z niego uczone. Od rodziców dzieci z niepełnosprawnościami różni ich jedno: mają wybór. Ci drudzy najczęściej są skazani na to, co oferuje im niewydolny system.  

Na koniec naszej rozmowy Małgorzata, mama Kuby, mówi: - Chciałabym, żeby ktoś zainteresował się takimi dziećmi jak Kuba i ich edukacją.  

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: paulina.sowa@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy