Reklama

Reklama

Artur otworzył zakład pogrzebowy, Ewelina jest psychodietetykiem. Wcześniej byli nauczycielami

- Rzuciłem do mojej partnerki - otworzymy zakład pogrzebowy. Ewa myślała, że oszalałem - mówi Interii Artur Sierawski, były nauczyciel historii, który od dwóch lat zajmuje się organizacją i obsługą pogrzebów. Renata po odejściu ze szkoły pracowała na stacji benzynowej, Ewelina jest zoopsychologiem, a jej imienniczka psychodietetykiem. Wszyscy pracowali kiedyś w szkole. Żaden swojej decyzji o odejściu nie żałuje.

- Kim pan jest z zawodu?

- Z zawodu to historykiem!

- Ale już "niepraktykującym".

- To prawda.

Artur Sierawski pracował jako nauczyciel 6 lat. Przygodę ze szkołą zakończył z końcem sierpnia. Jeszcze jako nauczyciel, cztery lata temu, otworzył żłobek i przedszkole. Dwa lata później - własny zakład pogrzebowy.

Jak wspomina, na pomysł z zakładem wpadł w domu, leżąc wieczorem w łóżku. - Żłobek i przedszkole przynosiły zysk, trzeba było gdzieś te pieniądze ulokować. Chciałem to zrobić mądrze i zainwestować w coś, co jest zawsze potrzebne - mówi były nauczyciel.

Reklama

I dodaje: - Rzuciłem do mojej partnerki - otworzymy zakład pogrzebowy. Ewa myślała, że oszalałem. "Nie ma takiej opcji" - powiedziała. Prawda jest taka, że my zupełnie nie wiedzieliśmy, z czym to się je, byliśmy w tej kwestii zieloni, mieliśmy zerowe doświadczenie w branży. Pogrzeby widziałem tylko będąc ich uczestnikiem.

Postanowili spróbować. Na początek wystarczyło założyć działalność gospodarczą. - Nie trzeba mieć sprzętu ani zaplecza, wszystko można wypożyczyć. My postanowiliśmy jednak już na wstępie kupić pawilon, który postawiliśmy przy kościele, mamy tam biuro, tam też przechowujemy trumny. Kupiliśmy dwa karawany. Chłodnię i kaplicę wynajmujemy od parafii - wymienia. W tym roku będą też kupować kolejny samochód. To dlatego, że pracy jest coraz więcej.

Zatrudnia kilka osób, ale sam też robi w firmie wszystko. - 3:30 pobudka i jadę na giełdę. Później zajmuję się przygotowaniami do ceremonii. Obsługuję też rodziny w biurze. Jak trzeba, jeżdżę po ciało. Cały czas jestem w biegu. Dzień kończy się o godzinie 22, czasami 23 - opowiada.

Pracy ma więc więcej, niż wtedy, gdy był nauczycielem. - Ale pracuję na własny rachunek, płaca jest zdecydowanie lepsza. Kiedy chcę, mogę zrobić przerwę, odpocząć. Nie ogranicza mnie też biurokracja, rozporządzenia ministra i ciągłe zmiany - zauważa. Na pytanie, czy lubi to, co robi, odpowiada: - Obie firmy dają mi dużo satysfakcji. W obu miejscach pomagam ludziom, tak to traktuję. Jako pewną służbę.

Nie ukrywa, że prowadzenie zakładu pogrzebowego jest obciążające psychicznie. - Trzeba być odpornym. Mamy styczność z różnymi przypadkami. Są i takie, które zapamiętam na całe życie. Ostatnio chowaliśmy 3-letnie dziecko, które zmarło w domu na rękach matki. Mam wciąż przed oczami ten obraz, gdy przyszliśmy do domu, i kobieta nie chciała go oddać. Mieliśmy też niedawno pogrzeb 8-latki, która utonęła w jeziorze Tałty - opowiada Artur Sierawski. Przyznaje, że stara się dużo o tym nie myśleć. - Pewne rzeczy zostawiam za drzwiami zakładu - przyznaje.

- Gdybym w szkole zarabiał dobre pieniądze, nie otworzyłbym żłobka i przedszkola, a tym bardziej zakładu pogrzebowego. Była to praca satysfakcjonująca, ale marnie płatna i do reszty przepełniona biurokracją. Zniechęciło mnie to na tyle, że musiałem odejść - podsumowuje były nauczyciel.

Na kasie w stacji benzynowej. "Swojej decyzji nie żałuję"

Renata pracowała w szkole podstawowej. Ukończyła studia na kierunku filologia polska, angielska, ma też podyplomówkę z historii. I tych trzech przedmiotów uczyła. Jako nauczycielka pracowała 19 lat.

- Ta myśl dotycząca odejścia dojrzewała we mnie długo. W końcu odważyłam się i w maju 2019 roku złożyłam wypowiedzenie. To był czas protestów w oświacie. Moją formą sprzeciwu było odejście ze szkoły - mówi była nauczycielka.

Nie miała jeszcze pomysłu na siebie ani żadnej propozycji pracy. - Najpierw odpoczywałam. Cały miesiąc dochodziłam do siebie - opowiada. - W sierpniu zaczęłam aktywnie szukać pracy. Pochodzę z Bolesławca na Dolnym Śląsku, to niewielkie miasto, ma niecałe 40 tys. mieszkańców. Wszyscy mi mówili: spokojnie, na pewno bez problemu pracę znajdziesz, znasz przecież język obcy. Okazało się, że wcale nie był to atut. Na lokalnych pracodawcach mój angielski nie robił wrażenia. Do najbliższego większego miasta, czyli Wrocławia, mam 100 kilometrów. To było za daleko, a wtedy praca zdalna jeszcze nie była powszechną formą zatrudnienia - mówi Renata.

Złożyła kilkanaście CV. Jedno z nich wysłała do stacji benzynowej. Została przyjęta.

Pracowała na 12-godzinnych zmianach, w tym w nocy. Stacja połączona jest z dość dużym sklepem oraz bistro. Obsługiwała więc kasę paliwową lub kasę w bistro, w obu przypadkach sprzedając też towar ze sklepu. Pracując na kasie paliwowej sprzątała toalety. W bistro wydawała posiłki, smażyła jajecznicę, podgrzewała hot-dogi.

- Nie jest to moja praca marzeń, ale komfort psychiczny był nieporównywalnie lepszy. Zdarzali się klienci awanturujący się, ale to jest nic w porównaniu z trudnym uczniem. Klient jest 5 minut, a uczeń przez lata - podkreśla była nauczycielka.

A zarobki? - Byłam nauczycielem dyplomowanym, więc moja pensja i tak była jedną z większych. Mimo to moja pierwsza wypłata ze stacji benzynowej była zaledwie 200 zł niższa od zasadniczej w szkole. Po roku zaproponowano mi podwyżkę i gdyby nie to, że przeszłam na pół etatu, zarabiałabym już więcej, niż w jako nauczycielka. Zmniejszenie etatu było związane z tym, że na pół roku poszłam na zastępstwo do szkoły. W tej chwili jestem na zasiłku rehabilitacyjnym ze względu na stan zdrowia.

- Swojej decyzji nie żałuję. Do pracy na stacji paliw prawdopodobnie nie wrócę, bo zdrowie mi zapewne nie pozwoli. Będę się przymierzać do innej branży, może obsługa klienta, może IT. Szkoła wypala - podsumowuje Renata.

Zaczęło się od wolontariatu w schronisku. Skończyło na zoopsychologii

- Pewnie powinnam powiedzieć, że od zawsze miałam psy, ale to nieprawda - mówi Ewelina, która jest zoopsychologiem. I byłym nauczycielem. Uczyła edukacji wczesnoszkolnej przez 4 lata, wcześniej pracowała jako pomoc nauczyciela. Równolegle do pracy w szkole rozwijała swoją pasję. Zaczęło się od wolontariatu w schronisku, to był rok 2008.

- Oprócz ogłaszania psów do adopcji, wyprowadzania ich na spacery, koordynowania transportów, zdarzyło mi się być tak zwanym domem tymczasowym - kilka zwierzaków przewinęło się przez moje ręce. Aż trafiło na suczkę, która wykazywała takie problemy behawioralne, że uznałam, iż nie ma sensu jej "wysyłać" dalej, bo niechybnie zaraz wróci z adopcji - opowiada Ewelina. Zaczęła nad nią pracować we własnym zakresie, korzystała też z konsultacji trenerów i behawiorystów. - Szło nam coraz lepiej i jakoś tak wyszło, że suczka po prostu została ze mną, do końca swoich dni.

- W międzyczasie, w 2014 roku, pojawiła się druga "adopcjanka" - suczka wyrzucona po świętach na ulicę. Historia podobna - miała być na chwilę, okazała się mieć olbrzymie problemy na tle agresji lękowej, została, bo nikomu nie chciałam oddawać takiego kukułczego jaja - mówi Ewelina. Wtedy też zaczęła pomagać bliższym i dalszym znajomym w "układaniu" ich psów. - Pocztą pantoflową dostawałam od czasu do czasu nowe "zlecenia". To był też czas mojego silnego zainteresowania dogoterapią, a zwłaszcza jej edukacyjnym aspektem, czyli zajęciami dla dzieciaków i osób dorosłych z udziałem psa - dodaje.

- Kolejnym psem był już świadomie wybrany pies rasowy - bedlington terier. A jakiś czas temu dołączyła do nas suczka tej samej rasy, bo całkiem przy okazji się totalnie zakochałam w ich nastawieniu do świata - przyznaje.

Po jakimś czasie postanowiła spróbować połączyć jej wykształcenie z hobby, co zaowocowało prowadzeniem warsztatów i spotkań w ramach edukacji kynologicznej. Nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych. - W międzyczasie ciągle szkoliłam się - byłam uczestniczką wielu kursów, konferencji, warsztatów dotyczących behawioru psów, zooterapii, zagadnień związanych z chowem i hodowlą psów rasowych i wielu innych aspektów bezpośrednio lub pośrednio związanych z psami - wymienia.

- Podczas urlopu macierzyńskiego zdałam sobie sprawę, że nie mogę wrócić do szkoły systemowej - a na pewno nie w takiej formie, w jakiej funkcjonuje ona obecnie. Rozpoczęłam - i wiosną bieżącego roku ukończyłam - roczny kurs dający uprawnienia zawodowe do pracy ze zwierzętami - zoopsycholog - opowiada nasza rozmówczyni. Zaczęła prowadzić szkolenia indywidualne i konsultacje behawioralne na niewielką skalę w ramach działalności nierejestrowanej. Później udało jej się załapać do unijnego programu dotacji na założenie działalności gospodarczej. - Prowadzę szkolenia psów i terapie behawioralne, oprócz tego chcę stworzyć niewielki domowy hotelik dla psów. Drugim filarem mojej działalności pozostaje edukacja kynologiczna - pozostaję zatem mimo wszystko w temacie edukacji, jednak na swoich warunkach i nieco inaczej - podkreśla była nauczycielka.

- Żałuję tylko tego, że wcześniej brakowało mi odwagi na podjęcie takich kroków - podsumowuje.

Ukończyła studia z psychodietetyki. Teraz ma firmę, prowadzi warsztaty na Zanzibarze

- Właśnie mijają dwa lata, jak nie pracuję jako nauczyciel języka polskiego - mówi Interii Ewelina Daniła. - Gdybym nie zrezygnowała, to chyba położyłabym się na szkolnym korytarzu i już nie wstała. Tak byłam wypalona - dodaje.

W szkole pracowała 8 lat. - Jeszcze nie myśląc, że zrezygnuję z pracy w oświacie, zrobiłam sama dla siebie studia z psychodietetyki. To mnie interesowało, chciałam pogłębić wiedzę w tym temacie - opowiada Ewelina. Jako nauczycielka prowadziła szkolenia i warsztaty z psychodietetyki, brała udział w kursach.

- Po złożeniu wypowiedzenia w szkole stwierdziłam, że na tyle mnie to kręci, że chcę w to pójść - dodaje. Założyła bloga. Postanowiła, że jeśli wytrwa rok w jego prowadzeniu, to będzie to robić dalej. - Tak też się stało. Później zaczęłam oferować indywidualne sesje online, wypuściłam ebooki. Jakoś to wszystko szło do przodu - mówi Ewelina.

Podkreśla, że dalej uczy. Tylko psychodietetyki. - Jeżdżę do firm, a także do szkół. Mam satysfakcje z nauczania, a odchodzi mi cała oświatowa biurokracja - dodaje.

Zaledwie po kilku miesiącach po odejściu ze szkoły dostała też ofertę, o której od zawsze marzyła. - Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka. Powiedziała, że wróciła właśnie z Zanzibaru i postanowiła zacząć organizować tam wyjazdy. Przyznałam jej, że zawsze chciałam prowadzić warsztaty w tak pięknych miejscach. I tak zaczęłyśmy razem to organizować - opowiada Ewelina. Robią to do dziś.

Była nauczycielka przyznaje, że finansowo jest lepiej, niż w szkole, choć nie jest to jeszcze to, czego chciała. - Ale byłam na to gotowa, wiedziałam, ze mając własną firmę dochody nie będą stałe i stabilne. Jednak wiem, że wszystko jeszcze przede mną i dojdę do tego miejsca, w którym chcę być. Poza tym finanse to nie wszystko - dodaje.

- Jak odejdzie się z jakiegoś miejsca, nagle okazuje się, że jest tyle możliwości. Oczywiście trzeba się do tej zmiany przygotować, zastanowić się, co chce się robić, odłożyć pieniądze. A później: odważyć się i spróbować - podsumowuje. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy