Reklama

Reklama

Mity polskie, czyli pedagogika przegrywu

Wystarczy czytać zapowiedzi. 1 sierpnia znów nas zasypie stos uroczystości kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, kolejnych przemówień i patriotycznych pogadanek. Będzie nam mówione, że Powstanie zadziwiło świat, że było wspaniałe, tylko inni zdradzili, że gdyby nie tamten czyn, to nie byłoby dzisiejszej Polski. Itd.

Ta bzdura będzie powtarzana.

Patrzę na to coroczne misterium dwojako.

Po pierwsze, jako na wielkie kłamstwo. Powstanie nie było wspaniałe, było nieszczęściem, które sprowadziło śmierć na 150 tys. mieszkańców Warszawy (te dane wciąż są nieostre). To była polityczna głupota, głupota tych, którzy zdecydowali o wybuchu, bez nadziei na cokolwiek, nie był to czyn wojenny tylko samospalenie. 

Powinniśmy o Powstaniu pamiętać, powinniśmy pamiętać o ofiarach, bohaterstwie żołnierzy, 20-letnich dzieci, ale i pamiętać, że to żałoba i łzy, a nie radość. Że to klęska, a nie zwycięstwo.

Reklama

Po drugie, widzę przecież w tych obchodach inny zamysł. Potrzebę budowy mitu, narodowego sacrum. Polska potrzebuje wzniosłych dni, i PiS to wie. Więc celebruje rocznicowe obchody, jako najwyższy kapłan. To prosta gra z dziedziny politycznej manipulacji - kto ma mit, ten ma monopol na wyznaczanie tego co polskie, co patriotyczne, a co obce. I na końcu - ma monopol władzy.

To jest zamiar obrzydliwy i niebezpieczny. Obrzydliwy - bo jak nazwać zamysł, by poprzez groby wymordowanych warszawiaków domagać się uznania swej władzy? Niebezpieczny - bo akurat Powstanie nie jest najlepszym wydarzeniem, by przerabiać je na narodowy mit.

Oczywiście, naród musi mieć swoje wielkie wydarzenia, to go jednoczy, to mu daje siły. Tylko rzecz polega na tym, by był to mit zwycięstwa, sukcesu. I żeby jednoczył.

*

Mity raczej nie powstają same z siebie. Powstają na polityczne potrzeby, wielkie formacje je tworzą. Przykład mamy jak na dłoni - za chwilę będziemy obchodzić rocznicę Bitwy Warszawskiej. Warto więc, byśmy pamiętali, jaką zażartą walkę o interpretację tego wydarzenia prowadziły obozy polityczne II RP. Dla piłsudczyków był to mit Józefa Piłsudskiego, wielkiego zwycięzcy, autora genialnego planu. Dla endeków to Cud nad Wisłą (więc nie żaden plan tylko interwencja Opatrzności), łącznie z szarżą księdza Skorupki i interwencją Najświętszej Panienki.

Nawiasem mówiąc, Bitwa Warszawska i plebania w Wyszkowie pogrzebały komunistów, trwale spychając ich na margines.

A III RP?

Przez jakiś czas mieliśmy mit Okrągłego Stołu, jako mądrej umowy, mądrego i bezpiecznego przejścia z jednego świata w inny. Jeżeli ktoś nie docenia tamtego dzieła, niech spojrzy na Ukrainę, na to, jak Rosja reaguje, gdy ktoś chce wyrwać się z jej strefy wpływów. Wtedy, w roku 1989, się udało, choć to wszystko falowało, Gorbaczow się chwiał, Jaruzelski, Wałęsa, Mazowiecki, stąpali po kruchym lodzie.

Ale wspomnienie Okrągłego Stołu to już zgliszcza, Kaczyński to rozbił, oskarżając jego uczestników o zmowę, spisek, wspólne picie wódki, itd.

Kłopot w tym, że wspomnienie wielkiego sukcesu zastąpił, w ramach narodowego mitotwórstwa, wspomnieniami klęsk. Powstaniem Warszawskim, "wyklętymi", katastrofą smoleńską... Czyli wtłaczaniem w nasze głowy, że zawsze przegrywamy, że zawsze jesteśmy osamotnieni, zawsze zdradzeni (czasami o świcie), że wszyscy wokół na nas czyhają.

Oto pedagogika przegrywania. Być może Kaczyński nie zdaje się z tego sprawy, ale te wszystkie opowieści o wielkim męczeństwie są dla narodu szalenie niebezpieczne. Są usprawiedliwieniem porażek, są dobrą wymówką dla wiecznych przegrywów. Po co się starać, jak i tak nadejdzie fatum! Polsce, Polakom, to ciągłe użalanie się nad sobą, szkodzi. Zresztą, każdemu szkodzi.

Polska, taka jaka jest dzisiaj, w tym stanie, potrzebuje innego mitu. Takiego, w którym byłoby i zwycięstwo, i pochwała współpracy, dobrej organizacji.

Mamy wielką historię, i tę daleką i tę bliską, więc materiałów do takich mitów nie brakuje. Tylko wyciągać i wybierać!

Co wybierać? Wiadomo, mit, by zagrać, musi uderzać w czułe struny wrażliwości. Musi wzbudzać emocje, ale też powinien mieć pedagogiczne przesłanie. Spójrzmy na wojnę w Ukrainie. Ona pokazuje, że bohaterstwo jest potrzebne, ale niewiele ono znaczy bez czołgów, rakiet, i głębokiego zaplecza. Ukraina może Rosję powstrzymywać, bo może liczyć na Zachód, na dostawy, i broni, i benzyny, i pieniędzy. W dłuższej pespektywie wygrywa więc ten, kto ma lepsze fabryki, więcej może produkować, czy też ma środki na zakupy.  Może więc czas sięgnąć po historie "dobrych gospodarzy", Polaków, którzy budowali pomyślność kraju? Gospodarkę, naukę, szkoły. Oraz dobre urzędy.  Takich przykładów szukajmy. I nie śmiejmy się, że są o rzeczach przyziemnych. Bo to one, takie marzenia, napędzały rewolucjonistów. Opowieści o "szklanych domach" czy "drugiej Japonii" nie wzięły się znikąd.

Zapalanie światełek nad grobami, patriotyczne wspomnienie, to wszystko jest piękne i wzruszające. Ale chleba nie daje. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy