Reklama

Reklama

Elon Musk na dworze Heliogabala

Najbogatszy człowiek świata będzie właścicielem Twittera. Kontrolujemy instytucje państwa (i słusznie!, jeśli tylko nie pochłania nas kulturowa wojna i hejt, które czynią nas posłusznymi i bezkrytycznymi wyznawcami idoli naszej własnej bańki), podczas gdy pieniądz wymyka się wszelkiej kontroli. Nie lubimy polityków (czasem słusznie, czasem mechanicznie, kreując przeciw nim jednosezonowe gwiazdy - od Kukiza do Zandberga i z powrotem), podczas gdy oligarchowie coraz bardziej nas zachwycają. Szczególnie jeśli - jak Musk - mają w sobie coś z influencera.

Pierwsze w naszej epoce (po upadku berlińskiego muru) wtargnięcia wielkiego pieniądza w czystą politykę to Berlusconi i Trump. Największe zepsucie, któremu zaufali najpierw włoscy katolicy wycieńczeni kulturową wojną, jaką prowadziła z nimi przez całe dekady włoska lewica kulturowa, a później amerykańska "moralna większość" rozdrażniona całymi dekadami kulturowej wojny, jaką prowadzili z nimi weterani obyczajowej rewolty 1968.

Do rzadkości należeli ludzie, którzy - tak jak amerykański liberał i komunitarysta Michael Walzer - twierdzili, że chrześcijaństwo i judeochrześcijaństwo było w Ameryce najskuteczniejszym i najbardziej autentycznym sojusznikiem emancypacji (rasowej, obyczajowej). On sam pamiętał jeszcze pastora Martina Luthera Kinga, który z Biblią w ręku rzucił wyzwanie apartheidowi w ojczyźnie wolności. Kiedy jednak coraz bardziej radykalizujący się "postępowcy" odrzucili najcenniejszą emancypacyjną, równościową narrację, jaką było (mimo wszystkich kościelnych patologii) judeochrześcijaństwo, "lewicowcy z Nowego Jorku" stracili kontakt z ludem - i czarnym, i białym.

Reklama

Trump pierwszego miliona nie zarobił

W tej sytuacji rozkwitały "rozwiązania proste". Uczestnicy kulturowych wojen, wbrew temu, co sami deklarują, nie potrzebowali "wartości", szukali tylko siły, choćby pochodziła od diabła. Także włoscy katolicy i amerykańska "moralna większość", deklarując absolutną moralną czystość, przeciwstawiając tę własną czystość "zepsutemu liberalnemu światu", tak bardzo byli spragnieni realnej siły i władzy, że przyjęli ten dar z rąk absolutnie patologicznych gości. 

Berlusconi przynajmniej sam zarobił swoje pieniądze, choć "bunga-bunga" i cała sieć jego telewizyjnych stacji lepiących swoją programową ofertę z soft porno i wróżek czyniły go bardzo wątpliwym sojusznikiem "przebudzenia katolickich Włoch". Trump nawet pierwszego miliona dolarów nie zarobił, nawet go nie ukradł (co byłoby dowodem jakiejś witalności), dostał go od taty. Sam wyspecjalizował się w celebrytyzmie, nepotyzmie i totalnym zepsuciu. Kiedy jego żona była w ciąży, on kupował sobie seksualne usługi najsłynniejszej amerykańskiej gwiazdy porno Stormy Daniels, która później szantażowała go w kampanii wyborczej i którą opłacał pieniędzmi z pogranicza wyborczych funduszy.

A jednak zachwycili się nim spragnieni siły chrześcijańscy fundamentaliści z Południa i zachwyca się nim spragniony siły Cejrowski. Dla tego mirażu siły "alternatywna prawica" porzuciła nawet swoją odwieczną nieufność wobec Rosji. Tak jak Trump, bardziej ufając Putinowi niż własnemu państwu, niż własnym republikańskim instytucjom (czy choćby ich resztkom).

Dzisiejsze chleb i igrzyska

Tak kończył się Rzym. Zastępując znienawidzonych przez motłoch patrycjuszy, arystokrację, klasę średnią... oligarchami, triumwirami, w końcu cezarami, których motłoch ukochał. Zagwarantowali mu przecież "chleb i igrzyska", czyli - mówiąc dzisiejszym językiem - "gwarantowany dochód podstawowy" i "Grę o tron". Na obu tych frontach możemy oczywiście docenić pracę sublimacji, bo "chleb" nie jest już rozdawany na rogach ulic, ale rozpisany na całą listę zasiłków i benefitów, a krew gladiatorów w telewizyjnych widowiskach wciąż jeszcze jest symboliczna.

Coraz bardziej zdegenerowany rzymski lud nie musiał pracować, gdyż pracowali za niego niewolnicy. Tak jak dziś na benefity zachodniego ludu pracują imigranci (przynajmniej z tych nacji, które przyjechały pracować, a nie przyłączyć się do chóru roszczeń), a smartfony i Apple lewicowych aktywistów ze stolic Zachodu składa proletariat w Chinach, Wietnamie, Indiach, Nigerii, Etiopii. W dodatku tu jest czysto, tam brudno, ale do Wielkiego Muru ani do "armii z terakoty" żaden zachodni aktywista się nie przylepi, bo by mu odcięto ręce lub głowę (w zależności od tego, jaką częścią ciała by się do tych wytworów chińskiego antropocenu przylepił).

Poczciwy "canceling"

Umierający Rzym miał nawet Heliogabala - pierwszego cezara, który zmieniał płeć w rytmie suwerennych poszukiwań własnej autentycznej tożsamości płciowej. W dodatku - jak to "galernicy wrażliwości" obdarzeni realną władzą - skracał o głowę każdego, kto nie entuzjazmował się jego poszukiwaniami. I znów, nasz poczciwy canceling, jakiego ofiarą padają Rowling, Atwood i inne "terfki" (nawet mi się nie chce rozwijać tego skrótu, zapytajcie Orlińskiego, on się specjalizuje), jest w porównaniu do zasad panujących na dworze Heliogabala dowodem gigantycznego postępu.

Dookoła tamtego zepsucia ostrzyli swoją broń "zdrowi barbarzyńcy" - Partowie, Germanie... Tak jak dookoła zepsucia Zachodu krążą dziś jak sępy Putin, Dugin, Xi Jinping, islamscy fundamentaliści... Czasem przywdziewając szaty "antyamerykańskich, alterglobalistycznych rewolucjonistów", a czasem szaty "obrońców tradycyjnych wartości".

Ale skoro połączenie publicznie deklarowanej wiary z absolutnym cynizmem uchodzi Trumpowi i Berlusconiemu, czemu także Putin nie miałby znaleźć swoich wyznawców (po lewej i po prawej stronie kulturowej wojny, od Watersa i Ocasio-Cortez po Korwina i Cejrowskiego) na współczesnym dworze Heliogabala. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy