Reklama

Reklama

Aby mieszkać w Berlinie, musisz wysłać CV

Berlin walczy z kryzysem mieszkaniowym, który z roku na rok staje się coraz większy. Brakuje przede wszystkim mieszkań na wynajem. Ten, kto próbował znaleźć mieszkanie w centralnych dzielnicach wie dobrze, że poszukiwania mogą zająć kilka miesięcy. Ogłoszenia, które pojawiają się na portalach, znikają nawet w ciągu kilkunastu minut. Ceny szybują w górę, bo najemcy są gotowi płacić wyższe ceny, by tylko znaleźć lokum nad Sprewą.

Wynajmujący mieszkania w Berlinie znaleźli się w komfortowej sytuacji, mogą przebierać w najemcach jak im się tylko podoba. Przeciętnie na jedno mieszkanie jest 215 chętnych. Teraz już nie wystarczy umówić się na obejrzenie mieszkania. Aby otrzymać jakąkolwiek odpowiedź od właściciela, konieczne jest złożenie CV.

Sfrustrowani są szczególnie młodzi ludzie, bo wysyłając oferty nawet do kilkuset miejscach, nie otrzymują żadnej odpowiedzi. Szanse mają ci, którzy mają stałe i wysokie zarobki, czyste konto w Schufa (Biuro Informacji Kredytowej) i są w stanie dużo płacić.

Reklama

CZYTAJ WIĘCEJ: Kryzys na rynku mieszkaniowym. Rosnące raty to nie jest główny problem

Sytuacja stała się na tyle absurdalna, że nawet biura pośrednictwa nieruchomości nie są zainteresowane przyjmowaniem zleceń na poszukiwanie mieszkań. Ponieważ każda nowa oferta mieszkaniowa, która się pojawi, schodzi na pniu.

Doskonałym przykładem na to, jak trudno jest o lokum w Berlinie, jest sytuacja sekretarza generalnego SPD Kevina Kühnerta. Polityk już od roku bezskutecznie szuka dla siebie mieszkania. Nie pomaga mu w tym nawet dobra sytuacja materialna i zarobki przekraczające 10 tys. euro.

Za 30-metrową kawalerkę trzeba płacić 800 euro

Problemem są również wysokie koszty najmu. Osoby, które podpisały umowy dużo wcześniej płacą za metr kwadratowy co najmniej 6 euro w najtańszych budynkach z wielkiej płyty i minimum 13 euro za lokal w wyremontowanej kamiennicy. Gorzej mają ci, którzy teraz szukają mieszkań. O takich cenach nawet nie mają co marzyć. 

Berlińczycy, którzy już wynajmują mieszkanie, robią wszystko, by nie pozbywać się swojego lokum. Najemcy, którzy z różnych względów muszą na jakiś czas wyprowadzić się z miasta, nie rezygnują z mieszkania w stolicy Niemiec. Podnajmują oni lokale na czas określony innym osobom, by utrzymać swoją umowę z właścicielem nieruchomości. Jest to bowiem jedyna bezpieczna opcja, by po powrocie wciąż mieć mieszkanie. Natomiast chętnych jest tylu, że nie ma z tym żadnego problemu. W tym systemie za 30-metrową kawalerkę można dostać nawet 800 euro miesięcznie.

Oszuści zarabiają na kryzysie mieszkaniowym

Trudną sytuację na rynku nieruchomości w Berlinie wykorzystują grupy przestępcze, które wyłudzają pieniądze od osób poszukujących mieszkania. W portalach internetowych roi się od fałszywych ogłoszeń, które przyciągają przede wszystkim niskimi cenami najmu.

Zdaniem berlińskiej policji mechanizm działania oszustów jest bardzo prosty. W portalach pojawia się ogłoszenie z atrakcyjną ceną mieszkania. Jego właściciel najczęściej tłumaczy, że obecnie nie mieszka w mieście, ale jest w stanie szybko i bez problemu mieszkanie wynająć. Aby je dostać, trzeba jedynie wpłacić kaucję, a umowę i klucze dostarczy ktoś ze znajomych lub rodziny. Jednak po wpłaceniu żądanej sumy, rzekomy właściciel takiego mieszkania znika, a kontakt się urywa.

Brak dobrego pomysłu na kryzys mieszkaniowy

Berliński senat nie potrafi rozwiązać problemu deficytu mieszkań na lokalnym rynku i wysokich cen. Niemieckie sądy zakwestionowały mechanizm górnej granicy cen za mieszkania, który miał ograniczyć gwałtowny wzrost cen najmu. Nie ma konkretnego planu szybkiej budowy nowych mieszkań, w tym mieszkań socjalnych w mieście.

W lokalnym rządzie powstała specjalna komisja, której celem jest stworzenie realnego planu budowy blisko 20 tys. mieszkań rocznie, ale na razie to jedynie teoretycznie działająca instytucja. Brak lokali mieszkaniowych stał się dla Franziski Giffey burmistrz Berlina największym politycznym wyzwaniem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy