Reklama

Grzane wino, Breżniew i kiełbasa. Odwiedziliśmy świąteczne jarmarki w Berlinie

Szopek z Jezuskiem jak na lekarstwo, sporo jest za to bluz z Pokemonami, liśćmi konopi i radziecką symboliką. Na jarmarkach bożonarodzeniowych w stolicy Niemiec komercja rośnie w siłę, ale przewagę nadal ma tradycja - choćby w postaci płacenia gotówką, na co niekoniecznie się przygotowaliśmy. Nie zabrakło też tradycyjnej kiełbasy w sosie, grzanego wina w różnych wariacjach oraz dziesiątek Polaków, których spotykaliśmy niemal na każdym kroku.

Czym żyją dziś Niemcy? Porażką na mundialu, niedoszłym przewrotem z księciem Heinrichem XIII na czele, a może rosnącą liczbą przypadków grypy i koronawirusa? Niekoniecznie, nasi zachodni sąsiedzi cieszą się teraz przede wszystkim jarmarkami bożonarodzeniowymi, czyli Weihnachtsmarktami. 

Z przyjaciółmi odwiedziłem te, które otwarto w Berlinie. Do niemieckiej stolicy przyjechaliśmy na początku grudnia i najpierw zjawiliśmy się na jarmarku przy Alexanderplatz.

Reklama

 

Spojrzeliśmy na menu przy jednym z pierwszych kramów, a tam uśmiechało się Glühwein (grzane wino), które bez dodatków kosztowało pięć euro. Tak samo wyceniono jego wersje wzbogacone o nutę róży czy jabłkowego lub pomarańczowego soku. Za dolanie 20 mililitrów amaretto do "czystego" Glühwein trzeba było dopłacić dwa euro.

Ceny pozostałych napojów również wahały się między pięcioma a siedmioma euro. Mogliśmy zamówić chociażby piwo, gorącą czekoladę, herbatę z Jägermeisterem (likierem ziołowo-korzennym) i Lumumbę, czyli kakao zmieszane z mlekiem, rumem, likierem migdałowym oraz bitą śmietaną. Tańszy, bo za cztery euro, był Almdudler - austriacka lemoniada ziołowa.

Kartą nie zapłacisz. Na jarmark trzeba zabrać gotówkę

Zamówienie mogliśmy złożyć po kilku minutach czekania w ogonku. Sprzedawca poprosił jeszcze o trzy euro kaucji za szklankę, którą mogliśmy używać do picia kolejnych grzańców tyle razy, ile chcieliśmy i to przy różnych stoiskach. Nie dowiedzieliśmy się jednak od razu, jak smakuje Glühwein, bo okazało się, że... nie możemy zapłacić kartą. I to przy każdym stoisku! 

Zdziwiliśmy się, ponieważ w europejskich państwach nawet spoza UE dość rzadko musieliśmy używać monet i banknotów. Przed wyjazdem uznaliśmy, że opcja płatności bezgotówkowej w centrum Berlina będzie oczywistością, dlatego do portfeli włożyliśmy karty wielowalutowe

Nie byliśmy jedyni z problemem. Gdy zaczęliśmy naradzać się, co dalej, od razu odezwali się inni, przechodzący obok Polacy, których karty również okazały się bezużyteczne.

Na zegarkach dochodziła ósma wieczorem, a Weihnachtsmarkt był czynny do 22. Chcieliśmy więc jak najszybciej wybrać pieniądze, ale na terenie bożonarodzeniowego festynu nigdzie nie dało się tego zrobić. 

Ochroniarz polecił, by bankomatu szukać w miejscu oddalonym o pół godziny spaceru tam i z powrotem. Nie powiedział jednak, że gotówkę dostaniemy też w centrum handlowym sąsiadującym z jarmarkiem. Bankomat był tam schowany między regałami, na trzecim piętrze. Wybrałem 70 euro, ale z mojego konta zniknęły ponadto cztery euro prowizji.

Królowa kiełbasa, jej siostra kapusta i Schneeball - czarna owca

Po finansowym zamieszaniu zostało nam - na szczęście - wyłącznie delektowanie się przysmakami. Na pierwszy ogień poszły grzane wina, a tuż po nich niemieckie specjały kulinarne. Na jarmarku królowała kiełbasa w różnych wydaniach, zarówno jako currywurst, jak i pływająca w pomidorowym, doprawionym sosie. 

Sprzedawcy nęcili też zapachem mięsa zapiekanego w kapuście albo przysmażanego z frytkami. Każde takie danie, w zależności od kramu, to wydatek od kilku do nawet kilkunastu euro. Nam szczególnie posmakowała mieszanka kiełbasy, grzybów, okrągłych frytek i sosu, podawana w chrupiącej "miseczce". Za ten frykas zapłaciliśmy około 10 euro. 

Polubiliśmy także owoce na patykach polewane czekoladą. Tak przygotowanego banana wyceniono na sześć euro, a truskawki - na cztery. 

Naszych serc nie podbił jednak Schneeball ("kula śniegowa"), deser rodem z Bawarii. W teorii powinien być kruchy, jego głównym składnikiem są zasmażane pasy ciasta francuskiego w towarzystwie lukru, posypki orzechowej oraz czającej się wewnątrz wódki śliwkowej. Tymczasem nasze Schneeballe przypominały stwardniałą, zimną pulpę, którą odechciewało się jeść po kilku gryzach.

Weihnachtsmarkt oferował jeszcze między innymi kukurydzę na ciepło w maśle (trzy euro), jak i droższą o dwa euro porcję klopsików. Niemiecką kuchnią zachwycali się nie tylko berlińczycy albo przyjezdni z innych miast RFN. 

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu stoi Polak co drugi chodnik

Trochę się zmieniło od 1990 roku, gdy zespół Big Cyc wylansował tę piosenkę. Alexanderplatz to wschodnie rejony Berlina, a i tak co chwilę słyszeliśmy język polski. Wśród rodaków najczęściej spotykaliśmy pary - niekiedy z małymi dziećmi - albo grupy młodych dorosłych, jak nasza.

Jarmark po niemiecku: Bez aniołków, ale z marihuaną i Breżniewem

Zerknęliśmy też na domki, w których nie oferowano gastronomii. Jeden z nich wręcz pęczniał od drewnianego asortymentu. Jak z cenami? Drewniany kufel kosztował 15 euro, a łyżka kuchenna - osiem euro (w zestawie z drugą, mającą ząbki - 15). 

Do wyboru były również ozdobne koło sterowe i szachownice - to dla osób, które nie wiedziały, co zrobić z kilkudziesięcioma euro w kieszeni.

Dogodny dojazd - był, karuzela - była, tłum ludzi - też, a czego zabrakło przy Alexanderplatz? Moim zdaniem nieco za słabo przebijał się świąteczny klimat. Co prawda część kramów ozdobiono iglakami i bombkami, ale równie dobrze podobnie mógłby wyglądać organizowany w grudniu zlot food trucków

Symboliczne zresztą, że święty Mikołaj i jego aniołek z trąbką, witający odwiedzających jarmark z wejściowej bramy, zaparkowali sanie na tle centrum handlowego. 

Dało się też kupić t-shirt z godłem NRD, liśćmi marihuany, misiem na tle kolorowych pasów albo trabantem przebijającym Mur Berliński, ale już niekoniecznie odzież jakkolwiek kojarzącą się z Bożym Narodzeniem.

Pod tym względem nie inaczej było na kolejnym odwiedzonym przez nas jarmarku przy kościele Pamięci Cesarza Wilhelma. Tamtejsi wystawcy dołożyli jeszcze bluzy z Pikachu, całującymi się Breżniewem i Honeckerem oraz jakże świąteczną, wulgarną rymowanką o tym, że właściciel tego stroju nie potrzebuje seksu. 

Jarmarki są do siebie podobne. Wszędzie mnóstwo Polaków

Na drugim Weihnachtsmarktcie zadbano o większą liczbę choinek, jak i miejsc, gdzie można usiąść z przyjaciółmi i odpocząć. Atmosfera była bardziej bożonarodzeniowa, nawet dzięki tak drobnym zabiegom jak umieszczenie betlejemskich gwiazdek nad witrynami czy rozświetlenie chodników podwieszanymi lampkami. 

Ceny w okolicach kościoła Pamięci były podobne jak przy Alexanderplatz - ewentualnie różniły się o jedno-dwa euro. A poza tym "zgadzało" się wszystko, bo mogliśmy kupić te same produkty i dania, również w towarzystwie dziesiątek rodaków odwiedzających wówczas Berlin.

Jak zaplanować wycieczkę na jarmarki bożonarodzeniowe w stolicy Niemiec? Wystarczą nam dwa dni, pod warunkiem, że podróż z Polski zajmie nam nie więcej niż sześć godzin. Gdy picie grzanego wina i jedzenie kiełbasek w sosie chcemy połączyć ze zwiedzaniem miasta, warto dołożyć co najmniej jedną dobę.

W miejscach, które odwiedziliśmy, niewiele było atrakcji dla dzieci. Bo ile można kręcić się w koło na tej samej karuzeli albo jeść banany w polewie? Obawiam się, że jeśli wycieczka będzie tylko objazdem po jarmarkach, najmłodsi mogą zacząć nudzić się i marudzić.

Jarmarki bożonarodzeniowe w Berlinie. Jaki koszt wycieczki?

Na weekendowy wypad warto przygotować około 900 złotych na osobę. W tej sumie zawierają się bilety PKP, nocleg, pieniądze do wydania na jarmarkach, a także te na zapas, by nie zostać bez gotówki w obcym państwie. 

Aby uniknąć "przygody" z szukaniem bankomatu, dobrze wymienić część złotych na euro jeszcze przed opuszczeniem Polski. I przede wszystkim trzeba nauczyć się zwrotu Frohe Weihnachten! (Wesołych Świąt!)

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: jarmark bożonarodzeniowy | jarmark w Berlinie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy