Reklama

Reklama

Lekarz: Tej zimy starsi ludzie mogą umierać z wyziębienia w swoich domach

- Biorąc pod uwagę obecną sytuację gospodarczą i problemy z dostępnością węgla, to rysuje nam się bardzo pesymistyczny obraz nadchodzącej zimy - mówi Interii dr hab. Sylweriusz Kosiński, naczelny lekarz Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego i współtwórca Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej. Dodaje, że "tej zimy starsi ludzie mogą po cichu umierać w swoich domach z wyziębienia". Wyjaśnia też, jak udzielić pierwszej pomocy osobie w hipotermii i czym objawia się "ostatni krzyk wychłodzonego mózgu o ratunek".

Paulina Sowa, Interia: Tej zimy w wielu polskich domach może zabraknąć węgla. Taki niedogrzany dom jest dla nas niebezpieczny?

Dr hab. Sylweriusz Kosiński: - Cholernie, bo możemy mieć do czynienia z miejską hipotermią. To zjawisko określane jest mianem epidemii XXI wieku i dotyka głównie osoby żyjące na granicy minimum socjalnego. Mam tu na myśli ludzi, którzy stoją przed życiowymi wyborami: czy pieniądze przeznaczyć na zakup jedzenia, leków czy opał. To są kluczowe decyzje.

Jest jakieś najlepsze wyjście?

- Nie ma. To zawsze jest splot różnych wydarzeń, które mogą prowadzić do najgorszego. Jeśli wybierzemy opał, to napalimy w piecu i się ogrzejemy. Jeśli pokarm, to przy odpowiedniej liczbie kalorii też możemy wyprodukować ciepło, które pozwoli nam przeżyć, ale jest jeszcze trzecia opcja, czyli leki, które zażywamy z powodu chorób przewlekłych. Często chodzi tu o bardzo popularne leki na cukrzycę czy nadciśnienie, które wpływają na nasz system termoregulacji. Można powiedzieć, że nasz wewnętrzny termometr jest przez nie trochę przestawiony i sami nie jesteśmy w stanie takiej obniżonej temperatury wewnętrznej skompensować. Zaczyna się od tego, że taka osoba codziennie produkuje mniej ciepła, niż traci. Każdego dnia temperatura jej ciała zmniejsza się o ułamek stopnia i to kumuluje się w ciągu kilku kolejnych dni. Nagle okazuje się, że ma 32 stopnie temperatury centralnej, czyli znacznie poniżej normy i zaczynają się problemy. Ludzki organizm może się zaadaptować do takiej temperatury, ale ma też pewne ograniczenia.

Reklama

Kto jest najbardziej narażony?

- Ludzie starsi i samotni. Klasyczny scenariuszy jest taki, że nadchodzi zima, a my codziennie na schodach spotykamy sąsiadkę po 70. Mówimy sobie "dzień dobry", ale ta jej odpowiedź z dnia na dzień jest coraz słabsza. Kobieta cichnie, jest osowiała, widujemy ją coraz rzadziej. Po kilku dniach pukamy do jej mieszkania, ale nikt nie odpowiada. Kiedy udaje nam się wejść do środka, znajdujemy ją nieprzytomną i głęboko wychłodzoną. To właśnie jest miejska hipotermia, niezwykle podstępne zjawisko, taki cichy zabójca. Biorąc pod uwagę obecną sytuację gospodarczą i problemy z dostępnością węgla, to rysuje nam się bardzo pesymistyczny obraz nadchodzącej zimy.

Starszych ludzi umierających z zimna w swoich domach.

- Niestety tak. Bierzemy pod uwagę taki czarny scenariusz. Oby nasze przewidywania się nie sprawdziły, jednak na tę chwilę, kiedy dostęp do opału jest ograniczony, to obawiamy się, że wielu ludzi będzie niedogrzanych. Szczególnie na obszarach wiejskich i w mniejszych miasteczkach, gdzie nie ma centralnego ogrzewania. Do tego dochodzą też coraz wyższe koszty utrzymania, droższe jedzenie, leki. A są ludzie, którzy naprawdę stają przed wyborem, której z tych rzeczy nie kupić.

Jakie są pierwsze objawy wyziębienia?

- Sami nie jesteśmy w stanie ich dostrzec. Nawet personel medyczny, który jest świadomy zagrożenia, może przeoczyć pewne objawy. Najczęściej jest to uczucie zimna. Czerwona lampka powinna nam się zapalić, kiedy włączają się nasze mechanizmy obronne, takie jak dreszcze, które oznaczają, że organizm próbuje się dogrzać. I tu może się okazać, że ubranie nie chroni nas wystarczająco, albo metabolizm jest na tyle słaby, że nie możemy wyprodukować odpowiedniej ilości ciepła. Jeśli zauważymy jakiekolwiek zaburzenia zachowania, takie jak apatia czy spowolnienie, to też mogą one wynikać z hipotermii. To choroba, która wpływa na wszystkie układy: nerwowy, krążenia, oddechowy. Z doświadczenia wiem, że osoby w hipotermii tuż przed utratą przytomności, często zachowują się paradoksalnie. Są pobudzone, biegają, krzyczą, rozbierają się na zimnie. Wcześniej osowiałe stają się hiperaktywne. To ostatni krzyk wychłodzonego mózgu o ratunek i zauważenie. Często takie symptomy są brane na karb alkoholu.

I kojarzy nam się to mocno z osobami bezdomnymi.

- Tak, przerabialiśmy to wielokrotnie, że osoby, które dziwnie się zachowywały i trafiały na oddział były traktowane jako pijane. Nagle okazywało się, że taka osoba miała zaawansowany stopień hipotermii i to był ostatni moment, żeby udzielić jej pomocy bez użycia specjalistycznej aparatury. To jest problem społeczny, a my wciąż obracamy się w oparach absurdu i nie rozpoznajemy choroby, która jest tak blisko nas, jak nadciśnienie.

Wróćmy jeszcze do naszej sąsiadki. Znajdujemy ją nieprzytomną i co dalej?

- Wzywamy pomoc, ale zanim dotrze, to sami możemy ją zabezpieczyć. I tu naprawdę liczy się każda minuta. Zaczynamy od odizolowania jej od podłoża, bo jeśli leży na betonie, który ma 2-3 stopnie, to utrata ciepła do takiego podłoża jest błyskawiczna. Musimy znaleźć jakiś podkład: koc, kartony, nawet jakieś szmaty. Jeśli ma na sobie mokre ubranie, bo na przykład zmoczył ją śnieg, ale była już tak osłabiona, że nie mogła się przebrać, to próbujemy założyć jej coś suchego. Tętna nie mamy jak obserwować, bo prawdopodobnie jest za słabe. Ciśnienie będzie miała niskie, więc jego zmierzenie graniczy z cudem. Dłonie i stopy będą zimne, skóra zgrubiała. Opieramy się na oddechu, który też będzie płytki. Zdrowy człowiek oddycha 10-12 razy na minutę. W hipotermii takich oddechów będzie 4-6. To, co możemy jeszcze zrobić, to ogrzanie pomieszczenia. Napalenie w piecu, zamknięcie okien, przyniesienie grzejnika. Tyle możemy zrobić sami. Kluczowe jest, żebyśmy w tym wszystkim byli niezwykle delikatni, bo każdy nasz niewłaściwy ruch może skończyć się ciężkim powikłaniem.

Co może pójść nie tak?

- Organizm broni się przed zimnem, poświęcając skórę i tkankę podskórną, której ogranicza dopływ krwi, żeby zahamować utratę ciepła, która w głównym stopniu zachodzi przez powierzchnię skóry. Stwarza sobie taki termostat, warstwę ochronna. Jeśli będziemy się starali taką osobę poruszać, to automatycznie naczynia skórne, które były dotychczas zamknięte otworzą się, bo ruch mięśni wymusza ruch krwi. Wtedy cała ta zimna krew trafia do krążenia centralnego i szybko do serca. Dla części ludzi będzie to problem nie do pokonanie. Serce zacznie pracować nieregularnie, aż w końcu się zatrzyma. Tego boimy się najbardziej.

Dopóki człowiek ma krążenie i serce działa, nawet w ograniczony sposób, to mamy szansę ogrzać tę osobę i uratować. Kiedy dochodzi do zatrzymania serca, to jedyną szansą jest zastosowanie krążenia pozaustrojowego (ECMO). To aparat, który jest stanie wypompować z człowieka nawet kilka litrów krwi na minutę, oczyścić ją, natlenić i ogrzać. W taki sposób możemy podnieść temperaturę organizmu o pięć stopni na godzinę. Metody nieinwazyjne (koce, termofory, okłady) dają nam szansę na ogrzanie mocno wychłodzonej osoby maksymalnie o dwa stopnie na godzinę.

Jak długo nasz organizm jest w stanie walczyć z wychłodzeniem?

- Biorąc pod uwagę, że w zamkniętym, ale wyziębionym pomieszczeniu utrata ciepła może sięgać jednego stopnia na godzinę, to osoba, która praktycznie nie produkuje ciepła po 8-10 godzinach może wychłodzić się na śmierć.

Czyli przez noc nasza sąsiadka może umrzeć.

- Tak, ale możemy ją też znaleźć w czwartym stopniu hipotermii.

Czyli?

- Organizm będzie miał poniżej 24 stopni. To ostatni stopień hipotermii. Pierwszy, kiedy jesteśmy jeszcze bezpieczni, to temperatura do 32 stopni. Drugi, 32-28 stopni, to stan zagrożenia. Przy trzecim, 28-24 stopni, często dochodzi już do spontanicznego zatrzymania krążenia. Przy czwartym praktycznie nikt nie ma już zachowanego krążenia. 

Takiego człowieka można jeszcze uratować?

- Tak i to jest wspaniałe. Przy normalnej temperaturze ciała, jeśli nie podejmiemy reanimacji w ciągu 5-6 minut, to dochodzi do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Natomiast u osób wychłodzonych tolerancja na niedokrwienie jest dużo większa. Widziałem na własne oczy sytuacje, gdzie osoby głęboko wychłodzone były reanimowane przez 5-6 godzin i nie miały własnego krążenia, a mimo wszystko przeżyły i wróciły do pełnej sprawności. Kiedy mamy do czynienia z hipotermią, to nie wolno nam rezygnować. Ratujemy człowieka dopóki można i nie ma objawów ewidentnej śmierci. Jest takie powiedzenie, że nie można nikogo uznać za zmarłego, dopóki nie zostanie ogrzany. Człowiek w hipotermii musi zostać ogrzany, żeby stwierdzić, że nie żyje. Jest to pewien paradoks, ale ta zasada wielu ludziom uratowała życie.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: paulina.sowa@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy