Reklama

Reklama

"Następna pandemia na pewno wybuchnie". Ekspert ostrzega już dziś

- Przez długi czas, do 2020 roku, traktowano zagrożenie pandemiami, jako science-fiction. Dopiero później zaczęto traktować to poważnie - mówi Interii doktor habilitowany Tomasz Dzieciątkowski i wskazuje, że kolejna ogólnoświatowa epidemia może wybuchnąć już za kilkanaście lat. - Obstawiam, że za dwanaście do piętnastu lat możemy zmagać się z kolejną pandemią - wylicza mikrobiolog. Ponadto wirusolog przyznaje, że tej jesieni może pojawić się kolejny, bardziej zjadliwy wariant koronawirusa.

Magdalena Pernet, Interia: Spodziewa się pan dużego zainteresowania czwartą dawką szczepionki przeciwko COVID-19?

Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog: - Na podstawie tego jak wyglądało dotychczas szczepienie pierwszą dawką przypominającą, czyli trzecią dawką, nie jestem wielkim optymistą. Ogólnie w Polsce zaszczepionych jest około 60 proc. osób dorosłych, a pierwszego boostera przyjęło 37 proc. Dlatego nawet zakładając, że ten sam odsetek przyjmie czwartą dawkę, to mamy w granicach niecałych 40 proc. dorosłych Polaków, którzy przed tą zimą zaszczepią się drugą dawkę przypominającą. Nie jest to za dużo.

Reklama

Na popularność szczepień wpływała działalność antyszczepionkowców. Czy teraz są oni aktywni tak samo, jak wcześniej?

- Antyszczepionkowcy są mniej aktywni od 24 lutego 2022 roku. Ich fake newsy i retoryka przerzuciły się na wojnę w Ukrainie. Konkretne osoby i pewne portale zdecydowanie więcej mówią teraz o tym. To nie oznacza, że ulegli oni anihilacji albo zmądrzeli, niestety ani jedno ani drugie.

Zatem czy teraz, gdy tych fake newsów będzie mniej, to więcej osób się zaszczepi?

- Nie wiem, bardzo bym chciał, żeby zaszczepiło się więcej osób, ale wątpię czy tak będzie. Niestety na skutek nie do końca spójnych przekazów medialnych, które funkcjonowały przez prawie cały pierwszy rok pandemii oraz na początku szczepień, Polacy moim zdaniem osiągnęli pewne nasycenie tematem. Obawiam się, że tak jak pierwszą dawkę przypominająca przyjęło 40 proc. dorosłych, to teraz lepiej nie będzie. W przypadku młodzieży i dzieci wygląda to w ogóle jeszcze gorzej.

Odporność jest wyższa niż te 40 proc. Ministerstwo Zdrowia wskazywało, że już ponad 90 proc. Polaków jest odpornych na koronawirusa.

- Trzeba wyraźnie powiedzieć, że to było zaklinanie rzeczywistości. Ja rozumiem, że minister zdrowia chce się wykazać, że jest dobrze, ale trzeba wyraźnie powiedzieć, że nie jest dobrze. Żadne społeczeństwo na świecie nie osiągnęło odporności populacyjnej przeciwko SARS-CoV-2. Trzeba też wytłumaczyć czytelnikom jak obliczane były dane ministerialne. Po pierwsze to były wartości wyliczane na podstawie prognoz matematycznych, po drugie ładowano do jednego worka osoby, które były zaszczepione z osobami, które były zakażone naturalnie. A przecież wiadomo, że po szczepieniu odporność jest znacznie dłuższa i silniejsza niż po naturalnym zakażeniu, bowiem jeżeli chorujemy skąpoobjawowo, to ta odporność trwa naprawdę krótko i nie jest silna.

- Dane resortu zdrowia opierały się na stwierdzeniu obecności przeciwciał w surowicy poszczególnych osób, a przeciwciała znajdujące się w surowicy są wyłącznie świadectwem kontaktu z wirusem lub ze szczepionką, a nie świadczą jednoznacznie o uzyskaniu odporności. To są dwie różne rzeczy. W tym przypadku akurat nie jestem zwolennikiem tego, co powiedział minister Adam Niedzielski.

Teraz dominuje omikron, a czy jest możliwe, że na jesieni pojawi się kolejny wariant tak zjadliwy jak delta?

- A dlaczego by nie? To, jakoby wirusy mutowały w kierunku wariantów łagodniejszych, to niestety jest plotka medialna. W 2020 roku pojawił się wariant Wuhan-1, ten pierwotny z Chin. Na jesieni 2020 zaczął występować wariant brytyjski, czyli wariant alfa, gorszy od pierwotnego. Później pojawił się wariant delta, jeszcze gorszy. U nas nie trafiły się akurat warianty beta i gamma, ale one też były bardziej zjadliwe niż Wuhan-1. Otrzymaliśmy od matki natury "bonus" w postaci omikrona, który jest łagodniejszy. Ale poniekąd dziwne jest to, że o ile w przypadku poprzednich fal, wariant dominujący wypierał wariat wcześniejszy, o tyle teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której owszem omikron stanowi 80 proc. zakażeń, ale wciąż 20 proc. to nadal zakażenia deltą. W związku z tym niestety możemy wyobrazić sobie sytuację, że jeden wariant spotka się z drugim i jakoś się zmiksują. To jest jeden ze scenariuszy. Drugi to są właśnie mutacje i tu niestety nie jest tak prosto jak z przewidywaniem koloru oczu u dziecka. Wirus mutuje w sposób przypadkowy. Może złagodnieć, może pozostać taki sam, a może być niestety gorszy.

Przebieg aktualnej fali koronawirusa pozostanie tak względnie łagodny, jak dotychczas, czy jesienią coś się zmieni?

- Będzie gorzej, bo w sezonie jesienno-zimowym nasza odporność zawsze spada i jesteśmy bardziej wrażliwi na zakażenia wszystkimi patogenami przenoszonymi drogą kropelkową. To nie muszą być wirusy, to nie musi być grypa, to nie musi być SARS-CoV-2, to mogą być popularne bakterie, chociażby paciorkowce powodujące anginę czy szkarlatynę.

Jak się chronić? Wracać do obostrzeń?

- Po pierwsze suplementować naszą odporność, między innymi witaminę D i witaminę E. Kolejna rzecz, o którą nadal będę apelował to to, aby w miejscach publicznych zachowywać się racjonalnie jak społeczeństwa Dalekiego Wschodu i nosić maseczki. To powinien być nie tyle nakaz, co zdrowy rozsądek, aby nosić przyzwoite maseczki, na przykład w miejscach publicznych, w sklepach, może w autobusie. Pamiętajmy nadal o tym, że to jest mechaniczna bariera, dzięki której całkowicie unikamy lub mamy mniejsze prawdopodobieństwo kontaktu z kropelkami, wydzielinami z dróg oddechowych innych osób. To działa też w drugą stronę, że zmniejsza się prawdopodobieństwo, że to my wykrztusimy te wydzieliny do naszego otoczenia. Nie chodzi o ministra, o rząd. Róbmy to dla samych siebie i dla naszych rodzin. Japończycy i Koreańczycy noszą maseczki przez cały rok i żyją, i mają się całkiem dobrze.

COVID-19, małpia ospa, a czy grożą nam kolejne wirusy? Po koronawirusie ogólnoświatowa epidemia nie należy już do zagrożeń z kategorii science-fiction. Czy możemy spodziewać się kolejnych takich pandemii?

- To nigdy nie było science-fiction. Osoby zajmujące się tym tematem, w tym ja, mówimy to od 20 lat. Przez długi czas, do 2020 roku, traktowano takie zagrożenie pandemiami właśnie jako science-fiction. Dopiero później zaczęto traktować to poważnie. Natomiast zagrożenie wirusologiczne jest realne, nie jest duże, ale jest nadal realne. Jestem w stu procentach przekonany, że następna pandemia wybuchnie. Nie wiem kiedy, nie do końca wiem gdzie i nie wiem przez jakiego wirusa będzie ona spowodowana, choć pewne własne przypuszczenia mam. Ale na pewno za kilkanaście lat, obstawiam, że za dwanaście do piętnastu lat, możemy zmagać się z kolejną pandemią.

Jakich wirusów dotyczą te przypuszczenia?

- Mogę podać swoje typy rodzin wirusów, które mają takie predyspozycje. Profesor Krzysztof Pyrć zawsze był orędownikiem koronawirusów, ja obstawiałem, że kolejna pandemia będzie powodowana przez ortomyksowirusy, czyli wirusy grypy i nadal uważam, że któraś z kolejnych pandemii będzie spowodowana, przez któryś z wariantów z tej rodziny. Na drugim miejscu obstawiałbym też koronawirusy, bo one są bardzo popularne i występują u nich bardzo duże zmienności genetyczne. A kolejne miejsca? Patogenów wirusowych jest całkiem sporo, więc nie jestem w stanie jednoznacznie powiedzieć. Mogę natomiast uspokoić i powiedzieć, że mało prawdopodobne jest to, żeby tak groźnie brzmiący wirus, jak Ebola, spowodował ogólnoświatowa epidemię.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy