Reklama

Reklama

"Żłobkowe trojany". Dziecko parę razy kichnie, rodzic trafia na SOR

Darek po odciąganiu dziecku kataru przez tydzień zamiast chodzić, zataczał się niczym pijany, bo "dorobił się" zapalenia błędnika. Żaneta z przedszkolną "jelitówką", prosto z pracy, trafiła do szpitala. - Mam wrażenie, że odkąd rok temu córka poszła do żłobka idziemy schematem: kilka dni w żłobku - pierwsze kichnięcie - katar - tydzień w domu, z czego córka trochę pokasłuje, a cała rodzina leży pokotem - opowiada Lilka. "Żłobkowe trojany" nie mają litości. Zwłaszcza dla rodziców. Tłumaczymy, dlaczego to dorośli często cierpią bardziej niż dzieci, które przyniosły z placówki chorobę.

Słyszysz: "Pójdzie do żłobka to zobaczysz, cały czas będzie chore". Myślisz: "To nie o nas. Moje dziecko ma odporność z betonu. Raz miało katar i to wszystko". A potem zaczyna się żłobek lub pierwszy rok w przedszkolu. Nim skończy się wrzesień, większość rodziców już wie, dlaczego placówki opiekuńcze dla najmłodszych nazywa się czasem "wylęgarnią" chorób.

Dlaczego dzieci w żłobku tak często chorują? "12 infekcji w roku to norma"

W teorii wszyscy wiemy, że nabywanie odporności to proces. W praktyce częstotliwość chorowania małych dzieci nieustannie nas zadziwia.

- A wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie: jak odbywa się ten proces? No tak, że organizm mierzy się z różnego rodzaju zarazkami, bakteriami. I w zależności od tego jak silny układ odpornościowy mamy, w taki sposób sobie radzi. Moim zdaniem, w 99 proc. przypadków nie da się żłobkowych chorób uniknąć - ocenia w rozmowie z Interią Marlena Chlabicz, managerka jednego ze żłobków.

Reklama

Marlena w internecie znana jest jako Żłobkowa Ciotka. Sama o sobie pisze: "zawodowo tulę bobasy i dbam o ich rozwój".

To ile razy w roku może chorować taki maluch? - Układ odpornościowy nabiera dojrzałości do 6.-7. roku życia. Aby ją osiągnąć, normą jest, że przeciętnie w ciągu roku dziecko zmaga się z łagodnymi infekcjami średnio 10-12 razy - tłumaczy lekarka Monika Piecuch-Kilarowska, znana w internecie jako Pozytywna Doktor.

- Jeśli doliczymy do nich biegunki czy wymioty, to rodzice mogą mieć poczucie, że w ich domu można śmiało otworzyć oddział pediatryczny - dodaje specjalistka medycyny rodzinnej.

Repertuar żłobkowych hitów? Szeroki. - Grypa żołądkowa, zapalenie spojówek, zapalenie krtani, zapalenie ucha. To tylko kilka z tych, które przychodzą mi do głowy jako pierwsze - wymienia Marlena Chlabicz. Każda z chorób "wpada" do żłobka minimum raz w roku. Czasem idzie falą, czasem jednoczasowo "wycina" wszystkie maluchy. - W mojej prawie pięcioletniej karierze pamiętam dwa takie dni, kiedy żłobek był prawie pusty - wspomina Żłobkowa Ciotka.  

"Żłobkowe trojany" vs. rodzice. "Dwa tygodnie chodziłem jak pijany"

Kiedy w połowie września pytam rodziców maluchów, czy nie mają wrażenia, że chorują bardziej niż ich dzieci, otwieram puszkę Pandory.

- Raz aż zataczałem się na ulicy jak pijany, bo od odciągania córce kataru fridą (urządzenie do oczyszczania dziecku nosa - red.) sam dostałem kataru, potem zapalenia ucha, a od tego zapalenia błędnika. "Zabawa" z utratą równowagi trwała tydzień. Przez siedem dni miałem dwudziestosekundowe napady utraty równowagi - opowiada Darek.

Żaneta do dziś wspomina przedszkolne spotkanie rodzinne połączone ze zdobieniem bombek choinkowych, które zakończyło się dla niej pobytem w szpitalu. - Dzień po wizycie w przedszkolu o 6:00 poszłam do pracy z lekkim dyskomfortem w okolicy żołądka, o 9:00 trafiłam na Szaserów (szpital w Warszawie - red.) z silnym odwodnieniem - opowiada Żaneta. - Następnego dnia dowiedziałam się, że kilka dzieci w grupie mojej córki ma objawy rotawirusa. Moje dziecko jak zwykle nic. Ja - jak wyżej. Dzieci są doskonałym materiałem przewodzącym wirusy, choróbska i bakterie - dodaje kobieta.

Kinga i Maja właśnie odczuwają moc żłobkowych infekcji przyniesionych przez dzieci z placówki. - Syn lekki kaszel, ale pełny sił, a ja umieram już trzeci dzień i ledwo umiem funkcjonować - opowiada Kinga.

Maja: - Od wczoraj oglądam sufit z poziomu łóżka, gdyż tylko w takiej pozycji mogę funkcjonować. Wszelkie próby wstawania skutkują wirującym wokół mnie domowym światem. Więc leżę i sama już nie wiem czy każda część mojego ciała, ba, każdy mięsień, bardziej mnie boli od owego leżenia, czy od wirusa, którego przyniosła ze sobą moja córka. Różnica między nami jest taka, że poza katarem i lekkim kaszlem, jej nic nie było, a ja już wołałam męża, żeby przyszedł z kartką i ołówkiem, bo będę dyktowała ostatnią wolę.

Gotowość obronna organizmu? Brak

Dlaczego żłobkowe choroby tak "składają" dorosłych? Specjalistka medycyny rodzinnej Monika Piecuch-Kilarowska nie ma wątpliwości, że nie bez znaczenia pozostaje liczba nowych patogenów, przekazywanych nam w krótkim czasie przez dzieci. Nie jesteśmy na taką kumulację gotowi.

- Drugim, zdecydowanie ważniejszym powodem, jest stan naszego układu immunologicznego w momencie, kiedy kontaktujemy się ze żłobkowymi czy przedszkolnymi patogenami. Problemem jest "gotowość obronna" dorosłych. A raczej jej brak - tłumaczy lek. Monika Piecuch-Kilarowska.

I wyjaśnia: - Niedospanie - a nieprzespanych nocy z chorującym dzieckiem jest sporo, stres, przyjmowane sporadycznie płyny, o zbilansowanej diecie nawet nie wspomnę. Wszystko to wpływa na naszą ochronę immunologiczną niekorzystnie. Dodatkowo próbujemy nadrabiać pracę, żeby zaległości nie narosły, co dorzuca kortyzolu, osłabiając układ immunologiczny - wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Lilka jest doskonałym przykładem powyższego. - Kiedy Ada choruje i zamiast iść do żłobka, zostaje w domu, ja usiłuję pracować z córką przy boku. Ciężko opisać słowami jak to wygląda. Stres, by wyrobić się z pracą, kończenie projektów po nocach. Efekt zazwyczaj jest taki, że po kilku dniach Ada wraca do żłobka, a ja z gorączką, katarem i kaszlem, kontynuuje swój home office - wzdycha 30-latka.

Jakie najczęstsze błędy popełniają rodzice? - Za mało śpimy, odpuszczamy spacery na świeżym powietrzu, często w ogóle brak w naszej codzienności regularnej aktywności. Do tego fatalna dieta. Ta nie może opierać się na kawie i słodkościach jako paliwie pobudzającym do działania, gdyż w długofalowym rozliczeniu, działa to zdecydowanie na niekorzyść. Jeśli do tego palimy papierosy, to przypominam, że rzęski wymiatające patogeny nie działają. Słowem, jesteśmy jeszcze bardziej podatni na infekcje przenoszone drogą kropelkową - podkreśla Monika Piecuch-Kilarowska.

Na koniec, dorzuca jeszcze "brak badań kontrolnych przed okresem infekcyjnym". - Jeśli już na starcie borykamy się z niedokrwistością, niedoborem witaminy D3 czy niedoczynnością tarczycy, to okres infekcji może być dla nas zdecydowanie trudniejszy - zaznacza lekarka.  

Rodzice chorzy 324 razy. Ojców "pokonuje" testosteron

Portal parenting.pl przywołuje badanie brytyjskiego producenta suplementów, który kilka lat temu przyjrzał się historii chorób 2 tys. rodziców małych dzieci. Z badania wynika, że w ciągu kilku pierwszych lat życia swych pociech, rodzice chorują średnio... 324 razy. "Łapią około 54 przeziębienia i 108 bólów gardła lub katarów. Przechodzą również 36 gryp żołądkowych" - podkreśla portal.

Aż 68 proc. ankietowanych kobiet przyznało, że posiadanie dzieci czyni je bardziej podatnymi na zachorowania. Większość z nich czuje się dobrze przez zaledwie 13 dni w miesiącu. Mimo wszystko kobiety i tak radzą sobie z infekcjami znacznie lepiej niż mężczyźni - rzadziej chorobę spędzają w łóżku i mimo osłabienia, nadal wykonują codzienne obowiązki. Nauka ma wytłumaczenie na to, dlaczego tak się dzieje.  

- Wpływ estrogenów na sprawniejsze radzenie sobie kobiet z wychodzeniem z infekcji opisywali już naukowcy. Faktycznie panowie gorzej znoszą nawet łagodne infekcje poprzez działanie testosteronu - przyznaje Monika Piecuch-Kilarowska.

Dróg na skróty do super odporności nie ma. - Tak samo jak nie ma złotej tabletki, po przyjęciu, której nie będziemy chorować. Preparaty reklamowane powszechnie mają niewielkie znaczenie kliniczne i równie niewielki efekt. Układ immunologiczny, czyli nasze siły obronne, jest ciągłą zmianą. Codziennie powstają nowe komórki i umierają zużyte. Jeśli zadbamy o budulec: dietę, sen, regenerację oraz aktywność fizyczną, kondycję całego ciała, niestraszne będą nam nowe wirusy czy bakterie - tłumaczy Pozytywna Doktor.

I dodaje: - Dzieci są dla matek priorytetowe, ale wszyscy znamy teorię "maski w samolocie". Najpierw wkłada ją mama, później zakłada dziecku. Warto przełożyć to także na budowanie odporności. Myślę, że gdyby chociaż część kampanii dotyczących odporności kierowana byłabym do mam, efekt byłby spektakularny dla całych rodzin - dodaje lekarka.

"W domu kataru nie miał"

Ile jest w tym chorowaniu - dzieci i rodziców - winy nas samych? Klasykiem wśród pracowników żłobków i przedszkoli jest zdziwienie rodziców komunikatem, że dziecko cały dzień kaszle, okraszone zdaniem: "Ojej, chory? A rano był zdrowy, wcale nie kasłał".

- Zdarzają się rodzice, którzy nadużywają naszej wyrozumiałości. Jednak jestem też pełna zrozumienia, ponieważ często nie wynika to z ich złej woli. Włożę kij w mrowisko, jeżeli powiem, że nie każdy katar to choroba - ocenia Marlena Chlabicz.

Interia Kobieta: Epidemia w żłobkach i przedszkolach. Chorobę można pomylić z ospą

- U mnie w pracy dzieci obecnie też już kichają, a katar wyskakuje z nosków. Ale dzielnie do przedszkola idą. Wirusy mutują też dlatego. Bo wszystkie magiczne syropki są nadużywane przez zapracowanych rodziców, których z jednej strony staram się zrozumieć - zaznacza w rozmowie z Interią Ewelina, nauczycielka przedszkolna. -  Wielu pracodawców obecnie na hasło zwolnienie ze względu na opiekę na dziecko, zachowuje się tragicznie - dodaje.

Ale jak podkreśla, druga strona medalu jest taka, że jedno chore dziecko, to za chwilę cały chory żłobek lub przedszkole.

"Ciocie" nigdy nie chorują? "Nie jesteśmy cyborgami"

Jak z tym festiwalem zarazków radzą sobie pracownicy placówek? Z perspektywy rodziców - genialnie. - Ciocie są z żelaza. Zawsze są w pracy. One nigdy nie chorują - słyszę od rodziców żłobkowych dzieci.

Ale rzeczywistość tak różowo nie wygląda.

- W tym roku, z ośmioletnim stażem pracy w przedszkolu i dość dobrą odpornością, pobiłam niechlubny rekord złapania kataru, kaszlu, bólu gardła i ogólnego osłabienia w pierwszym tygodniu pracy. Razem ze mną, z takimi samymi objawami, jest cała ekipa moich koleżanek nauczycielek. Czyli żyć, nie umierać. Bez aerozolu do nosa, tabletek na ból gardła oraz domowych sposobów typu czosnek, herbatka z imbirem ciężko byłoby przeżyć - podkreśla Ewelina.

Żłobkowa Ciotka wspomina, że przez pierwszych sześć miesięcy pracy była chora non stop. - Teraz mogę powiedzieć, że choruje mało. Zawsze łapię jednak "jelitówkę" i raz w roku lekkie przeziębienie - mówi Marlena Chlabicz.  

Agata, ucząca w przedszkolu angielskiego, prosi rodziców o jedno: szanujmy zdrowie swoje, swoich dzieci i pań pracujących w przedszkolach czy żłobkach.

- W tym roku koleżanka z pracy, młodsza ode mnie stażem, po powrocie z macierzyńskiego wylądowała na dwa tygodnie w szpitalu z zapaleniem płuc. Jest wrzesień, a większość koleżanek, łącznie ze mną, ma ból gardła, kaszel i są osłabione - opowiada Agata.

I dodaje: - Nie jesteśmy cyborgami, jak się niektórym wydaje. Spójrzcie na to tak: skoro maluchy przynoszą wam wirusy i bakterie do domu, to znaczy, że ciocie z przedszkola też. Twoje dziecko nie będzie cię ciągle zarażało, a ja nie będę narażać moich bliskich, jeśli ty i inni rodzice nie będziecie przyprowadzać do placówek chorych dzieci - podsumowuje przedszkolna nauczycielka.

Irmina Brachacz

Irmina.brachacz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy