Reklama

Reklama

"Wszystko jest lepsze niż robienie z nas kozłów ofiarnych". Właściciele składów opału o dodatku węglowym

W poniedziałek wieczorem w wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów ukazała się informacja na temat ustawy o dodatku węglowym. Nowy projekt zakłada jednorazową dopłatę w wysokości 3 tys. zł dla każdego gospodarstwa domowego, w którym głównym źródłem ogrzewania jest np. kocioł na paliwo stałe zasilany węglem kamiennym. Jak donosi Polsat News, rządowy plan B zastąpić ma uchwaloną niedawno ustawę węglową. Ustawę, która zdaniem sprzedawców węgla najmocniej biła właśnie w nich. Właściciele składów na gorąco komentują nową propozycję rządu. - Wszystko jest lepsze niż robienie z nas filantropów lub kozłów ofiarnych - ocenia pan Mariusz, sprzedawca opału z Mazowsza. Pan Grzegorz z Wielkopolski dodaje: - Węgla od tej dopłaty nie przybędzie, ale chociaż przestaniemy być chłopcem do bicia.

Równo tydzień temu prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która ustala maksymalną cenę tony węgla dla odbiorców indywidualnych, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych na poziomie 996 zł 60 gr. Ustawę, która wywołała wiele kontrowersji. Bo szybko okazało się, że może być z nią więcej problemów, niż pożytku. 

W weekend w czasie spotkania mieszkańców województwa zachodniopomorskiego z premierem Mateuszem Morawieckim jeden z uczestników zapytał wprost: gdzie można kupić węgiel po cenie określonej przez rząd, bo w powiecie szczecineckim nie ma takiej możliwości. Odpowiedź premiera wprawiła wielu w osłupienie. Zwłaszcza sprzedawców węgla. 

Reklama

- Rzeczywiście jest problem na styku naszej próby zbudowania systemu, który doprowadzi do tego, że będzie można kupić węgiel po tej ustalonej cenie, a wolnym rynkiem, rynkiem składów węgla, które musiałyby w odpowiedni sposób zareagować. Tego typu problemy z innych części kraju też do mnie docierają, że w składach węgla nie ma tej woli współpracy, jaką zakładaliśmy na początku - powiedział Mateusz Morawiecki.

- Tym zdaniem zrzucono na nas całą odpowiedzialność za pomysł, który od początku był niewypałem - przyznawali w poniedziałek w rozmowie z Interią właściciele składów węglowych. Kilka godzin później z ulgą przyjęli medialne doniesienia o pomyśle rządu na zmianę sposobu obniżenia ceny węgla dla gospodarstw domowych. - Wszystko jest lepsze niż robienie z nas filantropów lub kozłów ofiarnych. Od początku mówiliśmy, że nie tędy droga - komentują sprzedawcy węgla.  

Dopłaty do węgla. "Ludzie dzwonili i pytali gdzie jest opał za 996 zł za tonę"

Pan Mariusz prowadzi skład węgla w województwie mazowieckim. Przyznaje, że odkąd tylko pojawiła się informacja o opale z rządowymi dopłatami, telefony w jego firmie nie milkły.

- Za każdym razem mówimy, że u nas tego węgla nie będzie, nie podpiszemy umowy z PGG, bo ten program jest niewykonalny - opowiadał w poniedziałek rano w rozmowie z Interią mężczyzna. Podkreślał, że po sobotnich słowach premiera o braku woli współpracy ze strony składów pierwszy raz spotkał się z hejtem. 

- Bo tym razem odpowiedź na moją informację, że my do programu nie wchodzimy, było nieco inna. Pani wykrzyczała, że to skandal, że chcemy się na ludzkiej krzywdzie dorobić i że przez takich jak my taniego węgla nigdzie nie będzie. Kiedy zapytałem, o czym mówi, dodała: "Premier mówił, że nie chcecie współpracować. I jak widać, ma rację" - opowiadał pan Mariusz. - Przy takiej narracji cała złość skupiła się na nas - podkreślał właściciel składu węgla.

Podobne odczucia wyrażał Piotr Gajda, sprzedawca węgla z Małopolski. - Rozumiem, że przy dzisiejszych cenach sięgających 3 tys. zł za tonę, ludziom aż się oczy zaświeciły, że będzie węgiel za jedną trzecią tej ceny. Tylko że tego węgla nie będzie, bo składów na to nie stać - kwitował współwłaściciel punktu w Biórkowie Wielkim nieopodal Krakowa.

Małopolski przedsiębiorca wyjaśniał, że na początku sam brał pod uwagę przystąpienie do rządowego programu. - Ale po przeczytaniu warunków umowy podziękowaliśmy. To naprawdę pięknie, że państwo chce pomóc obywatelom, my też byśmy chcieli, ale nie kosztem naszego bankructwa - mówił pan Piotr.

Przedsiębiorcy wymieniali straty z jakimi przyszłoby im się mierzyć, gdyby przystąpili do programu. 

- My w tej chwili płacimy za węgiel grubo ponad 2 tys. zł netto. Do tego VAT, koszty transportu, pracowników.  Z minimalną marżą to daje 2,8 tys. zł za tonę w składzie. Mamy teraz sprzedać ten węgiel po 996 zł? Czyli dołożymy 1804 zł do każdej tony, a rząd nam odda maksymalnie 1073 zł. Jeśli w ogóle odda. A te prawie 800 zł różnicy to gdzie? No lekko się ten program nie spina - ironizował pan Grzegorz, właściciel składu węgla w południowej Wielkopolsce. 

Piotr Gajda tłumaczył, że na każdej rządowej transakcji kupna ustawowych trzech ton przez obywatela jego skład traciłby prawie 2,2 tys. zł. - Trzeba być milionerem filantropem, żeby zainwestować w węgiel i zacząć go ludziom rozdawać z takimi stratami dla składu. 

Pan Mariusz dodawał: - Ja wiem, że łatwo jest wyjść i powiedzieć, że węgiel ma kosztować 996 zł 60 gr, a potem równie fajnie jest zrzucić całą odpowiedzialność na złe składy, które nie mają woli, żeby przystąpić. Ale prawda jest taka, że ten program jest po prostu chory i oderwany od rzeczywistości. 

Rząd dostrzega słabość programu

Dwa dni po kontrowersyjnym wystąpieniu Mateusza Morawieckiego na Śląsku odbyła się kolejna odprawa premiera z ministrami oraz szefami spółek węglowych poświęcona sytuacji na rynku węgla. 

Po jej zakończeniu rzecznik rządu spotkał się z dziennikarzami. Na briefingu prasowym Piotr Müller oznajmił, że rząd pracuje nad "nowymi rozwiązaniami służącymi temu, by zrekompensować wyższe ceny węgla bezpośrednio dla obywateli". 

Jak wskazał, ustawa o maksymalnej cenie węgla m.in. dla odbiorców indywidualnych wymaga korekt, gdyż prywatne spółki zajmujące się dystrybucją węgla nie wyraziły odpowiedniego zainteresowania. - Zainteresowanie ze strony sektora prywatnego nie jest tak wysokie jak było przewidywane na początku. (...) Nie możemy dłużej czekać, wypracowujemy nowe rozwiązania, które będą przedmiotem obrad podczas jutrzejszego posiedzenia Rady Ministrów - dodał rzecznik rządu.

Późnym wieczorem "Wydarzenia" Polsatu poinformowały o rządowych planach wprowadzenia dodatku węglowego

Jak czytamy w wykazie prac legislacyjnych rządu, projekt zakłada wprowadzenie jednorazowego dodatku węglowego w wysokości 3 tys. złMa on przysługiwać gospodarstwom domowym, w których głównym źródłem ogrzewania jest np. kocioł na paliwo stałe zasilany węglem kamiennym.

Odpowiedzialnym za opracowanie projektu nowelizacji ustawy węglowej jest resort klimatu i środowiska. Poprawki mają trafić do Sejmu jeszcze w tym tygodniu.

"Projektowana regulacja ma na celu zapewnienie wsparcia dla dużej grupy gospodarstw domowych w Polsce, w tym również gospodarstw najuboższych energetycznie, w pokryciu części kosztów wynikających ze wzrostu cen na rynku energii, w tym kosztów opału. Proponowane wsparcie finansowe w postaci dodatku węglowego wspomoże budżety domowe oraz zwiększy poczucie bezpieczeństwa energetycznego i socjalnego" - czytamy w wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów. 

Właściciele składów węgla oddychają z ulgą

Informację o planowanych zmianach właściciele składów, z którymi rozmawiała Interia, przyjęli z pewną ulgą. 

- To wygląda, jakby w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i zrozumiał, że pomysł z gwarantowaną ceną i dopłatami jest niewykonalny - komentowali na gorąco sprzedawcy węgla.

Właściciele firm zaznaczają, że póki co starają się zachować umiarkowany optymizm, bo "to dopiero zapowiedzi" i "nie wiemy, jak ta zmiana przełoży się na nasze umowy z PGG", ale nie ukrywają, że dla nich najświeższe zapowiedzi to krok w dobrą stronę. 

- Bo wszystko jest lepsze niż robienie z nas filantropów lub kozłów ofiarnych - ocenia pan Mariusz. Pan Grzegorz dodaje: - Węgla od tej dopłaty nie przybędzie, ale chociaż przestaniemy być chłopcem do bicia. 

I tu pojawia się sedno problemu, którego ani dopłaty, ani dodatki rozwiązać nie zdołają. Brak węgla i obawy o to, że Polacy nie będą mieli czego w składach szukać. 

"Tak źle jeszcze nie było. W składach węgla nie ma". Ale rząd zapewnia, że będzie

Jak informowała Interia, na wniosek Ministerstwa Klimatu i Środowiska PGE Paliwa oraz Węglokoks zostały zobowiązane decyzją premiera do zakupu i sprowadzenia do 31 października 2022 r. do Polski łącznie 4,5 mln ton węgla odpowiedniego dla gospodarstw indywidualnych.

Rzecznik rządu zapewnił, że spółki zadeklarowały, iż zrealizują wyznaczony przez premiera cel. - Spółki Skarbu Państwa od wielu tygodni prowadzą kontraktacje i rozmowy dotyczące importu węgla do Polski. (...) Dzisiaj prezesi spółek zapewnili, że pod kątem ilości węgla nie powinno być takich wyzwań, jakich się obawialiśmy, natomiast dużym wyzwaniem jest dystrybucja i rozładunek w portach - powiedział w czasie briefingu Piotr Müller. 

O problemie braku węgla na wspomnianym sobotnim spotkaniu w Turowie wspominał sam premier. - Bo dziś największym problemem jest to, że w ogóle nie ma węgla, ekogroszku w wystarczającej ilości. Bo węgiel do pieców ściągaliśmy przez ostatnie lata z Rosji. (...) Spółki skarbu państwa zostały poproszone o to, by zamawiały ten węgiel z Kolumbii, Indonezji, na całym świecie. Żeby statki z węglem płynęły do Polski - powiedział premier.

Ocenił, że z dostępnością węgla Polska będzie mieć "dużo problemów w najbliższych tygodniach, miesiącach".

- I tu się akurat z premierem zgadzamy - przyznają nasi rozmówcy i opowiadają o tym jak dziś wygląda sytuacja w ich składach. 

Na placu w Biórkowie nieopodal Krakowa pusto. - Od kwietnia tak mamy i przyznam, że różne lata były, ale takiej zapaści to nie pamiętam. Przywozimy węgiel tylko wtedy, kiedy ktoś zamówi i zapłaci zaliczkę - tłumaczy Piotr Gajda. 

Przedstawiciel wielkopolskiego składu dodaje, że zdobycie polskiego węgla to "jak walka o ogień". - A jak pojawią się importy, to są rozdrapywane na pniu - mówi pan Grzegorz.

Dziś w jego składzie jest mniej niż 10 proc. tego, co powinno leżeć na placu o tej porze roku. - Zawsze było kilka rodzajów asortymentu. Przychodził klient, wybierał. Ekogroszek gold? Bardzo proszę. Pieklorz? Nie ma problemu, a tu z kostka z Ziemowita. W tej chwili, abstrahując od ceny, to cud, jeśli cokolwiek leży - tłumaczy pan Grzegorz. - Zapasy? Mamy kilkanaście ton. Ale to jest ilość na bieżącą sprzedaż. Jeżeli ta by ruszyła, to jest kwestia jednego czy dwóch dni i nie mamy nic - dodaje przedsiębiorca. 

Dla pana Mariusza najsmutniejsze jest to, że "ludzie nie wiedzą, co robić". - Miotają się między tym, czy brać to, co jeszcze mamy w aktualnych cenach rynkowych, czy czekać na węgiel z dopłatami. Ja nikogo do niczego nie namawiam. Chociaż czasem mam wrażenie, że powinienem mówić: "Bierz pan ten węgiel, bo nie wiadomo, co za chwilę będzie". Bo widzę realnie, że ten groszek co jest teraz po 2,3 tys. zł, jak przyjdzie z importu, to nie ma najmniejszych szans, że będzie po tyle samo. Za chwilę wszystko będzie w granicach 3 tys. zł. I nie ma na to żadnej siły - ocenia sprzedawca. 

- W środowisku mówi się, że ci, którzy nie kupią teraz opału za 3 tys. zł za tonę, to w zimie będą płacić po 5 tys. Takiej niepewności nie było chyba nigdy - podsumowuje pan Piotr.

Irmina Brachacz

Irmina.brachacz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy