Reklama

Reklama

"Przegląd": ​Kapitalizm w czarnej dziurze

Polska na mapie świata to półperyferie - mówi prof. Tadeusz Klementewicz, profesor nauk społecznych w Zakładzie Teorii Polityki i Myśli Politycznej Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, członek kolegium redakcyjnego "Colloquia Communia". Autor między innymi: "Stawka większa niż rynek. U źródeł stagnacji kapitalizmu bez granic", "Kapitalizm na rozdrożu. Obłęd zysku czy odpowiedzialny rozwój".

Robert Walenciak: Polska na mapie świata...

Prof. Tadeusz Klementewicz: - ...to półperyferie, przynajmniej w europejskim systemie gospodarczym.

I te półperyferie chcą się wybić.

- Historycznie patrząc, mieliśmy kolejne modernizacje, które miały nas zbliżać do tzw. nowoczesności, w sensie i kulturowym, i gospodarczym, ale gdzieś się zatrzymywały w pół drogi. Pierwsza fala to Królestwo Polskie, reformy Druckiego-Lubeckiego, Staszica, założenie Zagłębia Staropolskiego, banku narodowego, systemu kredytowego itd. Potem były fala industrializacji wokół Łodzi, rozwój włókiennictwa dzięki niemieckim przedsiębiorcom, ale też uprzemysłowienie Zagłębia Dąbrowskiego, którego jądrem był dzisiejszy Sosnowiec. Inwestowano tam głównie kapitał francuski. Najważniejszym ośrodkiem przemysłu metalowego stała się Warszawa. 

Reklama

Potem przyszła niepodległość.

- II Rzeczpospolita, z punktu widzenia rozwoju gospodarczego i struktury społecznej, to właściwie degrengolada. 700 rodów ziemiańskich rządzi, nie ma reformy rolnej, wskutek tego wieś jest przeludniona; malutkie działki, chłop kupuje na rynku naftę, zapałki, gwoździe i na tym koniec. Największe zakłady przemysłowe, zatrudniające ponad 100 pracowników, są zagraniczne. Kobiety jako służące w bogatych domach. Mamy analfabetyzm, przynajmniej do początków lat 30. Finisz pod koniec lat 30., wymuszony koniecznością zbrojeń, niewiele sytuację polepszył.

A Polska Ludowa?

- Myślę, że dużo racji ma Andrzej Leder, pisząc, że Polacy prześnili swoją rewolucję mieszczańską, która polegała na tym, że uboga ludność, w zasadzie chłopska, objęła zakłady rzemieślnicze, przeniosła się najpierw do miasteczek, nastąpiła industrializacja, przeniesienie ludzi z rolnictwa do innych gałęzi gospodarki. Zaczęliśmy budować podstawy awansu cywilizacyjnego: huty, kopalnie, przetwórstwo przemysłowe, infrastrukturę transportową i energetyczną. Tyle że to było trochę anachroniczne. Inne gospodarki już się nastawiały na rynek światowy, na artykuły masowej konsumpcji, które zaspokajałyby potrzeby gospodarstwa domowego i rozrywki.

W Polsce Ludowej to było niemożliwe?

- A jaki był punkt wyjścia? Kraj zacofany, na dodatek zniszczony, z przetrzebioną inteligencją. Wpierw trzeba było zbudować uniwersytety, wykształcić inżynierów, kadrę zarządzającą, osłabić wzorcotwórczą rolę przedwojennej elity, bo z nią głęboka modernizacja byłaby niemożliwa. Warszawa przed wojną to był Paryż Północy, ale tylko w ścisłym centrum. Reszta to dzielnice czynszówek bez kanalizacji, bez toalet. W jednej izbie potrafiły mieszkać dwie, trzy rodziny. A urozmaiceniem diety był śledź kupiony za parę groszy w żydowskim sklepie. Rolą dzisiejszej lewicy powinno być przypominanie, że awans społeczny w okresie PRL dotyczył milionów. Powinna ona walczyć z obrazem rozpowszechnianym przez jej wrogów, że Polska Ludowa to tylko stalinowskie represje i satelityzm.

Tak doszliśmy do III RP.

- Transformacja neoliberalna polegała w zasadzie na udostępnieniu wewnętrznego rynku w zamian za umorzenie kredytów zaciągniętych w epoce Gierka. Dziś widać, jakie efekty przyniosła prywatyzacja - zlikwidowano zakłady, które zajmowały się samodzielnym wytwarzaniem finalnych produktów, i zastąpiono je montowniami. Jesteśmy mistrzami dokręcania śrubek! Dwie trzecie polskiego eksportu powstaje w zagranicznych filiach, a tylko sześć proc. zatrudnionych pracuje w przemysłach wysokiej techniki. Tak wygląda bolesna prawda o polskim kapitalizmie.

Dlaczego Polska tkwi na peryferiach światowego kapitalizmu?

- Kapitalizm samoczynnie tworzy centrum i peryferie. Centrum przejmuje nadwyżki, ma lepiej zorganizowane państwo, jego elity tworzą ideologiczny obraz świata, czyli doktryny, które przewagę centrum uzasadniają. W centrum kwitnie nauka, są pieniądze, cuda architektury, imponujące muzea. Natomiast peryferie dostarczają surowców, siły roboczej, tam lokowana jest produkcja wymagająca pracowników o niskich kwalifikacjach, energochłonna, zanieczyszczająca środowisko.

Kapitalizm ma strukturę wielopiętrową?

- Na samej górze znajdują się jego tytani. Na początku to byli wielcy negocjanci: Jakob Fugger, John Law, Jacques Necker. Teraz - władcy aplikacji, np. Jeff Bezos, twórca Amazona. Jego majątek oceniany jest na 130 mld dol. A co on wytwarza? On jedynie umożliwia obieg towarów. Ci na górze nie mają żadnych fabryk, tylko jakiś nowy produkt, nową usługę. Uruchamiają taśmę produkcyjną oplatającą glob, oferując marżę operacyjną na poziomie dwóch-trzech proc. A oni sami jako ogniwo końcowe, np. Microsoft, przejmują 30-40 proc. Nie zdajemy sobie sprawy, że do nich, a nie do uniwersytetów czy państw, należy decyzja, co można robić z naszym DNA, jaki będzie zakres naszej prywatności, kiedy wdrożyć robotykę, cuda bioinżynierii. Do nich należą podstawowe decyzje dotyczące przyszłości cywilizacji. Wykupują wynalazki, innowacje, w zasadzie kontrolują wdrażanie postępu technicznego. A na samym dole jest ten drobiazg, uwielbiany przez rządzących i PO, czyli ci tzw. small biznesmeni, Janusze biznesu.

W Polsce jest ich ponad dwa miliony.

- Ich firmy nie są innowacyjne, mają małe zyski, wegetują na obrzeżach szarej strefy. Są poddostawcami różnych komponentów dla wielkich koncernów. Ten plankton musi się zadowolić okruchami z pańskiego stołu. Dużą wartość dodaną przynoszą innowacyjne produkty, a te wdrażają globalne koncerny, takie jak Toyota. Teraz buduje ona w Polsce za ponad miliard zł fabrykę, w której będą montowane sprzęgła do nowego modelu Yarisa. Czyli powstanie 200-300 stanowisk pracy, na dodatek prawdopodobnie inwestycja jest zwolniona na lata z podatków. Nasza korzyść - ograniczamy bezrobocie. Ale - co najważniejsze dla tego obiegu kapitału - transferowany jest zysk. Ludzie w Polsce nie wiedzą, że ten transfer wynosi około trzy proc. naszego PKB. Wracając do macierzy, powiększa on szanse nowych rentownych zastosowań. Tymczasem inwestycje polskich "przedsiębiorców" mają charakter finansowy, spekulacyjny, choć to tylko 0,35 proc. światowych przepływów kapitału. A jak wygląda lista głównych krajów, do których ten kapitał finansowy płynie, by tworzyć "miejsca pracy" tak hołubione przez narodową telewizję? Na czele są Malta, Luksemburg, Szwajcaria. A na czwartym miejscu - Nowa Kaledonia.

Czwarte miejsce?

- To jest tzw. kapitał w tranzycie.

Da się to jakoś ucywilizować?

- To przekracza możliwości jednego państwa. Wymaga współdziałania, przynajmniej w skali Europy, by zlikwidować raje podatkowe i wprowadzić globalne podatki od zysków korporacji. A my wstajemy z kolan w naszym skansenie, zamiast współtworzyć lepsze warunki pracy i życia dla wszystkich Europejczyków. Unia powinna zmienić oblicze, do wolnego obiegu towarów, kapitału i siły roboczej dołożyć tzw. notę socjalną. Czyli nie tylko wspólna waluta, ale również wspólny system fiskalny.

Takie półperyferium jak Polska nie ma zatem szans się przebić do kapitalistycznej czołówki? Korei Południowej się udało.

- Nie wiem, czy pan zna azjatyckie realia, jaki w Korei był reżim polityczny, jaki poziom życia, system zarządzania firmami i całą gospodarką. Poza tym to jest inne społeczeństwo, o konfucjańskiej kulturze o prospołecznym nastawieniu. Bardzo wykształcone i oddane pracy. Tamtejsze elity: w Korei Południowej, w Japonii, w Chinach, też są inne. To były elity produktywne, a nie pasożytnicze. Jasno widziały, co państwo powinno zrobić, jak rozwijać poszczególne gałęzie gospodarki, jak chronić te powstające, jak stosować protekcjonizm. A nasze elity są kompradorskie - służą obcym.

Jak to się stało?

- Amerykański badacz ruchów społecznych Lawrence Goodwyn twierdzi, że sukces ruchu protestu polskiej klasy wielkoprzemysłowej polegał na tym, że zostały wyciągnięte wnioski z wcześniejszych porażek rewolt 1956, 1970 i 1976 r. Stworzono po raz pierwszy sieć komitetów obejmujących kraj, sam strajk też był ogólnopolski. I dopiero wtedy dołączyli warszawscy intelektualiści, przedstawiciele inteligencji. Teraz to oni spijają śmietankę - i jako bohaterzy, którzy pokonali komunę, i jako właściciele spółek wydawniczych, i jako "głosy wolne wolność ubezpieczające". "Trybuni narodu" jak Piłat skazali klasę wielkoprzemysłową na terapię szokową, dostali się na szczyt na grzbiecie fali ich protestu. I teraz to oni są kreatorami dobrego smaku, recenzują lewicowe programy, oceniają politykę gospodarczą, prospołeczne reformy. Ale w gruncie rzeczy są wyrazicielami tych, którzy skorzystali na transformacji w ten sposób, że mając odpowiednie wykształcenie i kontakty, obsługiwali nowe, powstające zagraniczne biznesy. W bankach, w kancelariach prawnych, w polskich filiach zagranicznych koncernów, kierowali też nowymi spółkami skarbu państwa. Służą obcym. Stan półperyferyjności pozwala im prosperować.

A dlaczego w Polsce nie są rozwijane badania naukowe, przemysł? Co się dzieje?

- Bo big is beautiful. Żeby wdrożyć nowy produkt, trzeba działać w skali całego globu, mieć fundusze na wykup tych wszystkich patentów i praw własności. 70 proc. prac badawczo-rozwojowych finansują wielkie korporacje. Czyli trzeba mieć w przedsiębiorstwach działy badawczo-rozwojowe. A u nas zatrudnienie w sektorze innowacyjnym spadło o 100 tys. ludzi. Nie mamy globalnych korporacji, które by inwestowały w sektory wysokiej technologii, np. elektronikę czy przemysł precyzyjny. Technika w polskiej gospodarce jest kreowana gdzie indziej. Czyli w sumie nie mamy innowacyjnej gospodarki i przypada nam rola albo poddostawców, albo montażystów. Plus logistyka, bo trzeba rozprowadzić towar w kraju i w regionie. Z tego powodu deforma nauki i szkolnictwa wyższego ministra Gowina niczego nie zmieni. Jeszcze bardziej kolonizuje polską naukę.

Opisuje pan stan istniejący. Ale spróbujmy wyrwać się z niego. W przyszłość!

- Nasza strategia narodowa powinna polegać na podniesieniu pozycji w łańcuchu produkcji i wartości Niemieckiego Cesarstwa Przemysłowego. Zacząłbym od tworzenia, we współdziałaniu z niemieckimi firmami, komplementarnych wydziałów na politechnikach, żeby chociaż jeden z instytutów Maxa Plancka był w Polsce. Sukces gospodarki Niemiec polega na tym, że oni już w XIX w. stworzyli system wiążący uczelnię z przemysłem. Mają 82 instytuty Plancka oraz centra technologiczne Fraunhofer-Gesellschaft, które w połowie są finansowane przez państwo, w połowie przez przemysł. Niemiecki potencjał wytwórczy jest więc związany z nauką, z innowacyjnymi technologiami, to dziś jedyne w świecie centrum konkurencyjne wobec Chin w dziedzinie nowoczesnych gałęzi przemysłu. 

- Nasza cywilizacja wciąż jest przemysłowa. Operuje nadal gigatonami materii złożonej z atomów, a nie bitów. Uber sam nie buduje samochodów. Niemcy to jest baza naukowa, baza inżynieryjna, świetnie wykształcone kadry, także pracowników montażowych, operatorów maszyn itd. Niemcy stworzyły rozległy obszarowo system współpracy, należą do niego również gospodarki Austrii, Holandii, częściowo Belgii, w Europie Środkowej - Słowacji, Czech i Węgier. No i Polski. Tylko nie możemy być ciągle montażystami, specjalistami od dokręcania śrubek! Wyroby polskiej gospodarki powinny lokować się w coraz wyższych ogniwach wartości dodanej, powinniśmy samodzielnie wytwarzać przynajmniej ważne komponenty finalnych wyrobów. To zaś wymaga reindustrializacji polskiej gospodarki, o czym na łamach PRZEGLĄDU wielokrotnie pisał Andrzej Karpiński.

Premier Morawiecki o tym mówił.

- Nazywam go fircykiem w zalotach, bo jest najlepszym propagandystą swojego rządu. To on wymyślił hasło państwo dobrobytu, które w obecnej formie ma przecież niewiele wspólnego z dobrobytem. Bo strategia PiS polega na kierowaniu strumienia finansów do rodzin. Na zasadzie: macie 500+, a potem sami sobie radźcie, kupujcie usługi zdrowotne, edukacyjne itd. A przecież główną ideą państwa dobrobytu było okiełznanie konfliktu między pracownikiem a właścicielem, czyli między robotnikiem a kapitalistą. W ten sposób, że ich relacje są regulowane przez umowy zbiorowe dotyczące warunków zatrudnienia, płacy; że jest progresja podatkowa i sektor usług publicznych o bardzo wysokim standardzie. W szkołach dzieci dostają obiady, podręczniki, jadą na ferie zimowe. W sumie chyba lepiej, żeby pieniądze zostały w kraju, służyły nowemu pokoleniu, niż emigrowały do Nowej Kaledonii.

Gospodarka rozwija się dzięki kapitalistom.

- Trzeba odróżniać rewolucję przemysłową od kapitalizmu. Kapitalizm to najwyżej turbosprężarka dodana do nowych źródeł energii, do nowego silnika gospodarki w postaci maszyn. Jeden z laureatów tzw. ekonomicznego nobla, Herbert Simon, ocenił, że tylko w 10 proc. wartość produktu jest efektem przedsiębiorczości. Reszta to zasługa otoczenia społecznego: korzystnej polityki gospodarczej, sprawnego państwa, wykształconych na dobrych uczelniach kadr, pomysłów przejętych z sektora publicznego, infrastruktury. Zresztą sam Warren Buffett powiedział: "Jakie by było moje życie, gdybym urodził się w Peru czy Bangladeszu? Jaką bym tam zrobił karierę?".

Ameryka daje taką gwarancję?

- Amerykanie wierzą, że każdy ma otwartą drogę do kariery, od pucybuta do milionera, czy raczej od pracownika McDonalda do właściciela Amazona. Okazuje się, że to mit! Dwie trzecie osób w Stanach poniżej 40. roku życia nie ma żadnych oszczędności. Połowa zatrudnionych nie ma wystarczających dochodów, żeby opłacać składki emerytalne. Jeśli chodzi o 20 proc., które przejmują najmniejszą część dochodu narodowego, to tylko sześć proc. z nich dostaje się do grup lepiej sytuowanych. Owszem, są dziedziny, w których Stany mogą zaimponować wszystkim na świecie, ale są i takie, którymi nie powinny się chwalić. 14 proc. Amerykanów (ok. 40 mln) potrzebuje bonów żywieniowych, ludzie mieszkają w nieogrzewanych przyczepach kempingowych. Czy to jest model dla świata?

A jaki powinien być?

- Kapitalizm jest w okresie interregnum, poszukiwania nowej funkcjonalnej formy przetrwania. Napędem tej gospodarki są inwestycje. Ale żeby odzyskać to, co się wytworzy dzięki inwestycjom, trzeba to sprzedać. Stąd konsumeryzm. No i cały problem kapitalizmu polega na tym, że wskutek rozbudowy mocy produkcyjnych i zwiększania się populacji musimy mieć cztery-pięć planet, żeby ten system działał. Mamy jedną. To wymusi zmniejszenie wzrostu gospodarczego. Nie będzie oscylował wokół trzech proc., tak jak to było w złotych latach welfare state. Szacunki wskazują ok. jednego proc. PKB. Limity przyrodnicze pozwolą co najwyżej na "dobrobyt bez wzrostu". A jak się okaże, że robimy coraz bardziej księżycową gospodarkę, to wszyscy zwolennicy koncepcji życia jako użycia oprzytomnieją. 

- Bez ograniczeń będzie można konsumować dobra duchowe i kumulować bogactwo więzi międzyludzkich. Zresztą sama Unia zaczyna korygować konsumpcjonizm, choćby wprowadzając przepisy, że klient musi mieć możliwość naprawy zepsutego urządzenia. Świat zaczyna też mówić o ludziach zbędnych, a jest ich ok. 1 mld. Niedawno Mark Zuckerberg powiedział, że rozwiązaniem jest tworzenie warunków do życia tam na miejscu. Ale to by oznaczało, że np. Europa musi zrezygnować z subsydiowania żywności. Unia dopłaca ok. 40 proc. jej wartości. Jeżeli od tego by odeszła, żywność byłaby droższa, więc biedne kraje z Południa mogłyby z nami konkurować.

Jakie są hamulce rozwoju Polski?

- Na pewno jesteśmy jednym z nielicznych krajów, które nie przeszły rewolucji intelektualnej oświecenia. To w oświeceniu powstały idee samodzielności intelektualnej człowieka, państwa narodowe przejęły majątek Kościoła i właściwie sprowadziły go do roli przewodnika duchowego, gdyż zorganizowały inaczej publiczną oświatę i służbę zdrowia. Z tego punktu widzenia w Polsce nadal jesteśmy świadkami spóźnionej o dwa stulecia wojny kulturowej między tradycjonalizmem a nowoczesnością.

Między kontrreformacją a oświeceniem.

- I co słyszymy w telewizji? Że na Polskę napierają kulturowy marksizm, lewactwo, cywilizacja śmierci, LGBT! A na czym ich atak polega? Neomarksizm to synonim wszystkiego, co przynoszone jest przez postęp nauki, medycyny, to są prawa człowieka, prawa kobiet, prawa różnych mniejszości, czyli dalszy ciąg upodmiotawiania jednostki. Powrócił klimat polowań na czarownice i walki z diabelskimi mocami, z "zarazami", z którymi zawierają pakt zwolennicy edukacji seksualnej, świeckiego państwa, autonomii moralnej jednostki. W tamtej epoce oni wszyscy by spłonęli na stosach. To jest jakieś żywe przeniesienie kontrreformacyjnego Kościoła, który był przeciw temu, co przynosi postęp; nie chciał odczarowania świata przez naukę. Słusznie się wskazuje, że to jest Kościół narodowy, który niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem, głównie umacnia wampiryczny polski patriotyzm. Zawsze przy tej okazji cytuję Tuwima: "Już katolicy, ale jeszcze nie chrześcijanie". Przecież przesłanie Jezusa jest uniwersalne, pacyfistyczne, to pogarda dla gromadzenia bogactwa jako celu życia, postulat wzajemnej pomocy, umiejętności wybaczania i szacunku dla innych. Ale nasz Kościół nie naucza Ewangelii. Jest walczący, a w walce można paść.

Prawica też jest walcząca.

- Pisze się czarną księgę komunizmu itd. Ale co to ma wspólnego z Marksem? Z socjaldemokracją? Równie dobrze można pisać czarną księgę kapitalizmu, czarną księgę kolonializmu, czarną księgę Kościoła (co zresztą zrobił Karlheinz Deschner w wielotomowej "Kryminalnej historii chrześcijaństwa"), czarną księgę narodowego populizmu, rasizmu i ksenofobii... I tu nie ma co się licytować, kto więcej cudzej krwi i potu przelał. Żenująca jest próba wygrania II wojny światowej przez polskie elity 75 lat po jej zakończeniu. I to w walce z państwem, którego armie rozgromiły cztery piąte sił Wehrmachtu!

Ale te zarzuty pod adresem poprzedniego systemu są powtarzane.

- Tak, żeby demonizować potencjalny ustrój, w którym jest progresja podatkowa, bezpieczeństwo socjalne, w którym nie ma wyścigu szczurów, istnieje więź pokoleń dzięki systemowi repartycyjnemu. Spójrzmy, jak funkcjonuje np. społeczeństwo szwedzkie. Z jednej strony, jest ciepłą wspólnotą, a z drugiej - ma konkurencyjną gospodarkę. Szwedzi łączą indywidualistyczny luteranizm z solidarnością chłopską. Im również zależy na indywidualnym sukcesie, pozycji zawodowej, ale potrafią łączyć te dążenia z potrzebami całej wspólnoty. I trzeba pokazywać, że lepiej się wszystkim żyje, gdy dziecko jest odkarmione, ma warunki do edukacji, startu zawodowego, potrafi współpracować w grupie.

Wtedy z kolei neoliberałowie pytają, skąd na to wziąć pieniądze.

- Dlatego trzeba uświadomić każdemu, że silne państwo musi mieć pieniądze na wspólnym koncie. A dlaczego nasze jest słabe? Bo jest wysuszone podatkowo. W 2017 r. 10 proc. najlepiej zarabiających przejęło 40 proc. dochodu narodowego, w Czechach 29 proc., a w Szwecji 27,7 proc. Średnia unijna oscyluje wokół 34 proc. Tu są duże rezerwy. Jak to możliwe, że taki menedżer, który zarabia 50-70 tys. zł miesięcznie, albo i więcej, rozlicza się według stawki 19-procentowej? Bo jest samozatrudniony. Tego nie powinno się tolerować, bo to tylko rodzi poczucie niesprawiedliwości, głównie wśród wyzyskiwanych pracowników budżetówki. Oni za pieniądze, których nie zabierze fiskus, kupią sobie jeszcze jeden kupon totolotka, a krezus stworzy dodatkowe miejsce pracy dla księgowego w Luksemburgu. 

- Trzeba więc rozbroić tę opiekę nad umysłami Polek i Polaków, którą sprawują Kościół i prawica narodowa, a z drugiej strony - neoliberałowie. Polemizując z nimi, trzeba pokazywać, jak wygląda model biznesowy władców aplikacji z Doliny Krzemowej, kto tworzy i jakim kosztem ich majątek, a także odsłonić nadużycia finansowe i obyczajowe Kościoła oraz jego niewydolność intelektualną. I co najmniej dwuznaczną rolę rodzimej elity kompradorskiej: plastikowych polityków, klasy menedżerskiej, ekonomistów bankowych, trenerów motywacji i specjalistów od coachingu.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje