Reklama

"Polacy są umordowani czasem z rodziną". Jak wytrzymać przy wigilijnym stole?

Wigilia /Bromberger Hoover Photography /Getty Images

Bardzo wielu Polaków mówi o tym, że są umordowani czasem z rodziną. Tam nie ma kawałka "ja ich nie kocham". Tam jest "ja nie lubię spędzać z nimi czasu". Ja ich kocham i szanuję, ale spędzanie z nimi czasu jest dla mnie za trudne - mówi dr Małgorzata Majewska, językoznawczyni i specjalistka komunikacji werbalnej i niewerbalnej z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W rozmowie z Interią tłumaczy, dlaczego Polacy nie potrafią ze sobą rozmawiać, jakie są najczęściej powtarzane przy stole frazesy, które pytania sprawiają nam ból i dla kogo święta są prawdziwym koszmarem.

Paulina Sowa, Interia: Święta nas zbliżają czy oddalają?

Dr Małgorzata Majewska: - Badania pokazują, że częściej oddalają. To taki paradoks, bo święta to rytuał społeczny, który miał za zadanie nas zbliżać i jednoczyć we wspólnocie pierwotnej, czyli rodzinie. Tymczasem poziom frustracji Polaków po świętach jest ogromny. Jako osoba zajmująca się językiem upatruje jej źródła w nieumiejętności prowadzenia rozmowy.

Dużo jest w nas nienawiści?

- Kiedy przyglądam się temu, jak Polacy ze sobą rozmawiają, to widzę, że mamy ogromny wewnętrzny problem z komunikowaniem emocji trudnych, takich jak złość, gniew, bezradność, bezsilność i smutek.  We wspólnotach czujemy się dobrze, kiedy jesteśmy w nich widziani i słyszani ze wszystkimi swoimi emocjami, a nie tylko tymi, które są pozytywne. Jeżeli na co dzień mogę być w rodzinie pod warunkiem, że zawsze się uśmiecham, nie przeklinam, niczego się nie czepiam, to nie znaczy, że innych emocji we mnie nie ma. Są i w codziennym życiu potrafimy te trudne emocje rozproszyć, ale w święta wygląda to inaczej. 

Reklama

Wtedy jest najwięcej konfliktów?

- Szczególnie w drugi dzień świąt. W wigilię trzymamy się jeszcze tego rytuału. U osób wierzących jest to związane z przeżyciami religijnymi, ale częściej, jak pokazują badania, chodzi o kontekst spotkań rodzinnych. Później przychodzi pierwszy dzień świąt, kiedy mamy wrażenie, że już nie zjemy ani kawałka serniczka, po czym bierzemy kolejny i te "niekochane" emocje, odcięte od nas, powoli wypływają, ale w taki nieoczywisty sposób. Jeżeli nie mam kontaktu ze swoją złością wprost, to czekam na pretekst, żeby się pozłościć.

Pewnie nietrudno taki pretekst znaleźć...

- Może być nim wszystko. Dopieczenie wujkowi Józkowi, że za dużo pije, cioci Krysi, że nie schudła. Mam wrażenie, że święta to jest taka przestrzeń do szukania pretekstów, dzięki którym dopuszczamy do głosu trudne emocje. Najczęściej awantury rodzinne naprawdę są o pierdoły, bo one są tylko triggerem do powiedzenia "od zawsze jest mi trudno w relacji z Tobą, więc chwycę się tego, że pobrudziłaś barszczem biały obrus i Ci wygarnę za wszystkie czasy". A jak napięcie jest po obu stronach, to ta druga osoba tylko czeka, żeby też znaleźć w nas jakąś nieidealność i nam wygarnąć. Wtedy już leci, jest efekt kuli śnieżnej i "wygrywa" ten, kto komu bardziej dopiecze. Są rodziny, które mają wręcz pakty lojalności czy bliskość polegające na szyderze. Kto komu bardziej dogryzie. I niby się wszyscy śmieją, ale nie do końca, bo pretekstem do śmiechu jest np. czyjś brak, nieudolność, jakieś stare sprawy.

Święta to taki spektakl, w którym wszyscy udajemy kogoś innego?

- Idąc na wigilię, już się nawzajem pouczamy. Żona mówi do męża "tylko nie ruszaj polityki, bo wiesz, że mój ojciec jest z innego obozu". A mąż do żony: "tylko się nie czepiaj mojej matki". Dajemy sobie takie nakazy, co zrobić, żeby "było miło" - to generalnie jest nasz cel.

Ale nie zawsze jest miło.

- Tak, bo kiedy ktoś nam dopiecze, to musimy wybrać między przykazem, że ma być miło, a obroną siebie i naruszeniem własnych granic. Możemy wtedy powiedzieć: "zabolało mnie to co powiedziałeś wujku". W większości przypadków wujek to obśmieje i powie "a taka się przewrażliwiona zrobiłaś". Dlaczego? Bo pakt pod tytułem "będzie miło jakkolwiek ci dogryziemy" obowiązuje  w wielu rodzinach. Odgryzamy się, bo potrzebujemy sobie poradzić z napięciem, a nie mamy gdzie uciec, bo w święta głównie siedzimy przed telewizorem i jemy. 

Co najbardziej nas wkurza?

- Wiele zależy od nas samych. Jeśli jesteśmy świadomi, mamy silne osadzenie ze sobą i wiemy, że z jednej strony jest świat wartości, które mamy, ale równocześnie świat jest zbudowany z różnych racji, to mamy w sobie zgodę, żeby przyjąć czyjeś poglądy. Rozumiemy, że one nam nie zagrażają, mówimy "to ok, że widzisz coś inaczej". Ale to jest mniejszość. Zwykle atak na poglądy traktujemy jako atak na nas i to denerwuje nas najbardziej. Mówimy "gadasz głupoty", nieważne z jakiego powodu, ale musimy je unieważnić, żeby utrzymać swoje racje. Często one są jedynym, co mamy.  Każda mimowolnie rzucona uwaga może zostać przez nas potraktowana jako potwarz. A jeżeli będzie to zagrożenie mojej twarzy, to ja, żeby ocalić swoją godność, muszę zaatakować. I tak to wygląda w praktyce.

To czego tak właściwie oczekujemy od bliskich w święta? Czego tak naprawdę chcemy?

- W przygotowanie świąt wkładamy wiele energii. Zawsze jest ktoś, kto sprząta dom, robi te uszka, barszcz. I mam wrażenie, że w tym czekaniu na święta jest też czekanie na docenienie, czyli na zaspokojenie naszej największej potrzeby - potrzeby ważności. Siadamy do wigilii i czekamy na te głaski społeczne, docenienie tego, ile zrobiliśmy. Spotkanie przy rodzinnym stole jest często spotkaniem z oczekiwaniami, że tym razem ja zrobiłam tyle dla wszystkich, że mnie docenią. Dotyczy to też zmian w naszym życiu, których się od nas oczekiwało. Kiedy tego nie ma, to pojawia się frustracja.

Potrafimy normalnie ze sobą porozmawiać? Chociaż w te święta...

- Z tym jest kłopot. Przy stole mamy najczęściej ustalone scenariusze i bardzo często jest tak, że tematy się powtarzają. Co roku rozmawiamy czy sernik z rodzynkami czy bez, czasami jest polityka, kościół. Ale to są puste frazesy. Bardzo rzadko ludzie mówią po spotkaniach świątecznych, że mieli jakąś nową myśl. Najczęściej to są jakieś odgrzewane kotlety. Wszyscy wiemy, co zaraz powie wujek Kazio. Sięgamy po pozornie bezpieczne wypowiedzi, ale przez to brakuje bardzo wyraźnie w rozmowach Polaków ciekawości na siebie nawzajem. To jest największym grzechem Polaków, że my przychodzimy jako scalona persona i odrabiamy pańszczyznę na wigilii. Bardzo wielu Polaków mówi o tym, że są umordowani czasem z rodziną. Tam nie ma kawałka "ja ich nie kocham". Tam jest "ja nie lubię spędzać z nimi czasu". Ja ich kocham i szanuję, ale spędzanie z nimi czasu jest dla mnie za trudne.

Nie lepiej sobie darować te święta?

Nie, bo wtedy mielibyśmy poczucie pustki.

To jakie jest dobre wyjście?

(śmiech) - Cały paradoks polega na tym, że my z jednej strony potrzebujemy wspólnoty i przynależności, a z drugiej strony w rodzinach bardzo często ceną tej przynależności jest rezygnacja z chronienia swoich granic. Ciocie pytają "kiedy sobie znajdziesz chłopaka/dziewczynę". To są pytania z obszaru prywatnego, niestety w polskim modelu kulturowym jest nieprawdopodobna zgoda na ich zadawanie.

Tak jak z pytaniami "kiedy będziecie mieli dziecko".

- Tak. Albo komentowaniem cielesności. "Ale pączuszek się z Ciebie zrobił", albo "zjadłabyś coś, bo taka chuda jesteś". Bardzo rzadko w tych słowach jest coś pozytywnego. Nawet jak ktoś powie "dobrze wyglądasz", to w podtekście jest "przytyłaś". A jeśli ktoś komentuje moją cielesność publicznie, to narusza moje granice. Ale jeżeli tak było od 20 czy 40 lat, to jak my nagle powiemy cioci Krysi "proszę Ciociu nie komentuj mojego ciała albo mojego związku", to ona w ogóle nie wie, o czym my mówimy. Bo przecież zawsze tak robiła. Wiem, że Pani by chciała ode mnie złotą radę, że jak ten wywiad się ukaże, to nagle Polacy spędzą cudowne święta. Bardzo bym tego chciała, ale cudowne święta mogą być wtedy, kiedy zobaczymy, jak możemy być z rodziną blisko, nie zatracając w tym siebie. Do tego potrzebna jest bardzo duża świadomość tego, po co przychodzimy na wigilię. Przychodzimy poczuć, że przynależymy, ale czasami cena tego jest wysoka. Dla wielu osób te święta są koszmarem, na przykład dla wegetarian, którzy co roku słyszą, żeby zjedli rosołek. To znowu jest przemoc symboliczna, bo to moja sprawa co jem, ile i kiedy.

Dla kogo jeszcze święta to koszmar? 

- Najtrudniejsze są dla całych środowisk LGBT, szczególnie tych osób, które się dopiero przygotowują do coming outu. Wiem od moich studentów, że kiedy na pytania o ślub i dziecko odpowiadają "słuchaj mamo, ja nie będę miał ślubu, bo jestem z Wojtkiem od trzech lat", to nie spotykają się ze zrozumieniem. Słyszą "a kolegę masz, ale w końcu się przekonasz". Trudno mają też osoby, które kiedyś zmagały się z uzależnieniem. Komentarze "a Tobie nie nalejemy likierku, bo wiemy jak to się kończy" powodują ogromny dyskomfort.

I teraz, kiedy patrzymy na tę ogólną zasadę - chcę przynależeć do rodziny, ale zobaczcie mnie z moimi wyborami, decyzjami, tożsamością - to bardzo często jest tak, że nie jesteśmy dostrzeżeni, tylko przekonywani do zmiany. Tak jakby mięsożerna, heteroseksualna rodzina z dwójką dzieci i labradorem miała dać wszystkim szczęście. Dobrze jest przed takim rodzinnym spotkaniem powiedzieć sobie na głos, że jest inaczej. Język ma taką magiczną funkcję, że oswaja to co trudne, kiedy jest nazwane.

Mówienie głośno o tym, co nas boli, to rozwiązanie?

- Tak. Możemy powiedzieć bezpośrednio do osoby, która nam ten ból sprawia, ale nie zawsze się da, więc mówmy partnerowi, bliskiej osobie. Wygadajmy się, wyrzućmy to z siebie. Kiedy my nazwiemy to trudne i ono przyjdzie, to będzie dla nas już znajome. Najgorzej jest, kiedy zaciskamy się, zamrażamy z myślą, że będzie dobrze, a kiedy nie jest i czujemy rozczarowanie.

A potrafimy być dla siebie mili? Chociaż w święta!

- Potrafimy wtedy, kiedy w relacji z drugą osobą możemy być w kontakcie z wszystkimi emocjami. A z emocjami jest tak, jak z pustym balonikiem. Dla przykładu: denerwuję się na moją córkę, że zostawiła brudne buty. Umiem powiedzieć, że jest mi z tym trudno, wkurza mnie to. Rozmawiamy o tym, bezpiecznie możemy się złościć i żadna z nas nie czuje, że traci przy tym twarz. Wtedy nasze baloniki są puste, ale w momencie kiedy ona by powiedziała "Ty lepiej na siebie popatrz, jaki burdel w kuchni zostawiłaś", to robią się tak zwane komunikacyjne ping-pongi. Baloniki są zamknięte i rosną, a kiedy już pękają, to nie ma co zbierać. To jest moment, kiedy w nas się przelało i nie ma miejsca na dialog.

Znajdziemy jakiś optymistyczny akcent w tych świętach? Proszę o iskierkę nadziei dla wszystkich tych, którzy usiądą z rodziną do stołu.

- Nie ma wątpliwości, że wspólnota jest nam potrzebna. Relacje nas karmią, bawią. To, że do nich tęsknimy jest oczywiste, a święta są pretekstem do spotkań z bliskimi. Myślę sobie, że jeżeli wiemy już, że moje "ja" jest równie ważne, jak moja rodzina, to bądźmy dla samych siebie lepsi, pełni czułości. Zaopiekujmy się sobą. To co też może sprawić, że te święta będą lepsze, to poczucie sprawczości. Wiem, kiedy ktoś narusza moje granice, a kiedy jest mi dobrze z innymi. Myślę, że to może być pretekst do redefiniowania świąt jako czasu, kiedy przyglądamy się sobie i innym we wspólnocie. Ja bym sobie życzyła takiego odkrycia, że więcej nas łączy niż dzieli. W momencie, kiedy nazywamy to, co jest fajne i kiedy to komunikujemy, to mamy szansę, by nasza wspólnota była czymś co nas karmi i dodaje sił, a nie obciąża.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: paulina.sowa@firma.interia.pl

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: święta | Boże Narodzenie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy