Reklama

Reklama

11 listopada 1918: Wynegocjowane zwycięstwo i partyjne kłamstwo

Polska nie jest mocarstwem, nawet regionalnym. Jest państwem średniej wielkości o średnim potencjale. Mądrzy Polacy to wiedzą, umieją z tym żyć, a nawet są dumni, że ten "średni potencjał" przyszło im pielęgnować i rozbudowywać. Głupcy się tym nudzą, rozdarci pomiędzy marzeniem o imperialnej wielkości, a martyrologią samozagłady.

Gwarancją przetrwania lub odrodzenia państwa takiego jak Polska jest wykorzystywanie historycznych okazji i szukanie sojuszników, a nie spalanie się w "godnościowych" insurekcjach i mnożenie wrogów. Nie inaczej jest z Ukrainą, nawet jeśli dziś przeżywa jedną z tych tragedii, jakie Polacy znają z własnej historii. Bez natowskiej i unijnej pomocy nie przetrwałaby samotna, zdana na łaskę Putina. Niezależnie od tego, ilu Ukraińców zostałoby przy tej okazji wymordowanych. I oby nie musiała tej oczywistości sprawdzać, jeśli do władzy w USA wróci Trump ze swoim izolacjonizmem, którego ofiarą padną natychmiast wszystkie peryferie Zachodu. A Unia się rozpadnie, nad czym pracuje Putin i wszyscy jego "pożyteczni idioci".

Reklama

Odzyskanie niepodległości w 1918 roku i odbudowa demokratycznego państwa w roku 1989 to dwa największe polityczne sukcesy Polaków na przestrzeni ostatnich 300 lat. Wbrew całej insurekcyjnej tradycji każącej kolejnym pokoleniom młodych Polaków pochylać się wyłącznie nad krwawymi powstaniami, zwykle przegranymi, oba te realne polskie tryumfy to - jak powiedział kiedyś profesor Andrzej Paczkowski - "zwycięstwa wynegocjowane". Polegały na sensownym wykorzystaniu geopolitycznej koniunktury przez polskie elity polityczne. Zachowujące się - choćby przez krótką chwilę - wyjątkowo odpowiedzialnie. Za każdym razem były to koalicje polityków spod bardzo różnych znaków. W 1918 roku Piłsudski, Dmowski, socjaliści, endecy, ludowcy. A w 1989 roku szeroka polityczna reprezentacja solidarnościowego społeczeństwa negocjująca z tą częścią PRL-owskiej elity władzy, która pogodziła się z koniecznością ustrojowej zmiany. 

Wykorzystanie geopolitycznej koniunktury przez naród, który nie ma militarnego potencjału, by samodzielnie "wybić się na niepodległość", to nie byłby żaden wstyd, dla żadnego innego narodu. Jednak w Polsce "wynegocjowane zwycięstwo" staje się okolicznością wstydliwą, którą trzeba wypierać, zakłamywać, ubierać w halloweenowy kostium insurekcji i martyrologii. 

Wbrew całemu mitowi rozbrajania niemieckich żołnierzy przez zrewoltowaną ludność Warszawy, faktyczne wydarzenia 10-11 listopada 1918 roku w polskiej stolicy, po przybyciu do miasta Józefa Piłsudskiego uwolnionego przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, były przykładem tryumfu chłodnego politycznego rozumu. Piłsudski wiedział, że oprócz niemieckich żołnierzy pragnących jedynie powrotu do domu, wokół warszawskiej cytadeli stacjonują oddziały słuchające jeszcze swoich oficerów. Bataliony "Donaueschingen" i "Diedenhofen" oraz Kompania Ciężkich Karabinów Maszynowych "Warschau" dysponowały wystarczającą siłą ognia, aby krwawo spacyfikować krążące po stolicy grupki młodych ludzi próbujących atakować w tramwajach i po bramach niemieckie patrole.

Rano 11 listopada Józef Piłsudski udaje się do Pałacu Namiestnikowskiego, gdzie trwa zebranie niemieckiej Centralnej Rady Żołnierskiej. Próbując uspokoić Niemców wypowiada słowa, które przejdą do historii, a potem zostaną z tej historii wytarte: "znajdujecie się wśród narodu, który wasz dotychczasowy rząd traktował bezwzględnie z całą brutalnością. Ja jako przedstawiciel narodu polskiego oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie będzie! Pamiętajcie, że dosyć krwi popłynęło, ani jednej kropli krwi więcej!". 

Kiedy po tym spotkaniu Piłsudski wyszedł na Krakowskie Przedmieście, wykazał się gigantyczną odwagą cywilną mówiąc do tłumu wykrzykującemu hasła przeciwko Niemcom: "w tym gmachu obraduje niemiecka Rada Żołnierska, a ja w imieniu narodu polskiego wziąłem tę Radę pod swoją opiekę i ani jednemu z nich nie śmie stać się najmniejsza krzywda". Kiedy wieczorem tego samego dnia Piłsudski dowiedział się, że w jednej z samowolnych akcji rozbrajania żołnierzy niemieckich, zakończonej strzelaniną, wzięli udział członkowie "jego" POW, rozkazał natychmiast zwrócić broń Niemcom, a Naczelna Komenda POW wydała rozkaz: "Należy unikać krwawych starć z żołnierzami niemieckimi. Napady na garnizony są wykluczone".

Dzięki strategii Piłsudskiego stolicę pokojowo opuściło 27 tysięcy niemieckich żołnierzy, którzy zgodnie z wynegocjowanym porozumieniem pozostawili Polakom, na samym tylko przejściu granicznym w Mławie, 12 tysięcy karabinów, 120 ciężkich karabinów maszynowych i 2 miliony nabojów. Ta broń nie tylko nie została użyta do spacyfikowania Warszawy, ale okazała się prawdziwym skarbem w czasie wojny polsko-bolszewickiej.

Kiedy 11 listopada 1918 stało się mitem "zwycięskiego powstania", które w dodatku nie wymagało płacenia jakiejś nadzwyczajnej daniny krwi? Dopiero po zamachu majowym 1926 roku, dla usprawiedliwienia jego ofiar oraz legitymizowania dyktatorskiej władzy Piłsudskiego i jego obozu. Wtedy "rozbrajanie Niemców w Warszawie" przestaje być momentem anarchii zagrażającym planom Piłsudskiego, a staje się apogeum zwycięskiego boju o niepodległość, którym Marszałek jednoosobowo kierował. Skoro bowiem tylko on jeden "krwawo wywalczył niepodległość", zatem ma prawo odzyskanym przez siebie państwem jednoosobowo rządzić.

Wybitni sanacyjni historycy, tacy jak Władysław Pobóg-Malinowski czy Julian Stachiewicz, byli w naginaniu historii subtelniejsi, niż dziś historycy IPN-u albo publicyści "Gazety Polskiej" czy "Sieci". Jednak przy wszystkich różnicach pomiędzy późnosanacyjną i dzisiejszą "polityką historyczną" ich cel był ten sam. Zastąpić historyczną prawdę o sensownym wykorzystaniu geopolitycznej szansy przez wielonurtowe polityczne elity mitem o niepodległości osobiście wywalczonej przez lidera lub formację dążącą parę lat później do przejęcia państwa i pożywienia się państwem. 

Ceną mitu jest krew i męczeństwo narodu, który w mit uwierzy. O tym, że "fałszywa historia jest matką złej polityki" Polacy przekonali się w sierpniu 1944. Wychowana w micie rozbrajania Niemców w Warszawie kadra AK, a także rozentuzjazmowana młodzież wychodząca na ulice pierwszego dnia powstania w bryczesach i oficerkach, ale najczęściej bez broni - wszyscy oni wierzyli, że powtarzają malowniczą legendę zwycięskiego powstania 11 listopada 1918, za które wystarczyło zapłacić jedną kroplą krwi. Niestety, tym razem, zamiast kilku tysięcy niemieckich żołnierzy z kompanią ciężkich karabinów maszynowych, których Piłsudski i tak uważał za siłę wystarczającą do zgniecenia jakiegokolwiek zbrojnego powstania w Warszawie, Polacy mieli naprzeciw siebie dywizje Wehrmachtu i SS dysponujące bronią pancerną, ciężką artylerią i lotnictwem szturmowym. A po polskiej stronie nie było żadnego odpowiedzialnego politycznego przywódcy, który odważyłby się przeciwstawić nastrojom ulicy.

Reklama

Reklama

Reklama