Emigracja z Ukrainy ekspresowo zmienia Polskę
Po latach koszmarnego niżu demograficznego nagle w Polsce znów mieszka ponad 40 milionów osób! Masowa emigracja z Ukrainy zmienia oblicze wielu naszych miast i miasteczek. Tylko w Rzeszowie populacja miasta wzrosła o 53 proc. Dawne obawy demograficzne zastąpiły nowe. Ważne, jak się o nich publicznie rozmawia.

Przez długie lata niż demograficzny w Polsce był zmorą. Więcej osób umierało niż się rodziło. Pandemia COVID-19 dramatycznie przyśpieszyła liczbę zgonów. Przewidywalna długość życia kobiet i mężczyzn, która co do zasady rosła, raptownie uległa skróceniu. Masowa emigracja na Zachód po 2004 roku była kolejnym ogniwem łańcucha niekorzystnych zmian demograficznych. Nie bez powodu zatem martwiono się o wyludniające się miejscowości czy wysokość przyszłych emerytur.
I znów "życie" zakpiło z przewidywań ekspertów i poszło swoim torem. 24 lutego Rosja napadła na Ukrainę, a w naszym kraju niemal z dnia na dzień zamieszkało ok. 3 mln 200 tys. osób!
Opublikowano właśnie na ten temat ważny raport "Miejska gościnność: wielki wzrost, wyzwania i szanse" Centrum Analiz i Badań Unii Metropolii Polskich, który pozwala skalę gwałtownych zmian migracyjnych ujrzeć z lotu ptaka. Większość uchodźców osiedliła się w miastach. Tym samym ich ludność znienacka wzrosła - ze wszystkimi konsekwencjami. Samorządy stają na głowie, aby poradzić sobie z nowymi wyzwaniami.
Rozdzieranie polskich szat
"Nasz kraj jest już krajem ponad 40-milionowym" - zauważył Marcin Wojdat, dyrektor Centrum Analiz i Badań Unii Metropolii Polskich. Nie wiemy, jak długo się ten stan rzeczy utrzyma. Trudno powiedzieć, czy to nie jest przypadkiem nowa normalność.
W związku z raportem wybrzmiewają doraźne pretensje samorządów do rządu Prawa i Sprawiedliwości. Brak współpracy, realnej pomocy itd. - na konkretnych przykładach. W gruncie rzeczy to smutne, ale kogo to zaskakuje? Po fatalnym "Nowym Ładzie", który samorządy zapędził w finansowy kozi róg? Od dawna wiadomo, że akurat ten rząd bardzo kocha samorządy, ale raczej te, w których ta a nie inna partia dzierży władzę. Reszta musi sobie na ogół poradzić sama.
Jednak raport skłania też do spostrzeżeń w szerszym planie.
Po pierwsze, oto, zamiast o potwornym niżu demograficznym, rozmawiamy o solidarności i jej granicach. Wielu rodaków obawia się możliwych napięć pomiędzy obywatelami a imigrantami. Na forach internetowych można znaleźć uwagi o braku równości w przydzielaniu pomocy społecznej. Krytykuje się rzekome przywileje. To nonsens, albowiem - na ogół - imigranci niemal pod każdym względem znajdują się w nieporównywalnie gorszej sytuacji niż my.
Póki co zresztą większość Polaków wykazuje się przytomnym rozpoznaniem sytuacji i wielkodusznością. Z niedawnych Badań CBOS wynika, że niemal dwie trzecie (63 proc.) badanych przyznaje, że oni sami lub inne osoby z ich gospodarstwa domowego pomagają uchodźcom z Ukrainy.
Większość - nie znaczy, że wszyscy, ale tego w ogóle nie można oczekiwać!
Napięcia i słowa
Po drugie, niektórzy rodacy obchodzą temat możliwych napięć zupełnie tak, jakby nieporozumienia między ludźmi były czymś nadzwyczajnym. Tymczasem różnice zdań, odmienność zachowań czy interesów obywateli - były, są i będą.
Najważniejsze, jak się o nich publicznie opowiada. Nie chodzi o pudrowanie rzeczywistości. Wystarczy pokazać, że o tych samych zjawiskach możemy mówić różnymi językami. Nie mam wątpliwości, że zwolennicy dosadnych określeń pozostaną przy swoim. Rzecz w tym, iż obok nich w Polsce żyją osoby reprezentujące odmienną wrażliwość i one mają prawo rozmawiać o sprawie inaczej, domagać się prawa do pomagania ludziom, którzy ratują życie i zdrowie przed rosyjską agresją.
Powinniśmy także, po trzecie, rozstać się naiwnym oczekiwaniem zgody narodowej we wszystkim, w tym w sprawie przyjmowania imigrantów. We własnym państwie i w ustroju aspirującym do demokratycznego nie ma miejsca na infantylną antropologię polityczną. Nie można za bardzo denerwować się tym, że kilka procent Polaków wyłamuje się z życzliwości wobec ludzi w potrzebie.
Skoro sumienia pozwalają im spać spokojnie, to trudno - w demokracji tak właśnie będzie. Ważne, aby rozmawiać o różnicach zdań i potencjalnych źródłach napięć otwarcie. Nie zostawiać trudnych tematów ekstremistom języka.
Wreszcie ostatnia uwaga. Coraz mniej przypominamy homogeniczny PRL, coraz bardziej sytuacja wraca do polskiej normy wieloetniczności. Rocznikom wychowanym w granicach polski, "kreślonych ręką" Józefa Stalina zapewne będzie to trudniej psychologicznie znieść niż pokoleniom II RP, nie mówiąc już o I RP.
To także warto powiedzieć otwarcie.