Reklama

Reklama

Białka Tatrzańska. Seksualny atak w Termach Bania? "Pytali głównie, czy moja dziewczyna była naga"

Wołała o pomoc, ale nikt nie interweniował. Moja dziewczyna w Termach Bania padła ofiarą napaści na tle seksualnym - twierdzi Patryk i przedstawia Interii swoją wersję zdarzeń. Zgodnie z nią, obsługa ośrodka zlekceważyła atak i pozwoliła zbiec podejrzewanemu mężczyźnie, a policja interesowała się przede wszystkim, czy 26-latka w chwili zdarzenia była naga. Takim stwierdzeniom zaprzecza zarówno przedstawicielka term, jak i rzecznik zakopiańskiej komendy. Kobieta i jej partner uważają również, że pozostawiono ich samym sobie, z dala od miejsca, gdzie wykupili nocleg.

Patryk, który jest Polakiem i jego 26-letnia dziewczyna pochodząca z Niemiec odwiedzili 23 sierpnia Termy Bania w małopolskiej Białce Tatrzańskiej. W ośrodku znajdują się m.in. saunarium oraz towarzyszące mu baseny. Para postanowiła skorzystać z jednego z nich.

W pewnym momencie kobieta została na chwilę sama. Wtedy miał zjawić się przy niej obcy mężczyzna i - jak opisał Patryk - zacząć chwytać ją za pośladki. - Krzyczała, by jej pomóc, lecz wokół nie było nikogo, kto mógłby zareagować. Ostatecznie moja dziewczyna uciekła i zaczęła wołać: "Patryk, gdzie jesteś?". W międzyczasie tamten mężczyzna spokojnym krokiem wyszedł z basenu i poszedł do szatni - powiedział Interii chłopak pokrzywdzonej.

Reklama

Patryk: On miał czas, aby na spokojnie się przebrać. Nikt za nim nie poszedł

Według Patryka, zaraz po tym, jak odnalazł się z 26-latką, oboje powiadomili obsługę term o zdarzeniu i wskazali, kto dotykał kobietę. - Personel niby próbował zatrzymać tamtego mężczyznę, jednak on tak naprawdę miał czas, aby na spokojnie przebrać się, zapłacić za dodatkowe usługi, przeskoczyć przez bramkę i wyjść. Nikt nie poszedł za nim, aby chociaż spisać numery rejestracyjne samochodu - dodał.

Takiej wersji wydarzeń zaprzeczyła Terma Bania. Monika Radwańska, menedżer ds. marketingu w tej firmie, powołała się na rozmowy z zatrudnionymi, którzy tamtego dnia pełnili dyżur w saunarium. - Opisane zdarzenie z pewnością zostałoby zauważone przez pracowników obsługi, jak również innych klientów korzystających w tym czasie z obiektu. 23 sierpnia 2021 r. na terenie saunarium przebywało pięciu pracowników, którzy w przypadku zaistnienia powyższej sytuacji, podjęliby niezwłoczną interwencję - powiedziała Interii.

Jak uściśliła Monika Radwańska, Terma Bania "kategorycznie zaprzecza, żeby w saunarium rzekomo napadnięta kobieta wołająca o pomoc została pozostawiona sama sobie".

SPRAWDŹ: Krzysztof Jackowski nie kryje przerażenia. "Coś przedostanie się do powietrza"

- Z relacji pracowników wynika, że 23 sierpnia klient poinformował ratowniczkę, że jego partnerka została dotknięta w basenie przez innego klienta. O takiej sytuacji natychmiast poinformowano kierownika zmiany i wezwano ochronę. Rzekomy sprawca oddalił się z obiektu w trakcie zgłaszania incydentu, jeszcze przed przybyciem ochrony - mówiła przedstawicielka term.

Terma Bania: Rzekomo pokrzywdzona i zgłaszający incydent nie chcieli wzywać policji

Partner zaatakowanej twierdzi, że domagał się od obsługi ośrodka, by zawiadomiła policję. - Usłyszałem od pracownic, że one nie mogą tego zrobić i abym sam sobie zadzwonił. Dokładnie wtedy, gdy moja dziewczyna była roztrzęsiona i zapłakana, a telefon tkwił w szatni dwa piętra wyżej - opowiadał.

Po chwili obsługa miała przekazać Patrykowi, że jednak powiadomiła funkcjonariuszy. Para w międzyczasie przebrała się i zabrała swoje smartfony. Następnie miała czekać w ośrodku na przyjazd służb. - Zdążyła minąć godzina, a policja nie przyjechała. Doszło do tego, że musiałem sam po nią zadzwonić. Jak więc termy chronią kobiety, skoro obsługa, w obliczu potencjalnego przestępstwa, skłamała, że wezwała służby? - pytał.

Monika Radwańska skontrowała: - Rzekomo pokrzywdzona kobieta i zgłaszający incydent mężczyzna na terenie obiektu nie chcieli wzywać policji. Zaprzeczamy też, ażeby pracownicy wprowadzali klientów w błąd co do powiadomienia służb. 

Jej zdaniem policjantów prawdopodobnie zawiadomili sami klienci - czyli Patryk i jego dziewczyna - już po wyjściu z term.

Policja: Trudno zarzucać funkcjonariuszom, że dopytywali o przebieg zdarzenia

St. asp. Krzysztof Waksmundzki z zakopiańskiej Komendy Powiatowej Policji potwierdził Interii, że 23 sierpnia o godz. 22:06 funkcjonariusze dowiedzieli się o zdarzeniu w białczańskim kompleksie saun i basenów. Przekazano im, że nieznany mężczyzna, który zdążył się oddalić, miał dotykać znajomą zgłaszającego w miejsca intymne.

ZOBACZ: Tragedia na wakacjach. Nagła śmierć 37-letniej żony multimilionera

Jak zapewnił, mundurowi spotkali się na miejscu zarówno z Patrykiem, jak i z towarzyszącą mu kobietą. - Z uwagi na intymny charakter sprawy rozmawiali osobno ze zgłaszającym oraz z dziewczyną. Policjanci zostali poinformowani, że nieznajomy podpłynął do kobiety i najpierw usiłował z nią rozmawiać w języku polskim, jednak ze względu na barierę językową nie był przez nią rozumiany. Następnie złapał ją dłonią za pośladek, po czym ona - wystraszona - odpłynęła od niego, a mężczyzna wyszedł z basenu - powiedział st. asp. Waksmundzki.

Przebieg interwencji Patryk opisał nieco inaczej. - Głównie pytali się mojej dziewczyny, czy na pewno była naga. Takie pytanie padło z cztery razy - mówił.

Rzecznik zakopiańskiej policji odpowiedział Interii: - Zdaję sobie sprawę, że każde zdarzenie godzące w wolność seksualną jest szczególnie trudne dla ofiary, jednak trudno stawiać funkcjonariuszom zarzut o to, iż dopytywali o przebieg zdarzenia.

Jak przyznał policjant, "nie jest w stanie odnieść się do zarzutu, że cztery razy pytano o to, czy poszkodowana była naga". - Niemniej szczegółowe ustalenie przebiegu zdarzenia jest kluczowe dla dalszego postępowania. Ponadto funkcjonariusze rozmawiali z kobietą w języku angielskim, niebędącym ojczystym ani dla jednej, ani dla drugiej strony, więc mogło się zdarzyć, że z uwagi na barierę językową o pewne kwestie dopytywali kilkukrotnie - zauważył st. asp. Krzysztof Waksmundzki.

Rzecznik KPP poinformował, że odpowiednią dokumentację policjanci sporządzili jeszcze w Termach Bania i na jej podstawie trwają teraz czynności "zmierzające do pełnego wyjaśnienia sprawy oraz wyciągnięcia konsekwencji prawnych wobec sprawcy".

Patryk: Musieliśmy wracać autostopem. Policja nas nie podwiozła

Patryk zarzuca też policji, że po zakończonej interwencji "policjanci chcieli jechać do siebie", a on i 26-latka utknęli w Białce Tatrzańskiej. - Było bardzo późno, odjechał ostatni autobus i nie mieliśmy własnego auta. Zapytałem więc mundurowych, co mamy zrobić. Odpowiedzieli, że "mają związane ręce i żebyśmy sobie zamówili taksówkę" - zrelacjonował.

Para próbowała zamówić prywatny transport, jednak telefonu nie odebrał żaden przewoźnik. - Do naszego miejsca noclegowego, oddalonego o 30 kilometrów, wróciliśmy autostopem. Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby moja dziewczyna pojechała do Białki beze mnie? Zostałaby zapłakana pośrodku niczego, bez znajomości języka polskiego. Co gorsza, tuż po tym, jak padła ofiarą przemocy seksualnej. Czy tak wygląda system ochrony pokrzywdzonych? - mówił Patryk.

CZYTAJ WIĘCEJ: Joanna Racewicz ostro o antyszczepionkowcach

Zakopiańska policja potwierdziła: zgłaszający sugerował, aby funkcjonariusze odwieźli parę do miejsca zakwaterowania w okolicach stolicy Tatr. - Niestety w takiej sytuacji musiał się spotkać z odpowiedzią odmowną. (On i jego dziewczyna - red.) nie byli osobami zatrzymanymi czy też doprowadzanymi do jednostki policji, a tylko w takim wypadku można przewozić kogoś pojazdami służbowymi - wyjaśnił.

Krzysztof Waksmundzki zauważył również, że gdyby funkcjonariusze zgodzili się na taką "podwózkę", opuściliby rejon pełnienia służby i pojechali około 20 kilometrów w jedną stronę, pozostawiając teren podległy komisariatowi w Bukowinie Tatrzańskiej bez żadnego patrolu.

- W tej sytuacji zaproponowali pomoc w wezwaniu taksówki i podjęli jedyną decyzję, jaką mogli w takich okolicznościach. Rozumiem rozżalenie i trudną sytuację, w jakiej znalazła się poszkodowana oraz jej znajomy, niemniej policjanci nie mieli żadnego wpływu na taki, a nie inny przebieg zdarzenia. Wykonali swoje obowiązki w możliwie najbardziej profesjonalny sposób. Obarczanie ich odpowiedzialnością, jak i oskarżanie o brak empatii jest zwyczajnie nieuczciwe - podsumował rzecznik.

Terma broni pracowników. "Zareagowali prawidłowo"

Z kolei Monika Radwańska z Term Bania zapewniła, że para nie uświadomiła pracowników, iż nie dysponują autem, a co za tym idzie, mają problemy z powrotem do miejsca noclegu. Jak dodała, nagrania z monitoringu, obejmujące wyjście z saunarium oraz parking, w razie potrzeby zostaną udostępnione organom ścigania. - Samo saunarium, z uwagi na strefę nagości, nie jest objęte monitoringiem - uściśliła.

Podobnie jak policja, ośrodek stoi murem za swoimi pracownikami. - Zareagowali w sposób prawidłowy. Tym bardziej, że nie byli oni świadkami żadnej napaści na tle seksualnym - oceniła Monika Radwańska.

Jak dowiedziała się Interia w Komendzie Powiatowej Policji w Zakopanem, zdarzenia podobne do tych, jakich miało dojść w białczańskich termach - czyli ataki na tle seksualnym - w okolicy występują "incydentalnie".

Wiktor Kazanecki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy