Reklama

Reklama

"Tam, gdzie nie pomaga nikt". Dobra Fabryka rusza na pomoc uchodźcom po ukraińskiej stronie

Kiedy trafiają do Polski, najczęściej czeka na nich gorąca herbata, jedzenie, propozycje zakwaterowania. Ale nim uchodźcy z Ukrainy przekroczą polsko-ukraińską granicę, spędzają w oczekiwaniu na odprawę długie dni. W chłodzie, głodzie i poczuciu beznadziei. Dlatego czworo wolontariuszy fundacji Dobra Fabryka przedziera się każdej nocy w głąb Ukrainy, żeby dać uchodźcom to, co jest im w kolejce do Polski najbardziej potrzebne. Ciepło i nadzieję, że nie są sami.

- Fundacja Dobra Fabryka działa w 10 krajach na trzech kontynentach, regularnie odwiedzamy objętą wojną Demokratyczną Republikę Konga, działamy w największym obozie dla uchodźców w Bangladeszu, więc widoki ludzi w sytuacjach wojennych nie są nam obce. Ale nigdy nie pomyślelibyśmy, że będziemy nieść pomoc tuż obok polskiej granicy. To jest coś, co mimo ferworu działania, jeszcze nie potrafi nam się zmieścić w głowie - mówi Interii Mateusz Gasiński, prezes fundacji Dobra Fabryka. I opowiada o tym, jak od kilku dni każdej nocy przekraczają granicę ukraińską i pomagają tym, którzy czekają na ratunek.

Reklama

"Na drogę wzięła tylko ciuszki dla dziecka, gdyby urodziła"

Cel od początku był jasny: rozpoznać potrzeby ludzi i odpowiedzieć na te najbardziej palące.

- Widzieliśmy, że po polskiej stronie siatka pomocy jest dobrze zorganizowana. Polacy są bardzo gościnni, solidarni, pomoc systemowa działa. W punktach recepcyjnych, do których ludzie są przewożeni z granicy można spotkać organizacje, które przekazują ciepłe napoje. A po drugiej stronie, tam gdzie uchodźcy spędzają w kolejkach do przejścia dni i noce, pomocy brak - mówi Mateusz Gasiński, prezes fundacji Dobra Fabryka.

Pierwszym miejscem, gdzie trafili był Budomierz.

Spotkaliśmy się tam z setkami ludzi czekających na przeprawę pod gołym niebem, przy sześciostopniowym mrozie. Matki z dziećmi. Mężczyźni tulący żony i czule całujący dzieci, bo zaraz się rozstają i wracają walczyć. Niektórzy opuścili domy dwa, trzy dni temu. Ostatni etap, do samej granicy szli pieszo przez trzy godziny. Padał śnieg, ludzie byli zmarznięci, przemoczeni, więc przekazywaliśmy im koce, częstowaliśmy gorącą herbatą, dawaliśmy im suchy prowiant, batony energetyczne, coś co mogłoby ich wzmocnić w drodze do granicy. Pomogliśmy kilkuset osobom - wymienia Mateusz Gasiński, prezes fundacji Dobra Fabryka.

Historie, które tam poznali rozdzierają serce.

- Spotkaliśmy kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, trzy tygodnie przed terminem porodu, która przez trzy godziny szła do granicy i jedyne co wzięła na tę drogę, to reklamówkę z ciuszkami dla dziecka, w razie gdyby urodziła po drodze - opowiada Gasiński.

W Budomierzu pomagali jako jedyna organizacja. W kolejnych miejscach też byli sami.

Krościenko. "Kolejka aut na 40 km. Ci ludzie granicę przekroczą koło piątku"

Noc z niedzieli na poniedziałek spędzili w głębi Ukrainy na wysokości Krościenka.

- Na odprawę czeka tu ponad cztery tysiące samochodów. W autach są matki z małymi dziećmi. Niektóre chore. Potrzeby takie, jak podczas wszystkich ostatnich naszych nocnych dyżurów: ciepło - relacjonowali sytuację w mediach społecznościowych.

Kolejka czekających aut sięgała 40 km. Dobra Fabryka dojechała do jej połowy. Ludzie, których częstowali gorącą herbatą i wyposażali w koce, przeprawią się przez granicę koło czwartku lub piątku.

- Kobiety z dziećmi odprawiane są w zasadzie bez zbędnych formalności, ale przeprawę komplikuje fakt, że w praktycznie co drugim samochodzie są mężczyźni. Oni muszą udowodnić, że nie obejmuje ich obowiązek powszechnej mobilizacji i to trwa - opowiada Mateusz Gasiński, prezes fundacji Dobra Fabryka.

Wczorajsza noc, jak mówią chyba najtrudniejsza od samego początku z powodu przenikliwego zimna, to Hyrów na Ukrainie.

- W drodze do przejścia granicznego w Krościenku dostaliśmy sygnał, że cztery kilometry od granicy, po stronie ukraińskiej, utknęła w samochodzie mama z dwójką dzieci. Kobiecie zabrakło paliwa. Stoją w tym korku już od wielu godzin, nie mogą ogrzać samochodu i nie mają nic do jedzenia oprócz sucharów. Szybko zmieniliśmy plany, bo też od tego jesteśmy jako grupa interwencyjna i przywieźliśmy jej bańkę paliwa, zrobiliśmy zakupy, dostała od nas termosy z herbatą na dalszą podróż, koce. Była tak szczęśliwa, że natychmiast podzieliła się z koleżanką, która kilka samochodów dalej też stała z małym dzieckiem. Razem usiadły i pierwszy raz od kilku dni zjadły kolację - opowiada Mateusz Gasiński.

I dodaje: - Oni ze łzami w oczach mówią, że Polacy to wspaniały naród. Mam wrażenie, że czasami nawet nie spodziewają się tej naszej otwartości, tego że tak ich witamy w naszym kraju. Często nie są w stanie tak od razu zdać sobie sprawę, że to naprawdę jest bezinteresowne.

Pilnie potrzebny bus. "To ważne narzędzie naszej pracy"

Dobra Fabryka przemieszcza się w głąb Ukrainy busem użyczonym im przez siostrę Małgorzatę Chmielewską.

- To jest bardzo ważne narzędzie naszej pracy. Wczoraj z tym busem mieliśmy w ogóle kłopot, bo wysiadło nam ogrzewanie i to jest pilna spawa, bo to auto służy nam też do tego, żeby ogrzać spotkanych ludzi. Żeby mogli sobie usiąść w cieple, wypić herbatę, coś zjeść. Musimy ten problem ogarnąć jeszcze przed wyjazdem na kolejny dyżur. Docelowo szukamy busa, który służyłby nam do takich zadań specjalnych na dłużej - mówi prezes.

Perspektywy na kolejne noce?

- Zostaniemy tu tak długo, jak tylko będzie trzeba. Z godziny na godzinę potrzeby się zmieniają, nie mamy pojęcia, gdzie będziemy jutro w nocy. Ale zawsze jesteśmy gotowi pojechać tam, gdzie najbardziej nas potrzeba - mówi Mateusz Gasiński.

Kiedy oddaję tekst do redakcji, Dobra Fabryka przygotowuje się właśnie do kolejnej nocy na granicy. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy