Reklama

Reklama

Powrót do szkół wpłynie na pandemię? Jest pomysł: Regionalizacja

Uczniowie w poniedziałek wrócili do nauki stacjonarnej. - Można było z tym poczekać - mówi w rozmowie z Interią prof. Joanna Zajkowska, ekspertka w dziedzinie chorób zakaźnych. Powołuje się na prognozy i wskazuje, że powrót ten może wpłynąć na rozwój pandemii. Apeluje, aby szczepić dzieci. Wskazuje też, jak pomocne byłoby regularne testowanie uczniów. Przedstawia jeszcze jeden pomysł: regionalne wprowadzanie nauki zdalnej. - Sytuacja pandemiczna różni się w poszczególnych województwach. Powinniśmy wziąć to pod uwagę - mówi prof. Zajkowska.

Nauka zdalna zgodnie z rozporządzeniem ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka została wprowadzona na okres od 20 grudnia do 9 stycznia 2022 roku. W poniedziałek 10 stycznia do nauki stacjonarnej w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych wróciło ponad 4,5 mln uczniów

Rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz poinformował w poniedziałek, że dzięki trzytygodniowej przerwie świątecznej ogniska zakażeń w szkołach zostały ograniczone do 700 z około 3 tysięcy. - To jest obraz tego, jak przez te trzy tygodnie udało się ograniczyć transmisję (wirusa - red.) - powiedział.

Reklama

Nauczyciele: Trudno o reżim sanitarny

Nauczyciele w rozmowie z Interią wskazują jednak, że obawiają się tego, co mogą przynieść najbliższe dni. W ich ocenie reżim sanitarny to fikcja. - Bezpieczniej czuję się w domu, tym bardziej, że naprawdę nie mamy narzędzi prawnych by "zmusić" uczniów do noszenia maseczek - mówi Lidia, nauczycielka j. angielskiego z woj. mazowieckiego.

Aleksandra, nauczycielka z Kwidzyna (woj. pomorskie): - Nie czuję ani bezpiecznie, ani komfortowo - połowa uczniów nie nosi maseczek, a my ciągle musimy się o nie upominać. Nawet przed chwilą miałam bardzo niemiłą rozmowę z uczniem, który w bardzo nieprzyjemny sposób odmówił założenia maseczki.

Dorota Kujawa-Weinke, nauczycielka z Elbląga: - Jestem rozdarta. Z jednej strony widzę, jak moje dzieci straciły społecznie, jak wycofały się z kontaktów z rówieśnikami, jak zatracają potrzebę kontaktu z człowiekiem i czasem trudno odnajdują się w sytuacjach wymagających interakcji z drugą osobą. Z drugiej strony widzę dzieci przychodzące do szkoły bez maseczek, z hasłami antyszczepionkowymi na ustach, z zakazem dezynfekcji rąk i mam obawy o zdrowie moje i najbliższych. Zawsze życie będzie najwyższą wartością, więc raczej byłabym za zdalnym.

"Można było poczekać"

Prof. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, ekspertka w dziedzinie chorób zakaźnych, w rozmowie z Interią wskazuje: - Można było poczekać z powrotem do stacjonarnej nauki mając obecne prognozy dotyczące rozwoju pandemii w Polsce.

Liczba wykrywanych przypadków zakażeń może bowiem wzrosnąć ponad dziewięciokrotnie do końca stycznia - wynika z modelu opracowanego przez grupę MOCOS działającą przy Politechnice Wrocławskiej.

Siedmiodniowa średnia liczba zdiagnozowanych zakażeń w Polsce może odnotować gwałtowny wzrost po drugim tygodniu miesiąca. 14 stycznia średnia z modelowań wzrośnie z poziomu ok. 12 tys. zakażeń do średniej ok. 16 tys. zakażeń. Będzie to początek piątej fali pandemii - następne dni to wzrosty średniej o kilka tysięcy przypadków.

Prof. Zajkowska komentuje, że "przez wariant Omikron będziemy mieć niebawem wybuch zakażeń, w których duży będzie udział zachorowań wśród dzieci". - To grupa, która niestety nie jest zaszczepiona na właściwym poziomie i do tego ma dużo kontaktów z innymi. Oznacza to, że ogniska szkolne będą przenosić się na ogniska domowe, a to znacząco wpłynie na rozwój pandemii - wyjaśnia.

Zdalne nauczanie w poszczególnych województwach

- Nauka stacjonarna w całym kraju nie jest obecnie najlepszym wyjściem - dodaje ekspertka.

- Sytuacja pandemiczna różni się w poszczególnych województwach. Powinniśmy wziąć to pod uwagę i wprowadzić naukę zdalną regionalnie w tych obszarach, gdzie już jest widoczny znaczny wzrost zakażeń - proponuje prof. Zajkowska.

Według danych przekazywanych przez Ministerstwo Zdrowia najwięcej zakażeń koronawirusem odnotowuje się w ostatnim czasie w woj. mazowieckim, małopolskim i śląskim.

Ekspertka wskazuje jednocześnie, że reagować należy szybko, gdy tylko ten wzrost zaczyna się pojawiać - nie w momencie, gdy w danym regionie dojdzie do szczytu zachorowań na COVID-19. Wtedy na zaproponowane rozwiązanie będzie już za późno.

Testy i szczepienia

Zdaniem prof. Joanny Zajkowskiej dobrym rozwiązaniem są też testy. - One powinny zostać dostarczone do szkół, aby uczniów systematycznie, raz w tygodniu, testować. Jest to rozwiązanie praktykowane w innych krajach i zdaje egzamin - zauważa ekspertka.

- Potrzebne nam jest ostrzejsze podejście do testowania, ale także do szczepień. Wiemy, że szczepienia są dla dzieci bezpieczne, zatem korzystajmy z nich. Przydatne byłoby również rozwiązane, w którym dyrektor miałby możliwość sprawdzenia, kto z kadry i uczniów jest zaszczepiony, a kto nie. To powinno być dopuszczone od dawna, bo daje wiedzę na temat sytuacji epidemicznej w danej szkole. Pozwala prognozować, na jakie ryzyko jesteśmy narażeni w przypadku wzrostu zachorowań. Te informacje, gdyby były jawne, wiele by ułatwiły - podkreśla prof. Zajkowska.

- Jest też oczywiście druga strona medalu podnoszona przez niektórych nauczycieli, rodziców, a także polityków, którzy wskazują, że proces edukacyjny nie przebiega tak jak powinien podczas zdalnego nauczania. Nie każdy jest za taką formą uczenia się i jest to zrozumiałe. Trzeba jednak zrobić wszystko, aby nie dopuścić do wysokich wzrostów zakażeń w najbliższych tygodniach. Jeśli zamknięcie szkół, nawet regionalnie, mogłoby pomóc, należy to koniecznie brać pod uwagę - podsumowuje.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje