Reklama

Ginekolożka: Ciężarne mają dziś w sobie więcej lęku niż radości

Ginekolożka, zdj. ilustracyjne /AFP

W Polsce pogłębia się kryzys demograficzny. Z najnowszych danych CBOS wynika, że aż 68 proc. Polek w wieku 18-45 lat nie ma planów prokreacyjnych. O tym, dlaczego kobiety nie rodzą dzieci rozmawiamy z dr Anną Parzyńską, ginekolożką znaną na Instagramie jako Doctor Ashtanga. - Pacjentki, które decydują się na dziecko przeżywają ciążę dużo mniej radośnie niż kiedyś, jest w nich o wiele więcej lęku i obaw zarówno dotyczących zdrowia płodu, jak i zaufania do lekarzy. Boją się, czy jeżeli dziecko będzie miało wady, to lekarz ich nie okłamie. Radość z tego, że są w ciąży przeradza się w czekanie od badania do badania w obawie o to, co usłyszą - mówi.

Paulina Sowa, Interia: Jakie są najczęstsze problemy zdrowotne kobiet z zajściem w ciąże?

Dr Anna Parzyńska, ginekolożka: - Wśród najczęstszych problemów pojawia się zespół policystycznych jajników, endometrioza, ale też problemy z hormonami, które mogą odbijać się na układzie rozrodczym. Pacjentki mają np. rozchwianą tarczycę i w związku z tym pojawiają się zaburzenia miesiączkowania, co rzutuje na owulację. Częste są też przypadki problemów z prolaktyną. Na gospodarkę hormonalną wpływają również zaburzenia odżywiania, które mogą prowadzić do zaniku miesiączki. Tu najczęściej mamy do czynienia z anoreksją. W połowie przypadków nie jesteśmy jednak w stanie wyjaśnić medycznie, jaka jest przyczyna niepłodności. Pacjentki i ich partnerzy są przebadani od góry do dołu, a nie znajdujemy nic i nie jesteśmy w stanie postawić diagnozy.

Reklama

Powodem może być niewłaściwy styl życia? Podobno dużo siedzi w głowie...

- Oczywiście, że tak. To, że nie znajdujemy medycznej przyczyny nie znaczy, że jej nie ma. Styl życia bardzo wpływa na nasze zdrowie somatyczne i psychiczne, więc jak najbardziej może mieć wpływ na problemy z zajściem w ciążę.

A te problemy zdrowotne zmieniły się na przestrzeni lat?

- Dawniej rzadko diagnozowano np. endometriozę. To choroba, która wcześniej była bagatelizowana, pacjentki żyły latami w bólu i mówiono im, że to normalne, bo "mamę też bolało". Miały problemy z zajściem w ciążę, ale nie łączono ich z bólem. Dzisiaj często stawia się taką diagnozę.

Ile średnio pary starają się o dziecko?

- To zależy od wieku kobiety. Do 35 roku życia pacjentka powinna zajść w ciążę po roku intensywnych starań - stosunki powinny odbywać się dwa, trzy razy w tygodniu. Jeśli się nie uda, to potrzebna jest diagnostyka. Zaczynamy zwykle od skierowania mężczyzny na badanie nasienia, które jest najlepszym miernikiem męskiej płodności. Jeśli tutaj mamy jakiś problem, to są metody, żeby jakość spermy poprawić. Jeśli jednak seminogram wychodzi prawidłowo, to zaczynamy diagnozować kobietę. Po 35 roku życia dajemy pacjentce pół roku starań na naturalne zajście w ciążę, a po 40-stce właściwie od razu proponujemy zabieg in vitro. W tym wieku płodność kobiety spada, a marnowanie czasu na wielomiesięczną diagnostykę zmniejsza szansę na posiadanie potomstwa.

Rok nieudanych starań oznacza niepłodność?

- Tak, po takim czasie starań możemy mówić o niepłodności, ale jej przyczyny mogą być odwracalne. To, że przy pierwszym dziecku kobieta miała problemy z zajściem w ciąże nie oznacza, że mamy jej przykleić łatkę niepłodności. Jeśli miała problemy z tarczycą, ale je wyregulowała, to przy staraniach o drugie dziecko może nie być żadnych trudności. Patrząc statystycznie, to około 90 procent par w pierwszym roku starania zachodzi w ciążę.

Czyli niepłodność jest uleczalna.

- Niepłodność to przede wszystkim bardzo złożony termin, bo jej przyczyn może być wiele. Mam koleżankę lekarkę, która przebadała się od stóp do głów, wszystko było dobrze, ale nie mogła zajść w ciążę. Była po dwóch nieudanych zabiegach in vitro i przeszła na dietę wegańską. Przed trzecim zabiegiem zrobiła test i okazało się, że jest w ciąży. W drugą ciążę zaszła bez większego problemu, utrzymywała tę dietę, która ostatecznie stała się jej stylem życia. Nie chcę, żeby to zabrzmiało tak, że dieta wegańska leczy wszystkie bezpłodne pary, ale być może u niej akurat coś było na rzeczy i tą płodność podkręciła. My, kobiety, jesteśmy mądrym stworzeniem i z jakiegoś powodu organizm nam mówi, że nie da rady zajść w ciążę, nie jest na to gotowy, ale jak stworzymy mu lepsze warunki to ta ciąża się zdarzy.

A zdarza się, że kobiety mówią wprost w gabinecie, że nie chcą mieć dzieci?

- Ja nie jestem typem lekarki, która mówi, że zegar tyka i zaraz będzie za późno. Nie udzielam złotych rad. Kobiety nie mają powodu, by mi się tłumaczyć. Pytam czy były w ciąży i czy mają dzieci. Częściej zdarza się, że słyszę że chcą mieć dzieci, ale nie wychodzi.

Badania wskazują jednak, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. W 2017 roku urodziło się ponad 400 tys. dzieci, a w 2021 niewiele ponad 330 tys. Wstępne dane za 2022 rok pokazują, że liczba ta będzie jeszcze niższa. Z najnowszych danych CBOS wynika też, że aż 68 proc. Polek w wieku 18-45 lat nie ma planów prokreacyjnych. Musi być tego jakiś powód.

- Rozmawiam o tym z wieloma dziewczynami, ale niekoniecznie w gabinecie. Sporo pisze do mnie na Instagramie, dyżurowałam też pod telefonem zaufania Fundacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny i tam wielokrotnie słyszałam, że kobiety nie czują się bezpiecznie w Polsce po zmianie prawa aborcyjnego. Boją się, że jeżeli będą w powikłanej ciąży, to lekarz na pierwszym miejscu postawi płód, a nie ich dobro i życie. Mieliśmy już takie przypadki, o których było głośno i one na pewno nie zachęcają do zachodzenia w ciążę. Część kobiet oficjalnie mówi, że żyjemy w kraju, w którym mamy bardzo mało do powiedzenia, więc jak mają decydować się na dziecko, nie mogąc decydować o swoim ciele? Kobiety mówią też, że nie chcą wychowywać dziecka w tak nietolerancyjnym kraju, posyłać do szkoły zarządzanej przez profesora Czarnka... To są główne powody, dla których liczba deklaracji jest mniejsza. Pacjentki, które decydują się na dziecko przeżywają ciążę dużo mniej radośnie niż kiedyś, jest w nich o wiele więcej lęku i obaw zarówno dotyczących zdrowia płodu, jak i zaufania do lekarzy. Boją się, czy jeżeli dziecko będzie miało wady, to lekarz ich nie okłamie. Radość z tego, że są w ciąży przeradza się w czekanie od badania do badania w obawie o to, co usłyszą.

Wolą nie próbować zajść w ciążę, niż ryzykować?

- Myślę, że tak. To dotyczy często kobiet, które mają już jedno dziecko i myślały o rodzeństwie dla niego, ale boją się ryzykować. Rzadziej będą tak podchodziły pacjentki, którym marzy się to pierwsze dziecko. One bardziej świadomie podejdą do wyboru lekarza. Ja mam grono takich pacjentek, które otwarcie mówią "przyszłyśmy do pani, bo wiemy, że usłyszymy prawdę". Zdecydowanie zmiana prawa aborcyjnego nie sprzyja prokreacji.

Czytaj także: Mec. Jolanta Budzowska: Nie wiem, co siedziało w głowach lekarzy

Pierwszym z takich głośnych przypadków w Polsce była śmierć pani Izabeli z Pszczyny. Co się zmieniło po tej tragedii?

- Spadło zaufanie do lekarzy i personelu medycznego. Kobiety zaczęły myśleć, że płód, nawet taki który nie ma szans na przeżycie, zawsze będzie stawiany przez lekarzy na pierwszy miejscu. Boją się też, że nie zostanie im udzielona pomoc, tak jak stało się w przypadku pani Izy. To jest bardzo duży cios dla medycyny, szczególnie prenatalnej, która wielokrotnie była w stanie pomóc dzieciom z wadami. Nie każda wada płodu, jest letalną, są sytuacje w których możemy podjąć leczenie wewnątrzmaciczne, ale to wszystko musi bazować na relacji lekarz-pacjent opartej na zaufaniu.

Teraz go brakuje?

- Często rozmawiam z lekarzami i mam niestety smutne wnioski. Wielu z nich woli nie robić badań prenatalnych, unikać tematu. Mówią pacjentce, że powinny mieć wykonane takie badania, ale kierują ją do kogoś innego. W momencie kiedy pojawia się odpowiedzialność karna, to ta moralna spada. Z mojego punktu widzenia wynika, że jeżeli ktoś porządnie prowadzi dokumentacje, to wszystko jest w stanie uzasadnić medycznie i pomóc pacjentkom w ciążach z wadami letalnymi. Ja kieruje je na konsultacje psychiatryczne, bo one w 99 procentach faktycznie wykazują zaburzenia. Nie ma się co dziwić - te kobiety dowiadują się, że noszą w sobie płód, który umrze. Tylko sobie wyobrażam, co muszą czuć. Nie zdarzyło mi się, żeby psychiatra nie wystawił zaświadczenia takiej pacjentce. Zmiana prawa aborcyjnego wcale nie zmienia liczy aborcji, ale utrudniła jej przeprowadzenie.

Na jaką drogę dziś decydują się kobiety?

- Jeżeli chodzi o niechciane ciąże to rzadko idą do lekarza. Zwykle zgłaszają się do organizacji takich jak Aborcja Bez Granic czy FEDERA. Tam mogą bezpiecznie i anonimowo porozmawiać i uzyskać pomoc. Najbezpieczniejszą formą jest aborcja farmakologiczna. Jeżeli kobieta zgłosi się w stosunkowo niskiej ciąży, to może zamówić tabletki przez internet i zażyć je w domu. Trzeba jednak uważać na źródło, bo wysyłane są bez opakowania. Taka aborcja jest nie do wykrycia przez lekarza, kobieta może przyjść po wszystkim do gabinetu i powiedzieć, że miała krwawienie i chciała sprawdzić czy wszystko w porządku, bo była w ciąży. Do mnie trafia dużo pacjentek, które mówią "byłam w ciąży i zastosowałam tabletki dwa tygodnie temu, jeszcze trochę krwawię i chciałbym to sprawdzić", ale są też takie, które to ukrywają i dopiero w dłuższej rozmowie decydują się powiedzieć. Nie wszystkie kobiety wiedzą, że aborcja w Polsce nie jest nielegalna.

Kobiety obawiają się, że za wykonanie w Polsce aborcji trafią do więzienia?

- A tak nie jest. Nielegalne jest przeprowadzenie zabiegu przez lekarza, czy kupienie kobiecie tabletek. To osoby, które współuczestniczą w aborcji mogą być skazane, ale sama kobieta która jej dokonuje, nie jest karana. Można przyjść do gabinetu i oficjalnie powiedzieć, że zażyło się tabletki i było to poronienie farmakologiczne. Nikt nikogo nie może wtedy zgłosić ani oskarżyć. Większość kobiet jednak nie przychodzi, bo się boi.

Dużo jest poronień?

- Jedna na pięć ciąż roni się naturalnie i nie mamy na to wpływu.

Na Instagramie obserwuje panią ponad 30 tys. osób. Mówi tam pani otwarcie o trudach macierzyństwa, w jednym z postów pisze pani o "odczarowaniu cudu narodzin, który nie składa się tylko z uśmiechów, małych stópek, pachnącej dupci i tryskającej szczęściem mamy. Ale jest też ból dupy, cycków i innych rzeczy, bardzo indywidualnych". Po co to pani robi?

- Nie po to, żeby kogoś odwodzić od posiadania dziecka, bo tak jak wszystko w życiu ciąża i połóg mija, ale uważam, że łatwiej jest kobiecie przez to przejść, jeśli wie, że nie jest sama i takie rzeczy się dzieją. Pacjentki często o czymś nie mówią, bo boją się, że jeśli nie jest kolorowo to ich wina, że są złymi matkami. Są takie, które przez wiele lat się starały i po którymś zabiegu in vitro wreszcie się udało, ale ciąża, poród i połóg okazały się tak trudne, że zaczęły wątpić, czy to była dobra decyzja. A takie chwile zwątpienia nie są odosobnione i dobrze, żeby wiedziały, że to dotyka wiele kobiet. Dzisiaj już częściej mówią o tym, że miłość do dziecka nie pojawiła się od razu, nie było fajerwerków i skowronków, tylko przygnębienie. To nie jest nic złego. Każda z nas ma różne doświadczenia, ale każda jest najlepszą matką. Ja myślałam, że najgorszy będzie dla mnie poród, a to połóg był hardcorowy. Wszystkie mamy jakieś oczekiwania i ja mimo że sądziłam, że świadomie do tego podchodzę, to nie było mi łatwo.

A jest pani przecież ginekolożką i ma całą te wiedze, której tak wielu kobietom brakuje.

- Dokładnie tak, ale wszystko się zmienia, kiedy lekarka staje się pacjentką. Mi łatwo jest zebrać objawy u innych kobiet i dać skierowanie np. do psychiatry. Ja sama się diagnozowałam i nie wiedziałam, czy już jest źle czy powinnam jeszcze poczekać. Po około czterech tygodniach od porodu skonsultowałam się i dostałam leki, po których było zdecydowanie lepiej. Trzeba głośno mówić o tym, że nie musimy ze wszystkim radzić sobie same, możemy podzielić się problemami. W ciąży jesteśmy na świeczniku, a potem w połogu spycha się nas na dalszy plan. Brakuje czasu na umycie zębów, nie mówiąc już o wizycie u specjalisty, szczególnie psychiatry. Tymczasem depresja często dotyka kobiety po porodzie i trzeba to traktować jako chorobę. Jedne kobiety chorują na depresję, inne na nowotwór. Żadne nie są gorsze i wszystkim należy się opieka i pomoc. 

Czytaj: Barbara Socha: Rozumiem, że kobiety się wkurzyły 

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: paulina.sowa@firma.interia.pl

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy