Reklama

Reklama

Czy szczepić się rosyjskim "Sputnikiem V"?

Gdy w październiku 1957 roku w Warszawie trwały zamieszki uliczne po uderzeniu władz w media, na orbitę okołoziemską wyniesiony został pierwszy w historii ludzkości sztuczny satelita. Wówczas członkowie KC PZPR posłuszni Moskwie, opętani narzucaniem jednej wizji świata, zawieszali "Po Prostu". Tymczasem sam Związek Radziecki wkraczał w nowy etap obecności człowieka w kosmosie. Przypominający kulę z pajęczymi nogami "Sputnik" miał służyć przenoszeniu głowic atomowych. Rozpoczął się nowy wyścig zbrojeń i podbój kosmosu przez człowieka. "Ameryka dostała po nosie" - notowała w dzienniku Maria Dąbrowska.

Latem ubiegłego roku prezydent Władimir Putin ogłosił "wystrzelenie" w świat innego sputnika. Ogłoszono narodziny pierwszej na świecie szczepionki przeciwko SARS-CoV-2. Entuzjazm był umiarkowany. Wobec dokonań współczesnej Rosji na takich polach, jak produkcja "fake newsów" oraz częstowanie "nowiczokiem", reakcje na sukces musiały być powściągliwe. "Wierzyć czy nie wierzyć?" - pytano na różne sposoby.

Jednakże niedawno opublikowano w prestiżowym, brytyjskim "Lancecie" artykuł, z którego wynika, że "Sputnik V" ma być szokująco skuteczny - bo aż w ponad 91 procentach! W mediach różnie reagowano na to doniesienie. W polskich relacjach na temat artykułu rzucały się w oczy dodawane przez autorów ostrożne sformułowania: "jeśli wierzyć publikacji", "to opinia Rosjan". Apelowano też, aby do wyników podchodzić "z rezerwą".

Reklama

Jednocześnie dowiedzieliśmy się, że Victor Orbán żadnego dystansu do rosyjskich szczepionek nie zachował. I bez ceregieli nabył dla Węgrów bodaj 2 miliony dawek.

"Ruskie" szczepionki

- Komu wierzyć w sprawie szczepionek? - łagodnym głosem zapytał mnie znajomy, którego namiętności są dalekie od bieżącej polityki polskiej.

W natłoku informacji, półprawd i ordynarnych kłamstw to sprawa podstawowa. Niedawno w "Financial Times" jeden z komentatorów załamywał ręce nad tym, że, z jednej strony, w świecie nauki trwa szalony wyścig, by metodą prób i błędów jak najszybciej zatrzymać pandemię.

Z drugiej jednak strony, pomiędzy producentami szczepionek rozpoczęła się globalna walka informacyjna, włącznie z dyskredytowaniem konkurentów w odniesieniu do konkretnych rynków zbytu. W tej polityczno-medialnej atmosferze wszelkie potknięcia naukowców, rzecz wydawałoby się zupełnie normalna, w oczach zdezorientowanych laików przekładają się na podrywanie autorytetu badaczy. Pytamy po prostu, "czego się chwycić".

Spod wzburzonych niepewnością debat wypływają stereotypy narodowe. Nie trzeba chyba dodawać, jakie na polskich forach internetowych padają odpowiedzi na pytanie, czy wolelibyśmy szczepionki brytyjsko-szwedzkie, czy rosyjskie.

Na myśl o wstrzyknięciu osiągnięć rosyjskiej nauki pod polską skórę przed oczami rodaków stają różne obrazy. Od rozbiorów i caratu poprzez Stalina i Polskę Ludową aż po eksplozję reaktora w serialu "Czarnobyl" i katastrofę smoleńską. 200 lat wytworzyło tęgie pokłady stereotypów. Już Adam Jerzy Czartoryski notował na temat własnej nerwicy porozbiorowej: "pamiętam, iż w kraju i za granicą nie mogłem w owych czasach spotkać Moskala i spojrzeć na niego, żebym natychmiast nie uczuł, że twarz mi się mieni, że blednieję i czerwienieję na przemiany. Tak mi się krew burzyła na sam widok jednego z tych, których wszystkich miałem za sprawców nieszczęść kraju naszego". W XXI wieku wielu rodaków zareagowało w sieci podobnie na wieść o "Sputniku V".

Co ciekawe, lista węgierskich urazów do Moskwy nie jest krótka. A jednak Orbán bez oglądania się ani na przeszłość, ani na inne kraje europejskie zainwestował w rosyjskie szczepionki. W tym samym czasie polskie Ministerstwo Zdrowia - walcząc z ich niedoborem - "zwala odpowiedź na Unię". I stwierdza, że dopiero po zajęciu stanowiska przez Europejską Agencję Leków (European Medicines Agency) możliwe będzie "przekazanie szczegółowego stanowiska w sprawie zakupu szczepionki".

Węzeł konfliktów

Sytuację sanitarnego wyboru dodatkowo gmatwają bieżące sprawy. O sprawie Nawalnego nie trzeba przypominać. Dopiero co przy okazji (nie)sławnej konferencji Josepa Borrella w Moskwie wyrzucono trzech dyplomatów, szwedzkiego, niemieckiego oraz naszego. Napięcie dokoła finalizowanego gazociągu "Nord Stream 2" wyłącznie rośnie. I tak dalej.

Czy w takich warunkach można "po prostu" nabyć "Sputnik V"?

A może należy dyplomatycznie rozdzielić te sprawy, jak czyni to choćby Berlin?

Tu łatwo o zarzut politycznej niekonsekwencji w postępowaniu wobec Moskwy. Takie oskarżenie postawił w ubiegłym tygodniu z kolei komentator z konserwatywnego "Spectatora". Brytyjski autor podkreślał, że jest szczytem hipokryzji oddzielanie w imię doraźnych interesów gospodarczych sprawy sankcji, zatrzymania Nawalnego, "Nord Stream 2" oraz "Sputnik V".

Czy polski rząd będzie skłonny do rozdzielenia tych spraw i podążenia, jeśli nie drogą Merkel, to choćby drogą Orbána?

Powiedziałbym, że nie. Niemniej od czasów Romana Dmowskiego wiemy, że część naszego społeczeństwa, która głośno bije w "narodowy" bęben, potrafi wykazywać się zdumiewającą elastycznością wobec Wschodu. Równą chyba ostatecznej nieskuteczności takiej polityki.

Suwerenność szczepionkowa

W aktualnym zamieszaniu szczepionkowym jedno jest jednak pewne: w 1957 czy 2020-2021 to własne "sputniki" pozostają dowodem prawdziwej suwerenności.

Tym razem chodzi o zapewnienie obywatelom bezpieczeństwa sanitarnego. Ono w XXI wieku domaga się ustawienia polityki na adekwatnych podstawach. Od miesięcy Francuzi rwą włosy z głowy i czerwienią ze wstydu, że to nie renomowany "Institut Pasteur" wyprodukował jedną z pierwszych szczepionek. Pytają o niepodległość sanitarną. Dwoją się i troją, by wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.

Tymczasem niektórzy politycy w Polsce zamiast wyciągać z tego wnioski i ponad podziałami budować solidarność wobec pandemii, wolą... "sprytnie" podnosić punktacje czasopism naukowych czy obalać mass media, których przekonań nie podzielają czy nie lubią.

Mentalnie owi "mężowie stanu" znajdują się w okolicach roku 1957, a może i dawniej. W każdym razie żyją, jak gdyby nadal w zależnym kraju, w którym nie cierpi się rodaka za to, że "śmie myśleć inaczej", próbuje wznosić w polskiej nauce ideologiczne wsie potiomkinowskie czy poświęca cenną energię na kombinowanie, jak tu osłabić niecierpiane przez siebie gazety, radia i telewizje.  

"Terror nierozumu" ma się dobrze, by posłużyć się sformułowaniem Maurycego Mochnackiego. Wysoko wzbija się tylko kurz jałowych walk. Nowe "sputniki" powstały zaś gdzie indziej.

***

Jarosław Kuisz - Kultura Liberalna, Uniwersytet Warszawski. Wydał ostatnio książki: "Koniec pokoleń podległości" oraz "Propaganda bezprawia".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy