Reklama

Reklama

Pomarańczowy strój zmienił na zielony. Adam nie żałuje tej decyzji. Do Polski nie planuje wracać

Adam wysiadł z karetki i wszedł na oddział ratunkowy. Mijało 33 godzin dyżuru. Spojrzał na tłum ponad stu oczekujących na pomoc pacjentów. Coś w nim pękło. Cztery miesiące później z lotniska w Manchesterze odbierał go przedstawiciel brytyjskiego pogotowia ratunkowego. Pomarańczowy strój nie był już mu potrzebny. Zmienił go na zielony.

Życie Adama Stopy od najmłodszych lat kręci się wokół ratownictwa. Już jako uczeń technikum jeździł na zawody z pierwszej pomocy. Gdy tylko skończył 18 lat, wstąpił do Grupy Ratownictwa Specjalnego Polskiego Czerwonego Krzyża. Poszedł do szkoły policealnej uczyć się ratownictwa medycznego, później na studia pielęgniarskie. Już w ich trakcie zaczął pracę jako ratownik medyczny w oddziale ratunkowym jednego z pomorskich szpitali.

Reklama

- Początki jeszcze były w porządku - wspomina Adam w rozmowie z Interią. Stawka? 17 zł za godzinę na kontrakcie. - Wszystko to jakoś pracowało, do momentu, aż musiałem zacząć opłacać duży ZUS. Spędzałem wtedy średnio 280 godzin miesięcznie na dyżurach. I mimo szczerych chęci, mimo "zamieszkania" w pracy, budżet się nie dopinał - opowiada.

3,5 tys. zł. Tyle zarabiał miesięcznie. Opłacić musiał mieszkanie i działalność gospodarczą, niewiele zostawało na życie. Pracował więc jeszcze więcej. Ponad normę i ponad swoje siły. - Raz przepracowałem 333 godziny w miesiącu. Byłem tą gonitwą zmęczony. Tak zmęczony, że często nie mogłem jasno myśleć - przyznaje Adam.

- Na moje zmęczenie, poza warunkami finansowymi, wpływały też warunki samej pracy. SOR przyjmował od 80 do 130 pacjentów w ciągu doby. Personelu było łącznie maksymalnie 13 osób. Codziennie czekała nas masa pracy, a kadry cały czas brakowało - mówi ratownik medyczny.

"Coś we mnie pękło"

Adam dokładnie pamięta dzień, w którym stwierdził, że to koniec. - Skończyłem 12 godzin pracy w karetce, później miałem dyżur na oddziale ratunkowym. Mijało 33 godzin na nogach. Spojrzałem na tłum ludzi, który czekał na pomoc. Coś we mnie pękło, stwierdziłem, że to nie na moje siły. Mimo że byłem młody, gniewny, nie chciałem już dłużej tego ciągnąć - opowiada.

I dodaje, że alternatywa znalazła się bardzo szybko. - Po czterech miesiącach od tego pamiętnego momentu byłem już odbierany z lotniska w Manchesterze przez przedstawiciela brytyjskiego pogotowia ratunkowego - zdradza nam Adam. Do dziś pracuje w tym miejscu.

- Dopiero tutaj zrozumiałem, co to znaczy normalność. Wcześniej tego nie znałem. Zmiana była uderzająca - przyznaje.

Tak wygląda normalność

- Moje dyżury trwają maksymalnie 12 godzin. 7 zaczynam, 19 kończę, wyłączam radio i niczym się nie przejmuję. Nie mam takiego obciążenia, co będzie, jeśli ktoś mnie nie zmieni. Czy będzie miał kto zająć się pacjentami? Zawsze ma kto się nimi zająć - opowiada.

Adam pracuje na etat, nie, jak w Polsce, na kontrakcie. Pracuje 140 godzin w miesiącu, czyli dwa razy mniej niż w Polsce. - Nadgodziny są dodatkowo płacone. Bez nadgodzin zarabiam 10 tys. zł miesięcznie. Z nadgodzinami nawet 15 tys. złotych - zdradza ratownik medyczny.

- Poza tym, jest to praca wdzięczna. Z pacjentami z innym podejściem. Zakładam zielony mundur i jestem funkcjonariuszem publicznym. I czuć to na każdym kroku. Nawet mijając sąsiadkę słyszę "Dzień dobry panie oficerze!". Pacjenci szanują nas i naszą pracę - podkreśla ratownik medyczny.

W jego ocenie medycy w Polsce są traktowani w sposób fatalny. - Pacjenci są często roszczeniowi, a nawet agresywni. To nie tylko agresja słowna, ale także fizyczna. Pracując cztery lata w Wielkiej Brytanii trzy razy zdarzyło się, że ktoś mnie zwyzywał. Z przemocą nie zetknąłem się ani razu. W Polsce było to na porządku dziennym - mówi nam Adam.

Pandemia oczami brytyjskiego ratownika

Pytamy jeszcze Adama: co myśli, gdy czyta o walce polskich medyków z pandemią. Odpowiada: - To są momenty, w których nie żałuję, że wyjechałem. Wtedy wiem, że nie chcę wracać.

- W Wielkiej Brytanii nie było problemu z dostępem do środków ochrony osobistej. Używamy dwóch poziomów zabezpieczenia - podstawowy to maseczka chirurgiczna, przyłbica, okulary, fartuch. To minimum, w którym odwiedzamy pacjenta. Natomiast, jeśli istnieje wysokie ryzyko zakażenia koronawirusem, to ubieramy się jeszcze w białe skafandry i specjalistyczne maski z aparaturą filtrującą powietrze. Tu czuję się bezpiecznie. W Polsce nie wiem, czy tak by było - ocenia.

Kolejek karetek czekających na szpitalnych podjazdach też na Wyspach nie ma. - Szpitale są u nas zobowiązane do płynności. Czekanie osiem godzin jest niedopuszczalne, zresztą tutaj typowy szpital miejski na sali reanimacyjnej ma od 8 do 13 stanowisk. W szpitalu, w którym pracowałem w Polsce, na sali były dwa takie stanowiska. Przepaść - komentuje.

- Brytyjskie pogotowie ze względu na obecną sytuację związaną z pandemią ma specjalne, dodatkowe wsparcie. Pomagają nam zespoły kolumny transportowej, wojsko, a nawet wolontariusze udzielający pierwszej pomocy przed przyjazdem pogotowia. Cała gama ludzi pracuje na to, by zapewnić bezpieczeństwo publiczne - dodaje Adam.

Kierunek - Wielka Brytania

Tysiące osób, takich jak Adam, pracuje w brytyjskim systemie ochrony zdrowia. Według oficjalnych danych z 2020 roku aż 67 tys. pracowników National Health Service (NHS) to obywatele UE. Stanowią oni 5,5 proc. wszystkich pracowników.

Co ciekawe, Polacy to piąta największa narodowościowo grupa w szeregach NHS. Poza Brytyjczykami (1 062 273 osoby), w tamtejszej ochronie zdrowia najczęściej pracują Hindusi (26 809), Filipińczycy (22 043), Irlandczycy (13 697) i właśnie Polacy (9 904).

- Często spotykam innych ratowników wyglądających znajomo. Zagaduję po angielsku, a po chwili okazuje się, że to Polak, kiedyś byliśmy na wspólnym szkoleniu albo pracowaliśmy w jednym miejscu. Tylko w mojej stacji pracuje jedenastu polskich ratowników medycznych. Świat jest mały - śmieje się Adam.

Do Polski nie wróci

- Cieszę się, że odważyłem się i wyjechałem. To jest normalne życie. Mówi się, rok, dwa lata, zobaczymy. Mam prawie 30 lat, mijają mi cztery lata w Wielkiej Brytanii i wiem, że to dopiero początek przygody. Myślę wręcz o tym, żeby próbować jeszcze dalej, w innych krajach. Może Kanada, może Australia, może Hiszpania? Jak zrobi się pierwszy krok, to nic tylko robić drugi, próbować dalej. Wszystko jest teraz lepsze, niż praca w polskim systemie ochrony zdrowia - ocenia nasz rozmówca.

Nie wyobraża sobie powrotu do Polski i pracy w polskim pogotowiu. - Ciągnie mnie do ojczyzny, ale pasją się nie najem. Wystarczy pierwszy lepszy artykuł dedykowany pracy jednostki ochrony zdrowia, setki negatywnych komentarzy od czytelników i od razu przypominam sobie, dlaczego wybrałem inny kraj. Chęć powrotu szybko mi mija. Z jednej strony chciałbym pomagać Polakom, ale z drugiej, by ta pomoc była skuteczna, potrzebne jest minimum kadrowe i sprzętowe, w tym środki ochrony osobistej. A tego nie ma - podsumowuje Adam Stopa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje