Reklama

Reklama

116 111

Na Telefon Zaufania 116 111 dzwoni średnio 300 dzieci dziennie /Thomas Trutschel/Photothek /Getty Images

- Dzieci dzwonią do nas po to, żeby zmienić swoją sytuację, a to zawsze wymaga odwagi. Pamiętam 15-letniego chłopca, który doświadczał makabrycznej przemocy w domu. Nigdy nie zapomnę, jak w przejmujący sposób, jąkając się i połykając łzy, wyznał, że ojciec bije go pogrzebaczem. Sytuacja trwała od lat, aż wreszcie coś w nim pękło i zadzwonił. (…) Naprawdę nie zliczę, ile razy słyszeliśmy, że jesteśmy ostatnią deską ratunku - mówi w rozmowie z Interią Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Reklama


Justyna Mastalerz, Interia.pl: Kiedy teraz rozmawiamy, w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę pewnie znów dzwoni telefon. Ktoś woła o pomoc. Ile takich połączeń dziennie odbieracie?

Reklama

Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę: - Aktualnie to jest średnio 300 telefonów dziennie i nawet 30-40 wiadomości przez stronę internetową. Natomiast to, ile odbierzemy połączeń, jest związane tylko i wyłącznie z tym, jak długo będzie trwała indywidualna rozmowa. Środki, jakimi dysponujemy, pozwalają na obsługę maksymalnie pięciu stanowisk. Wiemy, że połączeń i wiadomości jest zawsze więcej, niż jednocześnie pracujących konsultantów. Dzieci dzwonią na telefon, który jest po prostu rozgrzany do czerwoności.

Ze statystyk wynika, że w ciągu dziesięciu lat działalności odebraliście już ponad 1,2 mln połączeń. Mimo to słychać głosy, że jesteście niepotrzebni.

- Te liczby pokazują, że problem braku systemowego wparcia dla najmłodszych jest realny i trudno temu zaprzeczać. Od lat o nim mówimy, ale niewiele się dzieje w zakresie profilaktyki czy rozwoju oferty pomocy. W Polsce mamy ponad 6 milionów dzieci, a odejmując te, które jeszcze nie mówią, to zostaje około 4 milionów. Łatwo więc wyliczyć, że ponad 1/4 wszystkich dzieci w Polsce przynajmniej raz do nas zadzwoniła. Naprawdę nie zliczę, ile razy słyszeliśmy, że jesteśmy ostatnią deską ratunku.

Dzieci w jakim wieku najczęściej dzwonią na Telefon Zaufania?

- Najczęściej dzwonią dzieciaki w wieku 13, 15, 18 lat i trochę młodych dorosłych. Ale kontaktują się też młodsze dzieci, dosyć często z grupy wiekowej od 10. roku życia. Nastolatkom często towarzyszymy w momencie pojawiających się w ciele zmian związanych z okresem dojrzewania. Są dla nich niezrozumiałe, ciekawe, intrygujące, ale nie mają kogo zapytać. Lepiej, że dzwonią do nas i o tym rozmawiają, niż mieliby wejść do internetu i, szukając odpowiedzi, znaleźć pornografię, nieprawdziwe informacje czy szkodliwe treści.

Z czego jeszcze się zwierzają?

- Czasami sytuacja dotyczy problemów z cerą, z odżywaniem, zerwania z chłopakiem/dziewczyną, relacji rówieśniczych, a innym razem tego, że ktoś nie ma już siły dalej żyć. Bardzo często proszą, żeby "nikomu nie mówić" - zazwyczaj chodzi wtedy o sytuacje wykorzystania seksualnego, ostrej przemocy w domu, myśli czy prób samobójczych. Są też przypadki, kiedy nastolatki mówią: "Za żadne skarby mnie pani nie przekona, żebym się nie zabił". A jednak się udaje. I nie chodzi tu o przekonywanie, ale o zwyczajną rozmowę, zaopiekowanie się lękiem i pokazanie dziecku, że można poradzić sobie z najtrudniejszymi problemami. Bez kontaktu wzrokowego, bez możliwości przytulenia, bez złapania za rękę, czy podania chusteczki, udaje się nam zbudować więź z człowiekiem, który jest w kryzysie.

To długie rozmowy?

- Są dni, że każde zgłoszenie wymaga nawet 40- czy 60-minutowej rozmowy. Kiedy dziecko mówi o problemie, to nie wyznaje od razu: "Dzień dobry, mam na imię Pola, mam myśli samobójcze". Najczęściej ujawnienie tego właściwego problemu następuje po dłuższej rozmowie, po około 20-30 minutach budowania zaufania, pokazania otwartości i tego, że ich nie oceniamy. Dzieci mówią: "No, ostatnio tak się jakoś gorzej czuję...". Czekają, aż rozpakujemy ich historię, jak chińskie pudełko. Ujawnianie problemu jest czasem jak rozwiązywanie zagadki.

"Testują" osobę po drugiej stronie telefonu.

- Bardzo często. Testują nas, bo boją się odrzucenia, niezrozumienia, oceny. My staramy się zrozumieć przeżycia, możliwości i potrzeby dziecka, poznać genezę samego problemu. Nie dajemy rad ani gotowych rozwiązań, chociaż dzieci często o to proszą: "Niech mi pani powie, co pani by zrobiła na moim miejscu?". My jesteśmy od tego, żeby zbudować z dzieckiem partnerski kontakt, żeby pokazać mu, jaką ma w sobie siłę. Pomagamy mu to poczucie sprawczości i siły przywrócić, bo odpowiedź jest w dziecku, a nie w nas.

Udaje się wam przywrócić dzieciom odwagę?

- Z okazji 10. urodzin Telefonu 116 111 dostaliśmy na to sporo dowodów na piśmie. Odezwało się do nas wielu dorosłych, którym pomogliśmy, kiedy mieli 14-15 lat. Pisali, że rozmowa, która trwała 25 minut, odmieniła ich życie i są dziś innymi ludźmi. Dzieci dzwonią do nas po to, żeby zmienić swoją sytuację, a to zawsze wymaga odwagi. Pamiętam 15-letniego chłopca, który doświadczał makabrycznej przemocy w domu. Nigdy nie zapomnę, jak w przejmujący sposób, jąkając się i połykając łzy, wyznał, że ojciec bije go pogrzebaczem. Sytuacja trwała od lat, aż wreszcie coś w nim pękło i zadzwonił. W rozmowie powoli otwierał się, poczucie bezpieczeństwa rosło, napięcie emocjonalne spadało, aż wreszcie powiedział: "Przepraszam, że tak panią zaniepokoiłem, chyba przesadzam, wcale nie trzeba niczego robić w mojej sprawie". Przekonywał mnie, że codzienne katowanie, że bicie pogrzebaczem, to nic strasznego! Robił to, ponieważ bał się - że interwencja nie przyniesie niczego dobrego, że ojciec zaprzeczy, a jemu nikt nie uwierzy, że sytuacja tylko się pogorszy. Ta historia skończyła się dobrze, bo chłopiec odważył się zaryzykować, uwierzył, że go nie zostawimy. Tylko tą drogą mogliśmy mu pomóc. Każda zmiana wymaga ogromnej odwagi, jest trudna i przerażająca, bo wiąże się z niewiadomą i zagrożeniem porażką. Dlatego nie możemy żadnemu dziecku powiedzieć, co ma zrobić - bo dla nas nikt nie podejmie ryzyka. Dzieci muszą wiedzieć, że podejmują wyzwanie dla siebie samych. Tylko wtedy są w stanie się odważyć. Zresztą z dorosłymi jest tak samo.

Zdarzają się przypadki, że dzieci nie mogą się do was dodzwonić, bo linia jest zajęta? 

- Niestety. Trudno w to uwierzyć, ale są dzieci, które słyszą w słuchawce: "W tej chwili wszyscy konsultanci prowadzą rozmowy". To nie jest tak, że my nie chcemy rozmawiać. Chcemy, tylko nie mamy takiej możliwości. Dziecko jednak odbiera to inaczej i myśli: "A może nie zasługuję na tę pomoc?". Każdy zasługuje na rozmowę. Przykre jest to, że nie ma jej tak po prostu, społecznie, że dla wielu dzieci jedyną szansą na rozmowę jest Telefon Zaufania. Wiemy też, że sporo dzieci często myśli sobie: "Nie będę blokować komuś linii, ten mój problem jeszcze nie jest taki duży". Ale jeśli to dziecko nie zdecyduje się na rozmowę, to jego problem może stać się bardzo duży. Obniżony nastrój, myśli samobójcze - one zawsze mają swój początek. Dziecko, które chce odebrać sobie życie, zazwyczaj bardzo długo jest samotne, ma poczucie odrzucenia i nierozumienia, a wszystko zaczyna się np. od tego, że jest po prostu nieśmiałe. Do nieśmiałości dołącza odrzucenie, za nim przemoc rówieśnicza, potem depresja, obniżony nastrój, pierwsze samookaleczenia. Problemy się nawarstwiają. To jest jak łańcuszek.

Jako społeczeństwo zapomnieliśmy, że warto rozmawiać?

- Człowiek potrzebuje więzi. Potrzebuje relacji, zaufania, bliskości i bezpieczeństwa. Jesteśmy jedynym gatunkiem na świecie, który jest w stanie komunikować się interpersonalnie - wyrażać swoje myśli, potrzeby i uczucia. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego z tego wszystkiego rezygnujemy. Nas nie zabije smog ani GMO, ale zabije nas brak rozmowy. Jeśli nie zaczniemy dawać sobie wsparcia i poczucia znaczenia, a nadal będziemy się wzajemnie bagatelizować i żyć w świecie pozorów, to liczba samobójstw wśród dzieci i młodzieży, ale też osób dorosłych, będzie rosła. Podobnie będzie z agresją, społeczną nienawiścią. Unicestwimy się jako gatunek szybciej, niż może uczynić to globalne ocieplenie.

Rodzice nie mają w dzisiejszych czasach silnych relacji ze swoimi dziećmi?

- Większości rodziców wydaje się, że mają dobre relacje ze swoimi dziećmi i że ich pociecha do nich przyjdzie w momencie, kiedy będzie się działo coś złego. Natomiast, jeśli nie ma rozmowy na co dzień, wspólnego spędzania czasu, zainteresowana ze strony dorosłego, to dziecku jest trudno powiedzieć o swoich problemach. W dzisiejszych czasach z dziećmi w ogóle bardzo mało się rozmawia. Kiedy do nas dzwonią, jest im się ciężko skomunikować, bo nikt ich nigdy nie pytał, jak się czują, nie nazywał emocji. Kiedy pytamy: "Jak się czujesz?", to odpowiadają: "Nie wiem". Wtedy mówimy: "Widzisz, bo w tej sytuacji można się czuć tak, tak albo tak". Dopiero z tego wachlarza wymienionych emocji dzieci wybierają i uświadamiają sobie, co czują. Rozmowa o emocjach, to coś, co wynosimy z domu albo ze szkoły, ale obecnie tych rozmów jest bardzo mało. Brakuje dzielenia się emocjami, wspierania się. Musimy pamiętać, że dla dziecka oczywiste jest tyko to, co powiemy na głos. Jeżeli rodzic chciałby, żeby w momencie kryzysu jego dziecko pomyślało o nim, to musi mu to powiedzieć wcześniej wiele, wiele razy: "Jakby coś się działo, to przyjdź, zrobię wszystko, żeby ci pomóc".

Mimo to dzieci dzwonią na Telefon Zaufania. Bliscy bagatelizują ich problemy?

- Pierwszą sztuką jest zapewnić dziecko, że może się do rodzica zwrócić, ale drugą - jeszcze większą - dochować tego. Nie można w obliczu problemu powiedzieć swojemu dziecku: "weź się w garść", "przestań się smucić". Zdarza się, że 16-latek mówi nam przez telefon: "Od kiedy mam sześć lat, to ciągle słyszę 'nie teraz, nie teraz'".

Potem blokują się i rezygnują.

- Dzieci w tym wszystkim bardzo często wchodzą też w rolę "obrońców" dorosłych. Chcą ochronić rodziców przed swoimi problemami, troskami, porażkami, bo widzą, że dorośli nie mają czasu, albo są pochłonięci przez własne kłopoty. Często słyszymy w Telefonie Zaufania: "Nie mogę mamie dokładać", "Tata jest bardzo zajęty". Czasem nastolatki same od siebie wiele wymagają i nakładają presję. Piszą do nas na przykład: "Chodzę do najlepszego liceum w mieście. To nie jest tak, że rodzice mi kazali. Sama chciałam, ale nie daję rady. Nie mogę ich teraz zawieść, rozbudziłam w nich nadzieje. Muszę być idealna". Rodzic pewnie myśli, że wszystko jest w porządku - córka sobie radzi, ma przecież niezłe oceny. Ale stopnie są dobre, bo dziewczyna zarywa noce. Potem w ciągu dnia mniej zapamiętuje z lekcji. Dochodzą do tego substancje chemiczne, które wspomogą pamięć albo pozwolą jej być w ciągłym skupieniu, mimo faktycznego zmęczenia. Mam tu na myśli kokainę. Nastolatki sięgają po nią nie po to, żeby mieć "odjazd", ale żeby być "obecnymi". I mówię cały czas o - powiedzmy - Marysi, która jest w najlepszym warszawskim liceum. Nie dlatego, że rodzice jej kazali, tylko dlatego, że sama tak wybrała. Teraz boi się porażki i tego, co pomyślą ludzie. Czuje, że zawiodła samą siebie, dlatego zagłusza to samookaleczeniami, alkoholem, narkotykami. A to nie pomaga, bo tłumienie emocji i udawanie, że problemy nie istnieją, nie sprawi, że one znikną. Jeszcze gorzej, jeśli dziecko ujawnia problem, ale słyszy od rodzica: "nie przejmuj się" albo "jak dorośniesz, to dopiero będziesz mieć prawdziwe problemy". Kiedy dorosły ma jakiś kłopot, to nie słyszy od męża, żony, przyjaciółki, czy siostry: "postaraj się poczuć lepiej", "uśmiechnij się", "pomyśl, że to Cię nie dotyczy". Natomiast do nastolatków właśnie tak mówimy. Zapominamy, że dziecko ma przecież mniej doświadczenia i nie ma tak rozwiniętych umiejętności radzenia sobie z emocjami. Ma mniejszą od nas wiedzę nie dlatego, że tak wybrało, tylko dlatego, że jest jeszcze dzieckiem... Czasami po prostu potrzebuje się wypłakać, nie wie czegoś, złości się. W tych wszystkich sytuacjach potrzebuje nas - dorosłych. 

Udaje się wam skutecznie naprawiać relacje na linii rodzic-dziecko?

- Część naszej pracy to po prostu przywracanie wiary w świat dorosłych. My nie konkurujemy i nie zastępujemy rodziców. To raczej odbudowywanie mostów. Widzimy to też jako inną metaforę: z jednej strony pokoju mamy dziecko, a z drugiej - rodzica. Pomiędzy nimi jest dźwiękoszczelna, przezroczysta ściana. Rodzic i dziecko widzą się, ale się nawzajem nie słyszą. Rozmowa ze 116 111 jest jak pęknięcie tej ściany. To szansa, żeby znów wzajemnie się usłyszeli. Bo to nie jest tak, że rodzice nie umieją wspierać swoich dzieci. Po prostu czasem idą na skróty.

Jak przygotowujecie dziecko do rozmowy z rodzicami o problemach?

- W części naszych rozmów jest tak, że przygotowujemy z dziećmi wypowiedzi, by rodzic na pewno je dobrze zrozumiał, poświęcił czas, skupił uwagę. Ustalamy z dzieckiem, że powie na przykład: "Mamo, bardzo chciałbym porozmawiać o moim problemie, ale zależy mi, żebyś mnie wysłuchała, a nie mówiła mi tylko 'zrób to i tamto'. To mi nie pomoże". Albo: "Mamo, bardzo się boję, że mi powiesz: 'dlaczego dopiero teraz z tym do mnie przychodzisz'". Inny przykład: "Mamo, bo chcę z tobą porozmawiać, ale to jest dla mnie bardzo ważne, żebyś skupiła się na mnie, a nie na swojej pracy. Chcę cię mieć na wyłączność, chodźmy na spacer". Staramy się w ten sposób wyprzedzić krok rodzica, by nie powiedział czegoś, czym może dziecko nieświadomie skrzywdzić, odrzucić albo sprawić, że nie będzie miało siły na rozmowę. Bo kiedy dziecko zacznie mówić, a mama będzie zajmowała się pracą, to dziecko zrezygnuje. Nawet dopytane powie, że wszystko jest już w porządku, założy "maskę", pójdzie do swojego pokoju, zacznie płakać, wykręci numer 116 111 i przez godzinę będzie dzielić się swoimi problemami z obcą osobą. Prowadząc rozmowy z dziećmi mamy świadomość, że za ścianą najczęściej jest rodzic, który sądzi, że gdyby się coś działo, to dziecko na pewno przyjdzie i powie. Niestety, nie przyjdzie...

Czy w czasie tych telefonicznych rozmów z dziećmi zdarzają się sytuacje kryzysowe, w których potrzebna jest natychmiastowa interwencja na miejscu?

- Faktycznie zdarzają się sytuacje, kiedy współpracujemy ze służbami, ma to miejsce w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia dziecka. To są zazwyczaj deklaracje samobójcze. Czasami dzieci w trakcie rozmowy mówią nam, gdzie są, dlatego nie ma potrzeby wzywania policji, wystarczy pogotowie.

Jaki to odsetek wszystkich telefonów?

- To jest bardzo mała, choć ważna liczba. Na wszystkie 1,2 mln telefonów i wiadomości interwencji było 1200. Nie jesteśmy telefonem ratunkowym. Zdecydowana większość kontaktów to po prostu wsparcie, troska, wspólne rozwiązywanie problemów. W 2018 r. zaobserwowaliśmy jednak spory wzrost interwencji kryzysowych - ze 183 w 2017 r. do 346 rok później. Praktycznie każdego dnia była jedna. Jest to zapewne częściowo związane z tym, że rozszerzyliśmy działanie linii i działamy od godz. 12.00 do godz. 2.00 w nocy. Mówiąc brutalnie, te dzieci by nie żyły, gdyby nie to, że zadzwoniły późną porą na 116 111. One bardzo często telefonowały już w trakcie próby samobójczej, gdzie natychmiastowa pomoc była niezbędna. Gdyby ta linia była wtedy zajęta, albo nie byłoby jej w ogóle w dodatkowych godzinach nocnych, to dzieciaki nie dożyłyby poranka. Zapewne nikt nie przyjechałby na czas, żeby zawieźć je do szpitala na płukanie żołądka albo pozszywanie podciętych żył, bo po prostu nikt by o zagrożeniu nie wiedział.

Pomoc psychologiczna i psychiatryczna dla dzieci w naszym kraju zawodzi?

- W Polsce praktycznie nie istnieje bezpłatna pomoc psychologiczna - z terapii można korzystać tylko w niektórych fundacjach, organizacjach pozarządowych, czasem w centrach interwencji kryzysowej. Taka prosta sytuacja dla zobrazowania problemu: rodzic stara się zapisać swoje dziecko do psychologa, ale zwyczajnie nie ma dostępu do specjalisty, bo trzeba czekać nawet kilka miesięcy. Dodatkowy problem jest taki, że dziecko bez zgody rodzica czy opiekuna nie może się samo zgłosić i skorzystać z pomocy psychologicznej czy psychiatrycznej, a zdarza się często, że rodzic nie chce o tym nawet słyszeć. Zdarzają się też sytuacje, że nastolatek jest dopiero co po próbie samobójczej, a rodzic wypisuje go ze szpitala. Ponieważ uważa, że wie lepiej, niż wskazujący na konieczność hospitalizacji lekarz. Jeśli problem dotyczyłby złamania nogi, nie do pomyślenia byłoby to, że personel szpitala nie reaguje na to, że rodzic zabiera dziecko przed założeniem gipsu. A my od 10 lat słyszymy, że tak dzieje się w przypadku prób samobójczych.

A co z pedagogami szkolnymi?

- Tutaj wyniki badań też są bezlitosne - 44 proc. polskich szkół nie zatrudnia na odrębnym etacie ani psychologa, ani pedagoga. Fizycznie jest więc niemożliwe, żeby dziecko poszło do psychologa, bo w szkole go po prostu nie ma. Są też statystyki, ilu uczniów przypada na jeden etat psychologa, czyli 20 godzin w tygodniu. Wie pani ile? To jest 2 tys. osób. Pedagog w szkole, oprócz indywidualnych rozmów z dziećmi, ma też szereg zadań zleconych przez dyrekcję. We wrześniu jest zajęty, bo organizuje wyprawki szkolne dla uczniów z kłopotami finansowymi, potem jedzie z klasą na wycieczkę, bo żaden inny nauczyciel nie może, a po wycieczce odbiera godziny, które wykroczyły poza jego etat...

Nie macie wsparcia ze strony rządu, żeby działać całodobowo?

- Do 2016 r. ogłaszane były konkursy na dofinansowanie różnych zadań publicznych na rzecz bezpieczeństwa dzieci. My do nich przystępowaliśmy i zdobywaliśmy w ten sposób środki na finansowanie części budżetu telefonu 116 111. Niestety, od 2016 r. te konkursy nie są już ogłaszane i nie mamy nawet możliwości ubiegania się o pieniądze. Nie ma tutaj żadnej partycypacji ze strony rządu, mimo że bardzo często jesteśmy pokazywani jako miejsce pomocowe. Rząd czy poszczególne ministerstwa są zadowolone, że istniejemy, jesteśmy doceniani, ale z budżetu państwa nie mamy ani złotówki na działanie telefonu, z którego korzysta rocznie 100 tys. małych obywateli. Działamy tylko dzięki wpłatom darczyńców indywidualnych i biznesowych np. Orange Polska, oraz wsparciu Fundacji Ludzki Gest Jakuba Błaszczykowskiego, Fundacji Benefit Systems i Kulczyk Foundation.

Codziennie odbieracie telefony z wołaniem o pomoc. Dzisiaj sami potrzebujecie wsparcia.

- Chcemy dalej rozmawiać z dziećmi o tym, co je trapi, smuci, demotywuje, bo to może sprawić, że myśli samobójcze się u nich nigdy nie pojawią, a nawet jeśli, to nie doprowadzą do podjęcia próby samobójczej. Chcemy stworzyć nowe stanowiska konsultanckie, odebrać każde połączenie, móc pracować 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu, bo to jest dzieciom naprawdę potrzebne. Nie zastąpimy działaniem telefonu niezbędnych zmian systemowych, o które zabiegamy w Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę od lat, ale możemy nim odpowiedzieć na realną potrzebę, tu i teraz. Dlatego prowadzimy kampanię Wspieraj Telefon i apelujemy o pomoc.

Każdy, kto chce wesprzeć Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży, może przekazać dowolną kwotę Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, zdecydować się na wsparcie regularne lub przekazać 1% podatku. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Rozmawiała Justyna Mastalerz

Chcesz porozmawiać z autorką? Kliknij tutaj, aby wysłać wiadomość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje