Reklama

Reklama

Co zmienił wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji?

Śmierć 30-letniej Izabeli z Pszczyny wstrząsnęła Polską. W przestrzeni publicznej nie brak głosów, że kobieta padła ofiarą zaostrzenia prawa aborcyjnego w Polsce wskutek orzeczenia TK z 22 października 2020. Dlatego zapytaliśmy lekarzy, jak w praktyce wyrok wpłynął na ich pracę. Odpowiedzi były różne. Lekarze mówią o strachu, presji i o tym, że wzrosła liczba kobiet z wadami płodu, które rodzą. Nasi rozmówcy byli zgodni w jednym: pogorszyła się sytuacja pacjentek.

- Lekarze znaleźli się w pułapce - stwierdza w rozmowie z Interią dyrektorka Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Krystyna Kacpura. - Niektórzy nazywają ich podwójnymi mordercami. Prawa strona fundamentalistyczna mówi: mordercy dzieci, strona skrajnie lewicowa mówi: mordercy kobiet... - przyznaje. Podkreśla jednak, że obowiązkiem lekarzy - zgodnie z przysięgą Hipokratesa - jest pomaganie pacjentkom, a nie szkodzenie.  

"Niedobrze się nam pracuje pod pręgierzem"

22 października ubiegłego roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis tzw. ustawy antyaborcyjnej z 1993 r. zezwalający na aborcję w przypadku dużego prawdopodobieństwa ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, jest niezgodny z konstytucją.

Reklama

Na początku tego roku, po publikacji wyroku, przepis stracił moc.

- Lekarze mają teraz z tyłu głowy, że różni ludzie w różny sposób mogą interpretować ich działania, niekoniecznie z korzyścią dla pacjentki i lekarza. A medycyna ma to do siebie, że nigdy nie jesteśmy w stanie całkowicie przewidzieć efektów naszego postępowania, pomimo tego że zawsze ma ono na celu pomoc pacjentce - mówi Interii prof. Mariusz Zimmer, prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.

- Niedobrze nam się pracuje pod pręgierzem takiej odpowiedzialności karnej - kwituje.

Strach wśród lekarzy? Różne opinie

O obawach mówi także doktor Maciej Socha. - Tuż po wyroku byłem pewien, że w jego następstwie lekarze staną się ostrożniejsi, a to będzie zwiększało ryzyko pewnych powikłań. Nawet jeśli statystycznie to ryzyko będzie małe, to w związku z tym, że problem dotyka znacznej liczby kobiet, w końcu dojdzie do tragedii. I taką tragedią jest śmierć pacjentki z Pszczyny. Myślę sobie, że w podobnej sytuacji mógłby się znaleźć lekarz z każdego innego miejsca w Polsce - podkreśla ginekolog-onkolog, położnik i perinatolog, kierownik Katedry Perinatologii, Ginekologii i Ginekologii Onkologicznej UMK CM w Bydgoszczy oraz Kierownik Oddziału Położniczo-Ginekologicznego Szpitala Św. Wojciecha w Gdańsku.

- Radyklanych zmian nie ma. Czy lekarze się boją? Raczej nie. Po prostu postępujemy zgodnie z prawem. Jeśli przypadek spełnia kryterium ustawowe, to jest kwalifikowany do terminowania ciąży. Natomiast wyrok pogorszył sytuację kobiet pod tym względem, że odebrał im możliwość podjęcia decyzji w przypadku ciężkich wad płodu - przyznaje z kolei kierownik Oddziału Klinicznego Położnictwa i Perinatologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, dr hab. med. Hubert Huras.

Federa: Dotychczas żaden lekarz nie usłyszał prokuratorskiego zarzutu

Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny informuje, że od czasu opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego interweniowała w około 300 przypadkach, kiedy kobietom - mimo występowania przesłanki o zagrożeniu zdrowia lub życia - odmawiano wykonania aborcji.

- Udawało się po naszych interwencjach, ale nie tak powinno być - podkreśla Krystyna Kacpura. I dodaje: podobnych sytuacji jak ta z Pszczyny, kiedy odpłynęły wody, kobiecie groziło zakażenie septyczne, a lekarze czekali, mieliśmy kilkanaście. - Nasze prawniczki zaskarżają szpitale, które odmówiły wykonania legalnej aborcji, wnoszą powództwa przeciw szpitalom łamiącym prawa pacjentek i składają skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Przed tym ostatnim zawisło ich już 12, kolejne pojawią się niedługo - wylicza. 

Federa monitoruje też sprawę karania lekarzy. - Od czasu ogłoszenia wyroku nie słyszałam o żadnym zarzucie prokuratorskim, dotyczącym lekarza ginekologa, który terminował ciążę niezgodnie z prawem - mówi.

"Błagały o pomoc". Informowali, że prawo uległo zmianie

Doktor Maciej Socha opowiada, że pierwsze pacjentki ze stwierdzonymi ciężkimi i nieodwracalnymi wadami płodu miał krótko po opublikowaniu wyroku TK. - Kobiety przychodziły i po prostu błagały o pomoc. Dla mnie to było ekstremalnie trudne, bo my, lekarze, pracujemy na podstawie i w granicach obowiązującego w Polsce prawa. Dlatego informowaliśmy, że przerwania ciąży zgodnie z ustawą wykonać nie możemy - relacjonuje.

Jak często zdarzały się takie wizyty? - Jestem perinatologiem, więc u mnie to nieco inna skala i były to nawet dwie-trzy pacjentki tygodniowo - mówi.

- Trafia do nas też więcej pacjentek w poważnym kryzysie psychicznym, z myślami samobójczymi i zaświadczeniem od psychiatry, że kontynuowanie ciąży stanowi zagrożenie dla ich życia. Wydawało się, że będzie to właściwa przesłanka do aborcji. Ale w wielu przypadkach jest ona negowana - stwierdza.

Czekają, aż będzie rzeczywiście źle, żeby nikt tego nie podważył

Zmieniło się też podejście do pacjentek, którym przedwcześnie odchodzą wody płodowe.

- Mimo że ciąża jest na wczesnym etapie i stwierdzam całkowite bezwodzie, a jednocześnie nie ma objawów wskazujących na zagrożenie infekcją, to niestety mówię pacjentce: "bardzo mi przykro, ale musi pani czekać aż płód samoistnie obumrze lub rozpocznie się przedwczesny poród. Ewentualną decyzję o zakończeniu ciąży podejmiemy, kiedy parametry infekcyjne zaczną wzrastać". I to ja tak robię. Ale wiem, że są lekarze, którzy czekają, aż te wskaźniki parametrów infekcyjnych będą bardzo wysokie, żeby mieć namacalny dowód, że rzeczywiście jest już źle i nikt tego nie podważy -  mówi Socha.

Półtora roku temu postąpiłby inaczej. Decyzja byłaby po stronie kobiety. - Pacjentka dostałaby ode mnie informacje na temat tego, jakie są: szanse na pozytywne zakończenie ciąży i urodzenie żywego dziecka, a jakie jest ryzyko, że dojdzie do infekcji, która może skutkować ograniczeniem płodności, a nawet śmiercią. Jeśli nie chciałaby ryzykować, to uszanowalibyśmy to i tę ciążę zakończyli. Teraz tak nie postąpię. Biję się w piersi i przyznaję, że się boję - mówi lekarz.

Dopytujemy: dlaczego? Prawo nadal stanowi, że przerwanie ciąży jest w Polsce możliwe, jeśli stanowi ona zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety. - Choć ta przesłanka obowiązuje, zmieniła się narracja polityków i spodziewamy się innej interpretacji przepisów - stwierdza Socha.

Zdaniem lekarza granica kiedy zdrowie lub życie jest na tyle zagrożone, aby skorzystać z tego wskazania, jest bardzo cienka. - W przypadku infekcji zawsze można usłyszeć: panie doktorze, trzeba było zastosować antybiotyki. Na pewno infekcję by się opanowało. I już lekarz może zostać pociągnięty do odpowiedzialności - mówi i dodaje: - My, lekarze, jesteśmy ostrożni. Po prostu się boimy, czy nasze działanie nie będzie interpretowano jako morderstwo - jak mówią to antyaborcyjni fundamentaliści - i abstrahując od wszystkiego, takie są po prostu realia.

Dla prof. Huberta Hurasa przesłanka o zagrożeniu życia i zdrowia jest jasna i wyrok Trybunału w tym przypadku nie ma znaczenia. - Wówczas decyzję o przeprowadzeniu aborcji podejmuje konsylium: czyli co najmniej dwóch lekarzy. Wymagana jest także pisemna zgoda kobiety - przypomina. I dodaje: jeśli przypadek spełnia kryterium ustawowe, jest kwalifikowany do terminowania ciąży.

Szef Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników: To przerażające

Prof. Mariusz Zimmer zwraca z kolei uwagę na przypadki powikłań, które niezwykle trudno przewidzieć.

- Myślę tu przede wszystkim o wewnątrzmacicznej terapii płodu, która jest obarczona dużym ryzykiem niepowodzenia. To często są zabiegi "być albo nie być" dla takiego dziecka, albo uda się je wyleczyć wewnątrzmacicznie, albo niestety ono obumrze. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś nam nie zarzuci, że tymi działaniami doprowadziliśmy do przerwania ciąży. A to z kolei w myśl ubiegłorocznego orzeczenia TK obarczone jest wielką odpowiedzialnością karną - mówi prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników.

Jak dodaje, takie restrykcje nigdy nie sprzyjają właściwemu leczeniu. - I mówię to na podstawie mojego prawie 40-letniego zawodowego doświadczenia - podkreśla.

- W wielu sytuacjach lekarz może się zastanawiać, czy podejmując ryzykowne działania nie narazi się na odpowiedzialność karną. To jest przerażające i to zmienił wyrok TK - stwierdza.

"Ani jednej więcej". Protesty w całej Polsce. Zobacz listę miast

"Więcej pacjentek z wadami płodu, m.in. z zespołem Downa, które rodzą"

- Mamy coraz więcej pacjentek z wadami płodu, m.in. z zespołem Downa, które rodzą. Konieczne jest też informowanie o możliwości skorzystania ze wsparcia hospicjów perinatalnych - przyznaje doktor Hubert Huras z Krakowa.

Takie hospicja są miejscami medycznego i psychologicznego wsparcia dla rodziców, spodziewających się dzieci ze zdiagnozowanymi wadami, które według wiedzy medycznej prowadzą do śmierci podczas porodu lub w niedługim czasie po nim.

Czy podobne obserwacje ma prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologów i Położników?

- Nie, choć w mojej klinice mamy porodówkę hospicyjną, która jest przystosowana do porodów, kiedy mamy do czynienia z wadą letalną dziecka - odpowiada prof. Zimmer. - Podstawowa różnica jest taka: wcześniej kobiety decydowały się na taki poród. Teraz są do tego zmuszone - podkreśla.  

***

Na koniec rozmowy doktor Maciej Socha opowiada historię ze swojego szpitala.

- Pędziliśmy na salę operacyjną z pacjentką, która krwawiła do brzucha, bo pękła ciąża pozamaciczna, szósty tydzień. Pacjentka we wstrząsie. Nie była w stanie podpisać zgody na zabieg operacyjny. Jej życie było zagrożone. Badanie USG pokazało jednak, że serce płodu nadal bije. Jedna z moich rezydentek zapytała, czy nie powinniśmy najpierw zadbać o dokumenty, żeby się nikt się do nas nie przyczepił, że usuwamy żywą ciążę. Najpierw byłem zszokowany tym pytaniem. Ale już przygotowując się na sali operacyjnej, stwierdziłem, że może skonsultuję przypadek z dwoma lekarzami ode mnie z oddziału, żebym miał na piśmie, że zgadzają z moją decyzją i wypełnię jednak szybko te papiery. Bo gdyby ktokolwiek zgłosił ten przypadek, że widziano, że usuwałem żywą ciążę, to będę miał kłopoty. Ktoś będzie mnie przesłuchiwał, czy aby na pewno było ewidentnie zagrożenie życia - relacjonuje.

I podkreśla: - To było ewidentne zagrożenie zdrowia i życia, a ja myślałem o tym, żeby ratować swój tyłek i kolegów z oddziału. Biję się w piersi, ale przyznaję, że się bałem i jak widać nie tylko ja. To po prostu się dzieje.

Reklama

Reklama

Reklama