Reklama

Reklama

Warszawa. Kieszonkowiec ukradł telefon. Zemścili się na nim bliscy poszkodowanej

Na początku była kradzież smartfona, a później groźby maczetą czy konfiskata samochodu. Kieszonkowiec, który zabrał własność 30-latki, jest jednak zarówno sprawcą, jak i poszkodowanym. Ukradziony przez niego sprzęt namierzył mąż poszkodowanej, który ​do spółki z teściem chciał wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Zarzuty usłyszała więc cała trójka.

Zdaniem podkom. Koniuszego, sprawa od samego początku miała niecodzienną fabułę. - Najpierw policjanci przyjęli zawiadomienie o kradzieży smartfona, której miał się dopuścić nieznany sprawca. Kobieta straciła urządzenie w trakcie podróży środkami komunikacji miejskiej. Było to ewidentne działanie kieszonkowca - przekazał policjant.

W komisariacie zgłosiła się pokrzywdzona i jej 30-letni mąż. - Towarzyszył jej też 49-letni ojciec, którego przeszłość wskazywała na to, że zdarza mu się być porywczym. Był karany już za groźby karalne - powiedział podkomisarz.

Reklama

Jak dodał, po złożeniu zawiadomienia mąż pokrzywdzonej, który jest informatykiem, wpadł na pomysł zdalnego namierzenia urządzenia przy użyciu swojego smartfona. Było ono wyłączone i nieaktywne. Mimo to udało mu się. Trop wskazywał w okolice Radomia, jednak sygnał nie był dokładny. Po kilkudziesięciu godzinach okazało się, że sprawca z kradzionym telefonem zatrzymał się na jednym z parkingów przed centrum handlowym na warszawskiej Ochocie.

Namierzył telefon złodzieja. Wraz z teściem dał mu "nauczkę"

Wtedy informatyk o swoim sukcesie pochwalił się 49-letniemu teściowi. Razem pojechali do miejsca, gdzie miał znajdować się "kieszonkowiec". - Ze wstępnych ustaleń wynika, że 49-latek miał wsiąść do toyoty mężczyzny podejrzanego o kradzież z maczetą w ręku i grozić mu obcięciem rąk i nóg. Groźby były na tyle realne i wzbudziły obawę ich spełnienia w podejrzanym, że natychmiast zwrócił on urządzenie - podał Koniuszy.

Następnie mężczyźni postanowili jeszcze dać mu "nauczkę" i zażądali 3,5 tys. zł zadośćuczynienia. - Mężczyzna oświadczył, że nie ma takiej gotówki. Wobec powyższego zarekwirowali jego auto. Zmusili mężczyznę do podpisania fikcyjnej umowy, że dobrowolnie sprzedał im samochód. Umowa zawarta została na kartce w notesie 49-latka. Mężczyźni powiedzieli, że zwrócą mu auto, jeśli zapłaci im 3,5 tys. zł - powiedział policjant.

- Mimo swojego wcześniejszego czynu mężczyzna poczuł się pokrzywdzony przez dwóch mężczyzn, którzy chcieli pomścić krzywdy bliskiej dla nich osoby. Wpadł więc na pomysł przygotowania kwoty w banknotach, które sfotografował przed wykupieniem swojego auta. Po transakcji i odzyskaniu toyoty udał się na policję, gdzie zawiadomił o wymuszeniu rozbójniczym, którego dopuścili się na nim panowie z maczetą. Kwestie wcześniejszej kradzieży smartfona zataił - przekazał policjant.

Kieszonkowiec był i sprawcą, i pokrzywdzonym

Po tym zawiadomieniu policjanci zatrzymali 49-latka i jego 30-letniego zięcia. W ich mieszkaniach funkcjonariusze znaleźli pieniądze pochodzące z wymuszenia. - Podczas ustaleń wyszło na jaw, że właściciel toyoty utrzymuje się z kradzieży kieszonkowych i przedmiotem całej sprawy stał się smartfon, którego ukradł córce jednego z zatrzymanych - zaznaczył podkom. Robert Koniuszy.

Mężczyzna otrzymał więc podwójny status: z jednej strony był pokrzywdzonym, z drugiej sprawcą. Podobnie jak dwaj wcześniej zatrzymani mężczyźni on również został zatrzymany. - W wyniku przeszukania policjanci znaleźli w jego mieszkaniu cały asortyment kradzionych portfeli, aparatów fotograficznych, telefonów komórkowych oraz innych przedmiotów pochodzących z przestępstwa - podkreślił policjant, dodając, że mężczyzna usłyszał zarzuty, za które może mu grozić do 5 lat więzienia.

Z kolei 49-letni mężczyzna i jego zięć usłyszeli prokuratorskie zarzuty wymuszenia rozbójniczego. Obu mężczyznom grożą kary do 10 lat więzienia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL