Reklama

Robert zniknął, sprawa umorzona. "Dlaczego, przecież są dowody"

Lech Wójtowicz /JOANNA URBANIEC /materiał zewnętrzny

- Ja już gasnę, z każdym rokiem mam coraz mniej siły. Gdyby doszło do rozprawy sądowej, powiedziałbym: puśćcie tego człowieka wolno, niech tylko powie, gdzie ukrył ciało mojego syna. Nie mam już nadziei. Nawet jeśli ta osoba się nie przyzna, to jeśli wierzy w Boga, po śmierci czeka ją inny sąd - mówi w rozmowie z Interią Lech Wójtowicz, ojciec Roberta Wójtowicza. Mężczyzna od 28 lat szuka prawdy o losie swojego syna, nie wierzy, że chłopak zaginął i wskazuje, że rozwiązania sprawy należy szukać wśród osób duchownych.


Dawid Serafin, Interia: Kiedy Robert zaginął, miał pan 50 lat. Od tego czasu minęło 28 długich lat.

Lech Wójtowicz: Kawał czasu. Dzisiaj mam 78 lat i prawie jedną trzecią życia szukam prawdy o losie syna. To było 28 lat przepełnionych troskami i zmartwieniami. To wydarzyło się w piątek 20 stycznia 1995 r. Dziś też jest piątek.

Co się wydarzyło?

- Zadzwoniła żona i powiedziała: "Robuś wyszedł z domu i nie wrócił". Po chwili zadzwonił drugi syn i powiedział, żebym przyjeżdżał, bo rodzina się wali. Pracowałem wtedy w Magnitogorsku w Rosji. Podczas drogi do Polski wracała do mnie myśl, że ktoś zrobił mu krzywdę. Wtedy powstała w sercu rana, która się nie zabliźni, dopóki nie poznam prawdy.

Reklama

Robert Wójtowicz. Sprawa nadal pozostaje nierozwiązana 

Dojście do tej prawdy właśnie się oddaliło. Prokuratura umorzyła śledztwo.

- Patrząc na zachowanie prokuratury, spodziewałem się, że tak będzie.

Dlaczego?

- Materiały zebrane przez policyjne krakowskie Archiwum X przeleżały w prokuraturze trzy lata. Policjanci włożyli ogrom pracy, mozolnie zdobywając kolejne dowody. Kiedy zostały one przekazane do prokuratury, miałem nadzieję, że prokurator coś z nimi zrobi. Dokumenty jednak leżały na półce i niewiele się w sprawie Roberta działo. Nie rozumiem tej decyzji, przecież są dowody, poszlaki. 

Skąd przeświadczenie, że niewiele się działo?

- Słyszałem tylko, że robione jest "wszystko co w naszej mocy", aby dojść do prawdy. Jednak kiedy zapoznałem się z materiałami, zobaczyłem, że prokuratura niewiele zrobiła przez ten czas. Jeżeli już coś robili, to raczej powielali wcześniejszą pracę policjantów.

Prokurator mówi, że mimo umorzenia nadal przygląda się sprawie. Ma pan nadzieję, że coś w najbliższym czasie się wydarzy?

- Nie mam żadnej nadziei. Kiedy ta sprawa była przedłużana przez prokuratora, to jeszcze ją miałem. Jednak dziś wiem, że nic się w tym czasie nie działo. 

"Wskazania śledczych są jednoznaczne i dotyczą osób duchownych"

Zapoznał się pan z aktami sprawy?

- Po raz pierwszy z aktami miałem się okazję zapoznać w 2019 r. Wśród nich były dokumenty sporządzone przez policjantów tuż po zaginięciu Roberta. Dopiero po latach zobaczyłem, jak ogromną pracę wykonali. Jednak w pewnym momencie utknęli w martwym punkcie. W 2015 r. sprawą zainteresowało się krakowskie Archiwum X. Oni wprost powiedzieli, że Robert został zamordowany.

- Przeglądałem te akta przez trzy dni, ale musiałem robić sobie przerwy. Wychodziłem z pokoju, bo łzy napływały mi do oczu.

Co wynika z dokumentów?

- Czytając te akta, widziałem, jak policjanci z krakowskiego Archiwum X poruszyli niebo i ziemię, aby dojść do prawdy. Oni jednoznacznie powiedzieli, że Robert został zamordowany. Mam hipotezę, kto pozbawił mojego syna życia.

Kto?

- Moim zdaniem wskazania śledczych, kiedy zajęli się tą sprawą, były jednoznaczne i dotyczyły osób duchownych. W aktach występuje trójka księży: ksiądz Adam*, który prowadził wtedy duszpasterstwo akademickie, ksiądz Andrzej, jego brat oraz ksiądz Stanisław, który wtedy pomagał na parafii.

Robert miał jakieś związki z Kościołem?

- Syn był człowiekiem bardzo religijnym. Bardzo dużo czasu spędzał w duszpasterstwie akademickim oraz w kościele w krakowskich Mistrzejowicach, niedaleko naszego mieszkania. Kiedy czytałem pierwsze zeznania księży po zaginięciu Roberta, to oni motali się w swoich słowach. Mówili, że nie kojarzą syna i nie potrafią o nim nic powiedzieć. Byłem tym zaskoczony. przecież Robert spędzał w kościele tyle czasu. Po latach, kiedy zapytano jednego z tych księży, co robił w dzień zaginięcia Roberta, był w stanie dokładnie odtworzyć ten dzień. Powiedział, że chodził po kolędzie, w jakich godzinach, w których blokach. Ja musiałbym mocno się zastanowić, co robiłem tydzień temu. A on po 20 latach był w stanie bardzo szczegółowo opisać, co robił w dzień zaginięcia. Jeśli prawda jest taka, o jakiej myślę, to ostatnie zeznania trójki księży odczytuję jak uzgadnianie wersji wydarzeń. 

Czy dobrze zrozumiałem - pana syn był członkiem duszpasterstwa akademickiego, a ksiądz, który je prowadził twierdzi, że nie pamięta Roberta?

- Dokładnie tak. Co ciekawe Robert spędził sylwestra z ludźmi z duszpasterstwa i był tam też ksiądz Adam. Rozmawiali na tej imprezie ze sobą przez bardzo długi czas. To jak on może tego nie pamiętać?

Ksiądz Adam po zaginięciu Roberta kontaktował się z panem? Próbował jakoś pomóc, angażował się w poszukiwania?

- Nie, nie było żadnego kontaktu, ani pomocy z jego strony. Jakiś czas po zaginięciu żona zamówiła mszę za Roberta, a ksiądz Adam nie przeczytał intencji. Potem mówił, że nie wie, czy ma się martwić za zmarłego czy żywego.

- Kiedy sprawą w 2015 roku po raz pierwszy zajęli się śledczy, to ksiądz Adam nagle zadzwonił do Krakowskiego Archiwum X i dopytywał, czy coś w sprawie Roberta wiadomo, bo słyszał w radiu, że sprawa zmierza ku końcowi.

Zaskakujące. Ksiądz Adam nie angażuje się w poszukiwania w 1995 r., ale w 2015 dzwoni do policjantów prowadzących sprawę i dopytuje o jej szczegóły.

- To jest w aktach. Myślę, że to świadczy o tym, że chciał się dowiedzieć, co się w sprawie dzieje, ale nie z ludzkiej ciekawości czy troski. Zresztą w aktach jest opinia biegłej, która pisze wprost, że zeznania trójki księży należy uznać za niewiarygodne.

"Z tych dokumentów wynika, że cała trójka księży jest niewiarygodna"

Nawiązuje pan do opinii psychologicznej, która liczy blisko 50 stron. Zapoznałem się z nią. Biegła sądowa zwróciła w niej uwagę, że w swoich zeznaniach ksiądz Adam jest niekonsekwentny, kontroluje swoje wypowiedzi, przedstawione fakty są niespójne, a podczas odpowiedzi na temat Roberta jąka się, co nie zdarza mu się w przypadku innych tematów. Konkluzja psycholog jest taka, że nie można wyjaśnień księdza uznać za wiarygodne. Podobnie jest w przypadku księdza Andrzeja i Stanisława.

- Dokładnie tak. Z tych dokumentów wynika, że cała trójka księży jest niewiarygodna. Od razu rodzi się pytanie, dlaczego nie mówią prawdy.

Dlaczego?

- Nie wiem. W aktach jest także opinia biegłego od wariografu. Również z niej wynika, że księża nie mówią prawdy. Ta opinia zawiera także informację, że mają wiedzę o zaginięciu Roberta, ale ją ukrywają. Dlatego myślę, że skoro Robert należał do duszpasterstwa, całej jego życie kręciło się blisko Kościoła i skoro księża nie mówią prawdy, to w duszpasterstwie należy szukać odpowiedzi. Zdaję sobie sprawę, że nie ma ciała. Jednak człowiek, który był zżyty z rodziną, ot tak nie znika bez słowa.

Tuż po zaginięciu Roberta pojawiła się informacja, że mógł on wstąpić do sekty.

- Ja w to nie wierzę. Kiedy wróciłem z Rosji, przeszukałem cały pokój Robusia i nie znalazłem żadnej ulotki agitacyjnej, żadnej notatki, niczego co mogłoby świadczyć o jego zainteresowaniu tematem sekt.

Skąd zatem ten temat się pojawił?

- W aktach jest dokument, zapisek policyjny. Kilka dni po zaginięciu Roberta to ksiądz prowadzący duszpasterstwo akademickie zasugerował śledczym, że syn mógł wstąpić do sekty w Glanowie. W dzień rozmowy z księdzem nieznana osoba zadzwoniła na policję i powiedziała, że Robuś był widziany w aucie tej sekty.

Interesujący zbieg wydarzeń.

- Z akt wynika, że o sekcie mówili tylko księża. Moim zdaniem rozpuszczanie takich plotek jest celowe. Sugerowanie, że Robert poszedł do sekty jest odwracaniem uwagi od właściwych poszukiwań. Wszyscy wiedzą, jak w 1995 r. postrzegane były sekty. Jeśli człowiek trafiał do sekty, to oznaczało, że słuch przepada. O sekcie mówił w większości ksiądz Adam i Andrzej.

Panu udało się porozmawiać, z którymś z trójki księży?

- Nie.

"Jeśli coś jest po drugiej stronie, to może tam czeka na mnie Robert"

Czuje pan żal do losu, za to co spotkało pana i rodzinę?

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Czasem się zastanawiam, dlaczego nas to spotkało. Żyliśmy jak normalna rodzina, aż tu nagle tragedia. Jednak zanim do tego doszło, wiele lat wcześniej w 1972 r. urodził się Robert. Pierwszy z trójki naszych dzieci. Lubię wracać w myślach do tamtych chwil. Bardzo się kochaliśmy z żoną. Pamiętam, jak Helena napisała mi list ze szpitala, że mamy upragnionego syna i że jest szczęśliwa.

Umieścił pan ten list w segregatorze poświęconym Robertowi?

- Kiedy Robert się urodził, założyłem mu zielony segregator. Gromadziłem w nim zdjęcia syna i różne pamiątki z okresu dojrzewania. Tę wiadomość od żony umieściłem na początku tego segregatora. Robert często pisał swoje przemyślenia w listach. Ostatni z nich otrzymałem od niego 10 stycznia 1995 r. 

A 10 dni później nastąpił moment, który zmienił na zawsze wasze życie.

- Kiedy wróciłem z Rosji do domu, żona była wrakiem człowieka, nic nie jadła i nie piła. Wtedy jak dzwonił telefon stacjonarny w domu, to wszyscy do niego biegliśmy. Liczyliśmy, że ktoś przekaże nam informacje na temat Roberta.

Minęło 28 lat i nic. Był kiedyś taki moment, w którym chciał pan powiedzieć: "dość"?

- Nie, nie mogłem. Choć wiem, że rodzina na tym cierpiała.

"Ten pokój to swego rodzaju cmentarz"

Kiedy patrzy się dziś na pokój Roberta, pomieszczenie wygląda jakby nic się tu nie zmieniło. 

- Na ścianie wisi zdjęcie syna. Jest ta sama szafa, w niej wiszą ubrania, są rzeczy Roberta, są książki, są jego kasety. On tutaj się uczył, studiował, czytał, odpoczywał. Można powiedzieć, że ten pokój zrobił się swego rodzaju cmentarzem.

Ten pokój jest nim cały przesiąknięty?

- Ktoś powie, że zrobiłem z tego pokoju świątynię. Ale co miałem zrobić, skoro mój syn nie ma grobu?

W jakiś szczególny sposób spędzi pan ten dzień?

- Syn zamówił mszę za Roberta. To taki zewnętrzy objaw tej pamięci. Jednak najważniejsze jest to, co człowiek ma w głowie i w sercu. Te wspomnienia.

Co by pan powiedział osobie, która skrzywdziła Roberta?

- "Dlaczego to zrobiłeś?" Po tylu latach cóż mógłbym powiedzieć? Nieważne, czy ta osoba się przyzna, czy osądzi ją ten ziemski sąd. Jeśli jest osobą wierzącą, będzie musiała o tym wszystkim opowiedzieć przed innym sądem.

A jeśli jednak doszłoby do rozprawy przed tym ziemskim sądem?

- Gdyby poproszono mnie o wygłoszenie mowy końcowej, powiedziałbym: puśćcie tego człowieka wolno. Zrobił ogromną krzywdę. Jednak żadne więzienie, żadna kara, żadna cela nie przywróci mi syna. Puśćcie go wolno. Niech tylko powie, gdzie zakopał ciało mojego syna. Tak, abym mógł pochować jego szczątki. Tak, aby mógł zapalić świeczkę.

Wierzy pan, że to nastąpi?

- Nie wierzę. Ja już gasnę. Z każdym rokiem jestem coraz starszy i mam mniej sił. Jeśli coś jest po drugiej stronie, to może tam czeka na mnie Robuś i on mi wszystko opowie. 

* imiona duchownych zostały zmienione

Jeśli masz informację w sprawie Roberta Wójtowicza lub chcesz podzielić się spostrzeżeniami? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Małopolskie | Kraków

Reklama

Reklama

Reklama