Reklama

Prokurator wyśmiała ważny trop w sprawie Iwony Wieczorek. Rozmowa z Mikołajem Podolskim - część druga

- Usłyszałem w słuchawce śmiech pani prokurator i że coś próbujemy połączyć na siłę. Potem powiedziałem coś, czego oni wówczas nie wiedzieli, czyli że według moich źródeł Krystek był bliskim współpracownikiem Dream Clubu, werbował tam młode pracownice, zawoził je i odwoził, i zaczepiał dziewczyny w klubie. Przez pięć lat nikt nie sprawdził tego wątku - mówi w rozmowie z Interią Mikołaj Podolski, dziennikarz śledczy i autor książki "Łowca nastolatek. Prawdziwa historia Krystka i Zatoki Sztuki". To on w 2015 r. przekazał śledczym informację o tym, że kluczem do rozwiązania zagadki zaginięcia Iwony Wieczorek mogą być osoby związane z Zatoką Sztuki. Śledczy na poważnie tym tropem podążyli dopiero w 2022 r.

O przeszukaniach budynku Zatoki Sztuki, zaskakującej aktywności w sieci Marcina T., o Krystianie W. pseud. Krystek, którego z Iwoną łączył policjant, o Patryku Kalskim, który przyszedł do jednej z redakcji z pistoletem, o ludziach z otoczenia Dream Clubu, w którym w noc zniknięcia bawiła się dziewczyna, gangsterach, którzy próbowali sprawę zaginięcia nastolatki wykorzystać w walce z konkurencyjną grupą oraz o śmierci osób, które mogły mieć dużą wiedzę, w rozmowie z Interią opowiada Mikołaj Podolski, dziennikarz śledczy i autor książki "Łowca nastolatek. Prawdziwa historia Krystka i Zatoki Sztuki". Sprawą Iwony Wieczorek zajmuje się on od blisko ośmiu lat i jako jeden z nielicznych zapoznał się z aktami sprawy.

Reklama

W Interii prezentujemy drugą część wywiadu z dziennikarzem. Pierwszą możesz przeczytać tutaj.

Dawid Serafin: Od kilkunastu dni śledczy przeszukują budynek Zatoki Sztuki. W tle działań pojawia się sprawa zaginięcia Iwony Wieczorek. Dlaczego?

Mikołaj Podolski: - Przede wszystkim musimy zaznaczyć, że Zatoka Sztuki w momencie zaginięcia Iwony Wieczorek nie istniała. Osoby, które planowały ją założyć, miały wtedy inne kluby, w tym Dream Club. To właśnie w nim w wieczór zaginięcia bawiła się ze znajomymi Iwona Wieczorek. Przyszła siedziba Zatoki była zapuszczoną ruderą, czekającą na remont.

- Tuż po zaginięciu nastolatki pojawiła się anonimowa informacja, że w sopockich Łazienkach Północnych, niedaleko budynku, w którym miała wkrótce powstać Zatoka Sztuki, porzucone zostało ciało Iwony Wieczorek. Policjanci pojechali na miejsce, jednak nic tam nie znaleźli.

Działania śledczych mogą mieć związek z tamtą anonimową informacją?

- Być może jest coś na rzeczy, ale tego nie wiemy. Jestem w kontakcie z paroma osobami i śledczy bardzo pilnują, żeby powód tych działań nie wydostał się na zewnątrz. Może i dobrze. Moim zdaniem realne są trzy możliwości. Pierwsza: ktoś wskazał to miejsce z jakiegoś powodu, a śledczy uznali, że trop jest wart sprawdzenia. Druga możliwość jest taka, że wszystko, co dzieje się obecnie, to akcja pokazowa, której towarzyszy dyskretna obserwacja pewnych osób. I trzecia wersja jest taka, że prokuratura i policja przygląda się raz jeszcze wątkom Zatoki Sztuki, które mogą mieć związek z zaginięciem Iwony Wieczorek, tylko porządniej. 

- To, że kopią, to nie jest nic nowego. Policjanci do sprawy Iwony przekopali już kilka działek i kilkakrotnie park Reagana. Teraz jest o tej akcji głośniej, bo jesteśmy po zatrzymaniu Pawła, prawdopodobnym odnalezieniu Pana Ręcznika i to się dzieje w samym Sopocie, dosłownie na plaży.

- Zwrócę jeszcze uwagę na jedną rzecz: kilka miesięcy temu dostałem cynk od informatorów, że Zatokę przejęli tajemniczy zakonnicy. Pojechałem tam, posprawdzałem, podzwoniłem i faktycznie okazało się, że ją przejęli i zamknęli. Czyli po raz pierwszy od 11 lat można było tam działać bez zakłócania działalności gospodarczej. To też mogło mieć wpływ na to, że przeszukanie odbywa się teraz.

Wskazał ważny trop dotyczący Iwony Wieczorek. Usłyszał śmiech prokuratora

Ty razem z redaktor Martą Bilską już w 2015 r. poinformowaliście śledczych, że postać Krystiana W. pseud. Krystek związanego zarówno z Zatoką Sztuki, jak i Dream Clubem, może być kluczem do rozwiązania zagadki zniknięcia nastolatki.

- "Krystka" wzięliśmy pod lupę w czerwcu 2015 r., bo pojawiły się informacje, że mógł wykorzystać seksualnie kilka nastolatek, a my w miesięczniku "Reporter" bardzo nie lubiliśmy gwałcicieli. Jako pierwsi w artykułach prasowych wskazaliśmy, że nie mógł działać sam i nasze śledztwo doprowadziło nas do klubów, z którymi współpracował, a więc do Zatoki Sztuki i Dream Clubu. Bez naszych publikacji prawdopodobnie całe policyjne śledztwo w tej sprawie zamknęłoby się na nim i nigdy by nie wyszło na jaw, że miał związek z tymi lokalami. Nawet bardzo możliwe, że by je szybko umorzono i nikt by już tego nie pamiętał. Szliśmy jednak dalej, odkrywaliśmy kolejne szokujące fakty i w kolejnych tygodniach znaleźliśmy kilka powiązań tej sprawy ze sprawą Iwony Wieczorek.

- Przyznam, że trochę się wtedy wkurzyłem, bo mój szef z "Reportera" Janusz Szostak od ponad dwóch lat namawiał mnie wtedy, żebym zrobił śledztwo w sprawie Iwony Wieczorek, a ja nie chciałem ruszać jej sprawy nawet kijem. Chciałem po prostu, żeby Krystek poszedł siedzieć i skończyć temat. No ale skoro takie wątki się pojawiły, to musieliśmy zacząć prowadzić tę sprawę dwutorowo, badając również wątki Iwony.

Jakie to były wątki?

- Pierwszy poważny dotyczył policjanta, który spotykał się z Iwoną przed zaginięciem. Udało nam się ustalić, że łączyły go dobre relacje z Krystkiem. Policjant był bywalcem Dream Clubu, znał się z obsługą.

Rozmawiałeś z tym policjantem?

- Tak. Okłamał mnie. Powiedział, że zna Krystka tylko na "cześć". Potem jednak wyszło na jaw, że znali się lepiej, czasem do siebie dzwonili.

Były inne powiązania?

- Całkiem sporo. Np. towarzyskie. Najlepsza przyjaciółka Iwony znała się z jednym z najważniejszych menadżerów klubowych, kumplem "Krystka". Ten facet potem twierdził, że słyszał, że Iwona stała pod barem i wyglądała, jakby szukała kogoś do zabawy. Czy tak rzeczywiście było, tego nie wiem, ale na pewno Iwona bawiła się też wcześniej nieraz w klubie Organika, położonego trzy minuty pieszo od Dream Clubu, należał do tych samych ludzi. 

- Według moich informacji najprawdopodobniej znała się też z jednym z ochroniarzy, którzy pracowali w tych klubach. Co więcej, z ustaleń Sylwestra Latkowskiego i Michała Majewskiego wynikało, że kiedy zaginęła, na jej biurku znajdowała się karteczka z numerem do szefa selekcji Dream Clubu. To ten sam mężczyzna, do którego dzwonił potem Paweł, z którym Iwona się bawiła w wieczór przed zaginięciem, żeby pomógł mu załatwić nagrania z klubu dla policji.

A jak w 2015 r. zareagowali śledczy, kiedy zwróciliście im uwagę na powiązania pomiędzy osobą zamieszaną w jedną z największych seksafer w Polsce (Krystek oskarżony jest o 65 przestępstw, z czego 40 o charakterze seksualnym, w tym gwałty i usiłowanie gwałtów. Pokrzywdzone są 33 kobiety. Proces trwa - przyp. red.) a zaginięciem Iwony Wieczorek?

- Zadzwoniłem do śledczych. Usłyszałem w słuchawce śmiech pani prokurator i że coś próbujemy połączyć na siłę. Potem powiedziałem coś, czego oni wówczas nie wiedzieli, czyli że według moich źródeł Krystek był bliskim współpracownikiem Dream Clubu, werbował tam młode pracownice, zawoził je i odwoził, i zaczepiał dziewczyny w klubie. Kosztowało mnie to wiele miesięcy harówki, bo panowała ogromna zmowa milczenia i niektóre osoby zastraszono, ale dotarłem do dziewczyn, które potwierdzały te informacje. 

- Według moich informatorów miał też zmuszać młode dziewczyny do prostytucji. Śledczy sprawdzili wtedy akta Iwony Wieczorek i okazało się, że nie było w nich ani śladu Krystka. Nawet w materiałach operacyjnych. Przez pięć lat nikt nie sprawdził tego wątku. W ogóle za bardzo nie sprawdzono Dream Clubu, mimo że to było miejsce, które Iwona opuściła przed zaginięciem. Lekko mnie zmroziło, kiedy to usłyszałem.

Zatoka Sztuki. "Wielu wątków nie byłoby w aktach, gdyby nie nasza praca"

Po przekazaniu tej informacji zostałeś wezwany na przesłuchanie w charakterze świadka.

- Po opublikowaniu przez nas pierwszych publikacji i po tym, jak sprawie zaczęli przyglądać się Latkowski z Majewskim, którzy dziennikarsko nas wsparli, po pięciu latach od zaginięcia Iwony stałem się w jej sprawie pierwszym dziennikarzem, który został wezwany na przesłuchanie. Było moim zdaniem owocne, choć bardzo męczące, trwało pięć godzin. Wiele wątków Dream Clubu i Zatoki Sztuki nie byłoby w aktach, gdyby nie moja i Marty Bilskiej praca. Ale kontaktowaliśmy się później z policją jeszcze długi czas, różnymi drogami, bo nasze dziennikarskie śledztwo trwało dalej, przekazaliśmy dużo informacji. Np. o mężczyźnie, który bawił się w Dream Clubie tamtej nocy.

Kto to był?

- To dobry znajomy Krystka. Balowali czasem razem. Udało mi się do niego dotrzeć i zadać kilka pytań. Twierdził, że Iwona została mu wtedy przedstawiona w Dream Clubie przez Pawła. Ale potem zaczął forsować jakieś głupoty, żeby wybielać Krystiana. Wtedy nie został przesłuchany, podobnie jak wiele osób, które tam były tamtej nocy. Wiem jednak, że po moich zeznaniach śledczy próbowali nadrabiać zaległości, ale zapanowała jakaś dziwna epidemia amnezji i ludzie pozapominali wiele ważnych faktów.

Widać w mediach społecznościowych, że obecne działania Prokuratury Krajowej bardzo mocno uaktywniły Marcina T. To był szef Zatoki Sztuki.

- Ta aktywność nie musi o niczym świadczyć, ale należy odnotować, że po rozpoczęciu poszukiwań w Zatoce Sztuki znów zaczął publikować w sieci niepoważne posty. Oczywiście często w nich kłamie, jak to on. Co ciekawe, odkąd wybuchła seksafera osiem lat temu, przez te wszystkie lata praktycznie nie odnosił się publicznie do wątków dotyczących Iwony Wieczorek. Przedtem w publikowanych wpisach bronił głównie siebie, swoich współpracowników czy klubów przed seksaferą z Krystkiem w roli głównej, ale do wątków na temat Iwony prawie nie komentował. Ostatnio to się zmieniło.

Coś w tych najnowszych wpisach cię zaskoczyło?

- Wciąż najbardziej mnie zaskakuje, że on w ogóle się odzywa i ma tupet, żeby kłamać. Facet jest w trakcie procesu, prokuratura oskarżyła go o seksualne wykorzystaniu pięciu nieletnich dziewcząt. Moim zdaniem liczy na naiwność niektórych dziennikarzy. Ma też swojego "pomocnika", który tak odlatuje w kosmos z niektórymi twierdzeniami, że mógłby zostać radzieckim kosmonautą. Ostatnio przesłał komuś jakiś dokument, na którym był mój podrobiony podpis i miał nawet twierdzić, że widział, jak go złożyłem, mimo że ja się z nim nigdy nie spotkałem. A kiedyś twierdził w internecie, że widział mnie koło Zatoki, jak chowałem się za drzewem, podczas gdy ja przebywałem 200 km dalej, w innym województwie. Chłop ma najwidoczniej jakiś wewnętrzny spór z rzeczywistością.

- Obaj twierdzą, że był rzekomo jakiś wielki spisek przeciwko Zatoce. W mojej ocenie bazują na tym, że proces jest niejawny, a część dziennikarzy opisujących sprawę nie zna jej kulisów albo nie sprawdza serwowanych im informacji. Ale to nic trudnego - niech przeczytają moją książę, to będą wszystko wiedzieć. W kilku postępowaniach musiałem zeznać, że książka jest prawdziwa, źródła istnieją, nie przekręcałem faktów i nikt tego nie podważy. To takie kompendium tej sprawy. Napisałem ją po części również po to, żeby odczarować wiele kłamstw na temat tej sprawy. Przykro mi teraz patrzeć, jak mimo wielu lat mojej pracy teraz niektórzy dziennikarze próbują bezmyślnie forsować wersję założycieli Zatoki Sztuki.

- Ale podam jeden konkret z ostatnich wpisów Marcina T.: analizowałem współpracę Krystka z jego klubami i wciąż nie do końca rozumiem, dlaczego T. początek tej współpracy datuje mniej więcej na rok 2012. Ze zdobytych przeze mnie zdjęć i rozmów z wieloma informatorami wynika, że ta współpraca zaczęła się na długo, zanim Iwona zaginęła. Takie same ustalenia poczynili śledczy. Byli przekonani, że ich współpraca mogła zacząć się mniej więcej w 2008 r. Taki zapis znajduje się we wnioskach końcowych z aktu oskarżenia dla Krystka i Marcina T., a przypomnę, że byłem jedynym dziennikarzem, który dostał od sądu zgodę na wgląd do tych akt i widziałem go na własne oczy.

Sprawa Iwony Wieczorek. Tajemniczy wpis w sieci

Ludzie związani z Zatoką Sztuki w 2010 r. prowadzili także Dream Club, w którym w noc zaginięcia bawiła się Iwona Wieczorek razem ze znajomymi. Co to było za miejsce?

- Dream Club znajdował się przy słynnym "Monciaku", czyli deptaku prowadzącym z centrum Sopotu do molo. Codziennie chodzą tamtędy tysiące turystów. Przy tym deptaku mieści się charakterystyczny Krzywy Domek, jedna z największych atrakcji miasta. W środku w tamtym czasie znajdowały się dwa lub trzy kluby, Dream Club był najwyżej.

- Był najbardziej ekskluzywną dyskoteką w Trójmieście, a być może i w północnej części Polski. Ludzie, którzy tam przychodzili, chwalili się tym, umieszczali zdjęcia w internecie. Nie każdy mógł wejść do środka, ponieważ była selekcja. W samym Dream Clubie był również tak zwany VIP Room i niektórzy mieli karty vip-owskie. Był to także jedyny klub na północy kraju, w którym nad tańczącym tłumem huśtały się młode dziewczyny. Niektóre z nich do tej pracy zwerbował Krystek.

W kontekście Dream Clubu i Krystka pojawia się także wątek tajemniczej internautki Lidii90 i jej wpisu.

- Ona, krótko po zaginięciu Iwony, zamieściła bardzo tajemniczy wpis w sieci, używając szyfrowań TOR, żeby nikt nie mógł ustalić jej tożsamości. Twierdziła, że zaginięcie Iwony Wieczorek może mieć związek z "alfonsem Krystkiem z Dream Clubu". W tym wpisie pomieszała jednak postacie dwóch Krystianów. Ten drugi był starszy, ale też istniał i był posądzany w środowisku trójmiejskim o upodobania do młodych dziewcząt. Tyle że to nie on był współpracownikiem Dream Clubu.

- Wyjaśniliśmy razem z Martą te wątpliwości dotyczące pomieszania tych dwóch Krystianów w jednym z artykułów. Starszy Krystian miał bardzo dużą wiedzę o Trójmieście, ale niestety nie chciał z nami rozmawiać. Kiedy opublikowaliśmy obszerny reportaż na temat wpisu Lidii90 i różnych podejrzeń, które można było z niego wysnuć, wysłał mi emotkę kciuka uniesionego w górę. Co miał na myśli, tego nie wiem i się już nie dowiem. Zmarł kilka tygodni później.

Kilka dni temu zmarł również Patryk Kalski, który był ważną osobą w Zatoce Sztuki. Był też osobą, która groziła ci w momencie, kiedy mozolnie zbierałeś materiały podczas pracy śledczej nad seksaferą.

- Zachowywał się jak chory z nienawiści fanatyk. W moim przypadku wysłał chociażby wiadomość z informacją, że wie, gdzie mieszkam. A do redakcji Trojmiasto.pl przyszedł z pistoletem i chciał, żeby nie pisać o Zatoce Sztuki w kontekście seksafery. Zaczepiał też paru innych dziennikarzy. Co ciekawe, dostał kilka lat wcześniej wyrok za pobicie innego pracownika mediów, ale nie pamiętam już, czy był prawomocny.

- Już wtedy wiedziałem, że został zmanipulowany, ktoś nakładł mu do głowy strasznych głupot, że cała seksafera została wymyślona, żeby przejąć Zatokę Sztuki. Niestety uwierzył w te bzdury. Tak wynikało z moich kontaktów z nim. Nie zdołał mnie zastraszyć ani zmusić do przerwania dziennikarskiego śledztwa, ale nie dało się nie zwrócić na niego uwagi.

- Pamiętam też, że jedna z osób z sopockiego środowiska klubowego zamieściła na Facebooku komentarz na temat seksafery. W sumie nic specjalnego, to były jakieś niewinne docinki. Patryk w kilka minut zdobył numer telefonu do tej osoby i zadzwonił z uprzejmą prośbą, by już tego nie robiła. Była przerażona.

Jednak przed śmiercią zmienił stronę barykady.

- Patryk nie bronił Zatoki Sztuki do końca. Odwrócił się od niej niedawno. Nie chodziło o jakieś szczytne idee, poróżnili się o pieniądze. Spotkał się z dwójką dziennikarzy, powiedział trochę ciekawych rzeczy.

- W ostatnich miesiącach życia mówił źle zarówno o Zatoce, jak i o samym Marcinie T. I na sto procent pomagał śledczym kilka miesięcy temu w czynnościach, bo widziały to moje źródła. Muszę jednak podkreślić, że Patryk o niektórych rzeczach nie wiedział i na pewno nie odgrywał żadnej roli w klubowym życiu Dream Clubu, kiedy w 2010 r. bawiła się tam Iwona Wieczorek.

- Ponieważ został świadkiem w postępowaniu dotyczącym Zatoki, musimy teraz oczekiwać od śledczych, żeby rzetelnie zbadali tę śmierć. I nic więcej. Na pewno nie robiłbym z niego świętego czy męczennika, bo to jest chore.

Patryk Kalski nie żyje. Wiemy, kiedy i gdzie odbędzie się pogrzeb - czytaj w serwisie Pomponik.pl

"Chcę, aby ta sprawa się wyjaśniła, ale w to nie wierzę"

Z perspektywy czasu wydaje się, że grzechem głównym policjantów i prokuratury tuż po zaginięciu Iwony Wieczorek było zbagatelizowanie ludzi z otoczenia Dream Clubu. Tak jak mówisz, trzeba być dalekim od ferowania wyroków, ale przez lata nikt nie weryfikował wersji tych osób.

- Nie chcę mówić, że to grzech główny, ponieważ nie znam rozwiązania sprawy, być może tkwi ono zupełnie gdzieś indziej. Ale już osiem lat temu pukaliśmy się w głowę, gdy okazało się, że oni prawie w ogóle tego nie sprawdzali.

- Boli mnie to podwójnie, bo rozmawiałem z wieloma pokrzywdzonymi, one wylały sporo łez podczas rozmów ze mną. Wpis Lidii90 o "alfonsie Krystku z Dream Clubu" pojawił się w sierpniu 2010 r. Gdyby śledczy wtedy poszli tym tropem i w ogóle sprawdzili, czy dla Dream Clubu pracuje jakikolwiek "Krystek" i czy jest alfonsem albo czy przynajmniej tam bywa, to być może wiele z tych dziewczyn nigdy by go później nie spotkało. A tak jego sprawa wypłynęła dopiero pięć lat później, przez ten czas odbył sporo spotkań z nieletnimi dziewczętami. Wiele zarzutów ma za ten okres.

Czemu twoim zdaniem tego wtedy nie sprawdzono?

- Nikt głośno tego nie powie, ale w 2015 r. z Martą Bilską ustaliliśmy, że kluby Marcina T. ochraniane były przez agencję ochrony Sako, założył ją były policjant. Moi informatorzy posądzali ją o zatrudnianie do pracy czynnych policjantów. Porozmawiałem z szefem tej agencji, on zaprzeczył. Jednak przyznał, że pracowali u niego emerytowani policjanci. A wiadomo, jak to jest z emerytami w mundurówkach - mogą być nawet jeszcze przed 40-tką. Być może dlatego policja nie sprawdzała tych wątków, bo uznała, że ci ochroniarze daliby im znać, gdyby wiedzieli o czymś dziwnym. A może nawet nie sprawdzali ich ze względu na znajomości.

- Moim zdaniem trzeba było prześwietlić otoczenie Dream Clubu i ludzi tam pracujących już na samym początku, choćby dla rzetelności. Na szczęście po naszych artykułach w 2015 r. zaczęto to robić, choć niektórzy dziennikarze mnie wtedy za to obrażali w swoich publikacjach, a detektyw Rutkowski z tego powodu nieelegancko mówił na mój temat na konferencji prasowej. Zresztą on robił wtedy dużo, żeby opinia publiczna skupiła się na innych wątkach.

Ta sprawa jest wyjątkowa jeszcze z jednego powodu. Żadna inna historia kryminalna w Polsce nie jest tak medialna, jak ta. Tylko jeden wątek poświęcony Iwonie Wieczorek liczył 238 tys. wpisów.

- To był najdłuższy wątek w historii polskiego internetu. To forum już nie istnieje, ale osoby interesujące się tą sprawą przeniosły się m.in. do grup na Facebooku i są bardzo aktywne. Jest ich tam co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. Masz rację, żadna inna sprawa kryminalna nie wzbudziła aż takiego zainteresowania. I pewnie już nigdy żadna tego nie przebije w Polsce.

Z pewnością wielu z tych osób zależy na rozwiązaniu zagadki zaginięcia Iwony. Wysyłają wiele informacji czy swoich ich przemyśleń. Jak w tej ogromnej materii się nie pogubić?

- Czasem się nie da. Wiem, że we wcześniejszych latach śledczy mieli taki przesyt informacji, że nie wszystkie z nich były rejestrowane. Starali się selekcjonować na bieżąco. Jeśli coś wydawało się wiarygodne, to dopiero wtedy to sprawdzali. W żadnej sprawie nie pojawiło się także tak wielu jasnowidzów i wróżek, jak w sprawie Iwony Wieczorek.

A ty dostałeś jakieś niecodzienne wiadomości w tej sprawie?

- Oczywiście. Był np. pan, który twierdził, że Iwonę uprowadziła mafia taksówkarzy, którzy podoklejali sobie sztuczne uszy i nosy, a potem pojechali na pogrzeb do Słupska. Wysłał mi na ten temat kilkadziesiąt wiadomości i masę zdjęć, oczywiście ze zbliżeniami na nosy i uszy. Była też pani, która zwichnęła sobie kostkę i na zdjęciu rentgenowskim tej kostki objawiła się jej Iwona Wieczorek. Jej zdaniem to był znak. Nawet kilka dni temu odezwała się kobieta, która po analizie doszła do wniosku, że można namierzyć Iwonę, sumując liczbę liter z imienia i nazwiska, bo wtedy stworzą algorytm z rozwiązaniem. Do tego doszła cała masa wizji, przepowiedni, snów itd. To też wyróżnia to zaginięcie - nigdzie indziej nie ma tylu osób, które twierdzą, że mają paranormalne zdolności i że Iwona jakoś się z nimi kontaktuje.

- Zaznaczę, że nie lubię sprawy Iwony, jakoś specjalnie się do niej nie przywiązywałem, mało ludzi mnie z nią identyfikowało i mimo to co jakiś czas przysyłano mi takie wizje. Janusz Szostak, który napisał o Iwonie dwie książki, dostawał takie cuda wianki codziennie, ale on nie wykluczał istnienia zjawisk paranormalnych, więc był dla tych ludzi bardziej wyrozumiały. Ja wolę sięgać do różnych opracowań naukowych albo swoich podręczników ze studiów - o kryminologii, kryminalistyce, medycynie sądowej czy wiktymologii, a wszystkich takich "nadprzyrodzonych" grzecznie prosiłem, żeby dawali mi spokój.

- Wiem, że śledczy też dostawali masę takich zgłoszeń. Takie osoby oczywiście chciały dobrze, ale w mojej ocenie utrudniały jednak w ten sposób postępowanie, bo zawaliły sprawę zgłoszeniami bez dowodów.

Sprawę Iwony Wieczorek w pewnym momencie zaczęli wykorzystywać także gangsterzy.

- Janusz mi mówił, że był taki okres, kilkuletni, że gangsterzy z Trójmiasta doszli do wniosku, będą pakować swoją konkurencję w sprawę Iwony Wieczorek. I przychodziła taka osoba z jednego gangu, mówiąc, że ktoś z drugiego może być wmieszany w zabójstwo Iwony Wieczorek. Potem w rewanżu przychodził ktoś z drugiego i nadawał na swoją konkurencję. Np. "Iwona pracuje w burdelu tamtych". 

- Chyba zrozumieli, że śledczy nic nie mają i że mogą komuś narobić kłopotów. Podobnie było z więźniami, którzy chcieli opowiadać o Iwonie z różnych względów, czasem prawdopodobnie nawet z nudów, żeby ktoś ich odwiedził i oczywiście żadne z ich twierdzeń nie znalazło potwierdzenia w faktach. Do tego doszła masa doniesień z zagranicy, które trudno zweryfikować, a nawet oszuści - jeden cwaniak chciał wyłudzić pieniądze od rodziny Iwony za rzekome informacje.

- Trzeba jednak powiedzieć, że gdyby nie to olbrzymie zainteresowanie ludzi, mediów i rzesze internautów, to po roku nikt by się o tej sprawie już nie pamiętał.

Wierzysz, że sprawa zaginięcia Iwony Wieczorek się wyjaśni?

- Nie. Oczywiście chciałbym, aby się wyjaśniła, ale wciąż nie ma we mnie za bardzo wiary w rozwiązanie. Już w styczniu 2013 r., kiedy powstawał pierwszy w historii numer "Reportera" i Janusz Szostak po raz pierwszy próbował namówić mnie na serię artykułów o Iwonie, powiedziałem mu, że nie chcę się tym zajmować, bo nie wierzę, że to cokolwiek zmieni. Mija właśnie 10 lat od tamtej naszej rozmowy, Janusza już nie ma i nie ma wciąż ani jednego śladu po Iwonie, żadnego prawdziwego dowodu. Jak być tu optymistą?

- Do tego dochodzą do mnie sygnały, jakoby ktoś, kto raczej powinien się teraz skupić na tej sprawie, zamiast tego rozprowadza na mój temat jakieś powymyślane informacje, z niewiadomego mi powodu ma też pałać do mnie nienawiścią, więc musiałem o tym poinformować prawników. Zresztą podobnie działa ostatnio osoba znajdująca się blisko sopockiej seksafery. Dziwna ta koincydencja.

- Szczerze to wolałbym być z dala przynajmniej od sprawy Iwony, ale Janusz przed śmiercią wtajemniczył mnie w dwa wątki, których nie zdążył już sprawdzić i zostawił jeden kontakt, który będę pewnie musiał dokończyć za niego. Nie wiem, po co to zrobił, nie mógł przewidzieć swojej nagłej śmierci, a ja nie współpracowałem już z nim od kilku lat. Jego żona mówiła mi, że chciałby, żebym spróbował dociągnąć tę sprawę do końca. Czuję jakiś moralny obowiązek, żeby się temu przyjrzeć, sprawdzać jeszcze niektóre rzeczy, bo był moim kolegą, choć już dawno mam tej sprawy dość.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

Skomentuj ten artykuł na Facebooku!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Iwona Wieczorek | pomorskie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy