Reklama

Reklama

Stuhrowi byłoby łatwiej, gdyby mniej moralizował

Ludzie popełniają błędy, czasem bardzo poważne, czasem popadając w konflikt z prawem. To co przydarzyło się Jerzemu Stuhrowi zdarza się setkom osób każdego roku. Ale nie każda z nich wykorzystywała swoją sławę, by pouczać zepsuty ludek z perspektywy moralnej i intelektualnej ambony.

Jedną z najbardziej ponurych przywar naszej rzeczywistości społeczno-medialnej jest jej przewidywalność. Już kilka godzin po tym jak pojawiła się informacja na temat wypadku spowodowanego pod wpływem alkoholu przez gwiazdora i profesora uniwersyteckiego Jerzego Stuhra pojawiły się dwie narracje. Z jednej strony potępienie. Generalnie słuszne skąd inąd, bo w końcu aktor miał "schodzące" 0,7 promila we krwi i oddalił się (wedle swojej wersji "nie uciekł") z miejsca spowodowanej przez siebie kolizji. Ale oczywiście podszyte sporą złością lub złośliwą satysfakcją, że to właśnie angażujący się w życie publiczne i ferujący oceny moralne Jerzy Stuhr.

Reklama

Z drugiej strony pojawiła się narracja, że to przeciwnicy ideologiczni Jerzego Stuhra i bliskiego mu świata politycznego związanego z dawną ekipą władzy cynicznie wykorzystują problemy aktora. Przypominano, że w niektórych krajach alkoholu można za kółkiem wypić więcej, Stuhr mógł motocyklisty nie zauważyć, a w dodatku "ma zasługi".

Dla mnie sprawa jest prosta. Jerzy Stuhr, w przeciwieństwie do syna, jest wybitnym aktorem. Nie usprawiedliwia go to i powinien ponieść konsekwencje, bo zrobił rzecz złą, w dodatku sprawa mogła się skończyć dużo gorzej. I byłoby tyle. Roli w "Seksmisji" mu to nie odbierze, szybciej się jej wyprze ze względu na polityczną poprawność. Byłoby tyle, gdyby nie fakt, że profesor Stuhr z upodobaniem pochylał się nad zgnilizną moralną i intelektualną, którą dotyka naszego społeczeństwa.

Drogowskazy moralne

Pod tym względem sprawa jest bardzo podobna do starej już afery, która dotyczyła Krzysztofa Piesiewicza. Senator i mecenas, człowiek zdolny i zasłużony, z upodobaniem wypowiadał się nad otaczającym go zepsuciem moralnym i upadkiem obyczajów. Tym bardziej niszczące było ujawnienie faktu, że padł ofiarą bandy ordynarnych sutenerów, którzy nagrali go nie tylko z prostytutkami, ale też podczas zażywania białego proszku (który w dalszym "przewodzie" sądowym uznano niekoniecznie za narkotyk). Gdyby Piesiewicz był jakimś lewicowym libertynem albo nawet i prawicowym cynikiem, to kto wie, może i by - przy swoim nazwisku i niewątpliwych zasługach - przetrwał. Problem w tym, że on zapragnął być drogowskazem i moralnym trybunałem. To nie mogło przetrwać takiej próby.

Zachowując proporcje, podobnie jest z Jerzym Stuhrem. Polska, wedle jego słów, była krajem zacofania i zabobonu. Niedoedukowana, czego efektem miały być wybory polityczne Polaków. Ba, aktor sam przyznawał, że za granicą wstydzi się mówić po polsku, do tego stopnia jest krytyczny wobec otaczającego go społeczeństwa.

Mimo wszystko większość przedstawicieli tego budzącego pogardę Stuhra narodu nie robi tego, co on zrobił. A jeśli już im się zdarzy, to nikt się specjalnie nad nimi nie lituje.

Luter się chowa

Tu małe zastrzeżenie i prośba do moich znajomych. Ani mi się równać do wielkich aktorów lub historycznych mecenasów, ale jeśli zacznę udawać drogowskaz moralny, a szczególnie mądrzyć się w sprawach tak zwanego "prowadzenia się", to wsadźcie mnie do przerębli na 10 minut. Jeśli nie pomoże, zostawcie mnie w niej na stałe, bo nie mam ku temu żadnych uprawnień ani mandatu. Znam się trochę na polityce, historii, mediach, więc w tych sprawach się mądrze. A dzisiejsza Polska jest krajem moralizatorów, domorosłych autorytetów, piosenkarek mądrzących się na temat praworządności, aktorów biadających nad upadkiem obyczajów, celebrytów, dziennikarzy i influenserów ferujących werdykty moralne, których ostrość zawstydziłaby Piotra Skargę lub Marcina Lutra skrzyżowanego z Janem Kalwinem. Jeśli ktoś zna choć trochę środowisko mediów to wie, że w większości to ludzie niewątpliwie ciężko pracujący, ale mający małe kwalifikacje na pełnienie roli życiowych latarników.

Jak widać, w przypadku moralności wielu stosuje zasadę doboru kadr komunistycznego wojska "nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera". Problem w tym, że w tej sytuacji polem bitwy staje się codzienne życie, a większość z nas nie jest świętymi. Większości - w tym niżej podpisanemu - zdarzają się różne wpadki i słabości, choć może nie takie jaka przydarzyła się biadolącemu nad marnością otaczającego go społeczeństwa profesorowi Jerzemu Stuhrowi.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy