Reklama

Reklama

Euro po trzy złote oraz błyskawiczny powrót lekarzy z Niemiec

W polityce roku 2022 trzeba mieć grubą skórę, ale i antyperspiranty do jej zraszania. Nasi mężowie stanu, mimo silnego promieniowania słonecznego, ruszyli w Polskę. Z podestów i przez mikrofony usiłują zdobyć bliskość do wyborcy, której żaden ekran telewizyjny czy smarfonowy nie zapewnia.

W ramach "tour de Pologne" Jarosław Kaczyński zawitał do gościnnego Białegostoku, gdzie rozwiązał mu się język. Wśród bukietu poruszonych tematów szczególnie urodziwe było ujawnienie wyborcom, że naprawdę kurs euro wynosi 3 złote, lekarze zaś wracają do kraju. Wesołe komentarze w sieci natychmiast schłodziły bombastyczność polityki. Sprawa dekretowania wartości waluty jest jednak ciut poważniejsza niż walutowy lapsus z Białegostoku.

Euro już za 3 złote

Nie jest tajemnicą, że prezes PiS kocha, lubi i szanuje władzę. Czy można się zatem dziwić, że na moment Jarosław Kaczyński zamienił się w rynek walutowy? 

Reklama

W mieście nad rzeką Białą temperatura była wysoka. Atmosfera się rozluźniła. Półuśmiech wślizgnął się na twarz prezesa PiS. Spośród rytualnych ataków na burzycieli Ojczyzny i innych malkontentów, raptem, wynurzyły się spostrzeżenia natury ekonomicznej. Jarosław Kaczyński orzekł, ile - naprawdę - wart jest środek płatniczy strefy euro.

Oddajmy głos prezesowi, aby myśli z województwa podlaskiego nijak nie wykrzywić: - W Niemczech euro nie jest warte więcej niż trzy złote, a nawet jest mniej warte, a nie tam 4,50 czy nawet pięć. 

Jakie są sekretne źródła owej poselskiej wiedzy ujawnionej w sobotę, nie wiadomo. W każdym razie poniedziałek średnie kursy walut NBP, jak byk wskazywały, że, przynajmniej w Polsce, kurs euro wynosi 4,7002 zł.

Tu nawet Adam Glapiński, prezes NBP i wierny druh prezesa PiS z lat 90., sobie nie poradził.

I lekarze płyną przez Odrę

Warto podkreślić, że owe trzy euro błysnęły w kontekście epickiego tematu szorowania po dnie naszej publicznej służby zdrowia.

U bukmacherów można już zdaje się obstawiać zakłady, czy pacjentowi uda się w ogóle umówić tam specjalistę. Podobno jeszcze w tej kadencji niektóre zawody lekarskie w Polsce zostaną wpisane do czerwonej księgi gatunków zagrożonych.

Tymczasem Jarosław Kaczyński dialektycznie stwierdził, że od 2015 polityka zdrowotna PiS działa coraz lepiej, chociaż - uwaga! - "mimo że w kraju brakuje lekarzy".

Śmiałą myśl można doprowadzić do końca. W terapii siła sugestii bywa tak duża, iż, jak się wydaje, na pacjentów leczniczo będą oddziaływać mury pustych szpitali czy przeciągi w korytarzach.  

Na to jednak w Białymstoku padła ostra riposta: polscy lekarze "będą wracać, bo już dzisiaj nie przyjmują propozycji w Niemczech, bo tam się mniej płaci niż tu".

Serdeczny śmiech naszych eskulapów niósł się po tafli Odry i Nysy Łużyckiej. Nie wiadomo, czy dotarł do uszu Jarosława Kaczyńskiego.

Chichy-śmichy

Pozostaje jednak gogolowskie pytanie, z kogo się tutaj śmiejemy. Wypowiedzi nieformalnego lidera naszego kraju wykazują dość nieokreślony związek z otaczającym światem.

Optymistyczna wersja wydarzeń byłaby taka, że jedną nogą Jarosław Kaczyński znajduje się jeszcze w naszej rzeczywistości. Co z drugą nogą? Nie wiadomo.

Już pierwsza kadencja władzy nieubłaganie oddala polityków od naszego, zwykłego życia. Dwie kadencje to czyste szaleństwo, odlot, zamieszkanie na planecie w odległej galaktyce innych cen, fantazyjnych kursów walut i chyżej a kulturalnej pomocy zdrowotnej dla szczęśliwców.  

Kto by nie chciał skorzystać z publicznej służby zdrowia bez żadnego trybu? Więcej, kto by nie pragnął, otaczający świat rosnących cen w sklepach, oddalić zniecierpliwionym gestem głowy, zaprzątniętej przecież ważniejszymi sprawami?

Można powiedzieć, że to tylko lapsusy, jednorazowe potknięcia, efekt upałów Roku Pańskiego 2022.

Coś jednak zmusza do powątpiewania w tę interpretację. Owe siedem lat u władzy, podczas których w dużej mierze korzystano ze sprzyjającej koniunktury politycznej i ekonomicznej, gdy w dużej mierze sięgano po zgromadzone zasoby i szło jak po maśle. Wówczas androny polityczne mniej rażą, może nawet rozweselają.

Sytuacja jednak wygląda inaczej, gdy przychodzi kryzys, twarde zderzenie z rzeczywistością, jak teraz, gdy zachorujemy czy wejdziemy do sklepu spożywczego - wtedy nagle zza ton słów widać brak pokory. Banalną próżność, która nie skłoniła kogoś u władzy do sprawdzenia przed zabraniem głosu, jak się rzeczy mają.

I już nie chce nam się śmiać ze słów nieformalnego lidera Rzeczypospolitej. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy