Reklama

Reklama

Prof. Andrzej Horban: Kolejna wiosenna fala będzie co najmniej czterokrotnie niższa niż tegoroczna

Prof. Andrzej Horban / Jacek Dominski /REPORTER /Reporter

- Duże fale epidemii, które są groźne, powinny się skończyć wiosną przyszłego roku. Późną wiosną będzie już z górki. Wirus z nami pozostanie, ale nie będzie już dewastował naszego życia - mówi Interii prof. Andrzej Horban, dodając, że w przyszłym roku osiągniemy odporność populacyjną. Doradca premiera ds. COVID-19 przekonuje też, że szczepienia trzecią dawką "są szansą na pozbycie się kłopotów z koronawirusem". Pytany o hejt, odpowiada, że przepuszcza go przez niszczarkę. - Liczba wariatów jest duża. Lepiej tego nie czytać - stwierdza.

Jolanta Kamińska, Interia: Kiedy to wszystko się skończy?

Prof. Andrzej Horban, doradca premiera ds. COVID-19, specjalista w zakresie chorób zakaźnych: - Duże fale epidemii, które są groźne, powinny się skończyć wiosną przyszłego roku. Dotychczas zaszczepiło się 60 proc. dorosłych, a wśród osób w wieku powyżej 80 lat jest to 81-82 proc. Ta reszta, która się nie zaszczepiła, już zachorowała, albo zachoruje w przyszłości. Kiedy większość z tej grupy przejdzie zakażenie, kolejne fale nie będą mieć tak dużej skali jak dotychczas. Nie będzie już tylu osób podatnych na zachorowanie.

Reklama

Czyli po czwartej fali czeka nas jeszcze piąta?

- Tak, wczesną wiosną. Ona może być równie niesympatyczna jak ta jesienna, przynajmniej na terenach, gdzie zaszczepiło się mało osób. Późną wiosną będzie już z górki. Zgromadzone dane wskazują, że wirus pozostanie z nami, ale nie będzie już dewastował naszego życia.

Pandemiczna przyszłość wreszcie rysuje się optymistycznie, ale na razie musimy sobie poradzić z czwartą falą. Jak ograniczyć jej skalę?

- Pomysły są stale te same. Generalnie, co można było zrobić, zostało zrobione. Teraz wszystko w rękach obywateli. Jeśli się zaszczepią, będziemy mieć realną szansę na znaczne ograniczenie pandemii, bo na jej zahamowanie w tym momencie nie ma już szans. Czwarta fala zaczyna się rozpędzać. Najbardziej dotyka osób niezaszczepionych i terenów, gdzie ten poziom zaszczepienia jest najniższy. Chorują głównie mieszkańcy: Podlasia, Lubelszczyzny, Podkarpacia i wschodniej części Mazowsza. Żeby było trudniej, do tej listy dochodzi jeszcze województwo zachodniopomorskie. 

Akurat w tym regionie poziom wszczepienia jest stosunkowo wysoki. Dlaczego zatem liczba zakażeń rośnie i tam?

- Nie wiadomo. Obserwujemy ten trend. Być może chorują właśnie niezaszczepieni. Poza tym ludzie przestają przestrzegać zasad, które propagujemy od 1,5 roku.

Maska, dystans, dezynfekcja. 

- Z niepokojem patrzę na to poluzowanie. Część osób choruje bezobjawowo, w związku z czym transmisja wirusa jest i będzie się nasilała. 

Trzeba spodziewać się kolejnych restrykcji?

- One na pewno powinny być dedykowane regionom, gdzie jest najwięcej zakażeń. Ale przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na respektowanie obowiązujących zaleceń. Co z tego, że mówimy: maski na twarz, skoro ludzie ich nie noszą.

Czy lokalne lockdowny mogą okazać się konieczne?

- Kiedy dużo ludzi zacznie chorować i ograniczy kontakty, one pojawią się wręcz automatycznie. Lockdowny są po to, żeby zapobiec załamaniu się służby zdrowia. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej jakoś sobie poradzą, problem pojawia się w szpitalach. 

Gdzie, pana zdaniem, jest ta granica, po której przekroczeniu lockdown okaże się koniecznością?

- To płynna granica, zależna od lokalnych uwarunkowań. System był budowany tak, żeby w danym województwie przeznaczyć 30 proc. łóżek dla chorych z COVID-19. To bardzo dużo. Na granicy wydolności i kadrowych, i sprzętowych. "Zamykanie" ludzi w domach można rozważać, kiedy te 30 proc. się zapełni. Choć teraz, ze względu na różnice między województwami, mamy dodatkowe możliwości, możemy chorych transportować w inne regiony. To już miało miejsce.

Kto aktualnie, poza osobami niezaszczepionymi, wymaga hospitalizacji z powodu covidu?

- Muszę podkreślić, że są to przede wszystkim osoby niezaszczepione. Poza tym do szpitali trafiają zaszczepione osoby w podeszłym wieku. To zwykle seniorzy powyżej 80 lat, którzy mają wiele innych przypadłości i każda infekcja, nawet relatywnie łagodna, potrafi wytrącić ich organizmy ze stanu równowagi. Dlatego zdecydowaliśmy się na szczepienie trzecią dawką. Wśród pacjentów są też osoby, które mają sporą nadwagę, bo ich wydolność oddechowa jest o wiele gorsza.

Statystyki pokazują, że większość ofiar COVID-19 to osoby niezaszczepione. Kto jeszcze umiera?

- Osoby najstarsze. Pod tym względem statystyki dotyczące sytuacji w Polsce mogą mrozić krew w żyłach. Wśród osób powyżej 70. roku życia, które były przyjmowane podczas tej najgorszej, wiosennej fali, umarło 40 proc. To ogromny odsetek. Nie chciałbym powtórki. Natomiast spodziewam się, że podczas czwartej fali odsetek zgonów w tej grupie wiekowej sięgnie kilku procent.

Pojawia się wiele doniesień na temat potencjalnych leków na COVID-19. Jak w tym momencie przebiega leczenie chorego w szpitalu?

- Nadal nie mamy i prawdopodobnie nie będziemy mieli leku, który jest bardzo skuteczny, jeśli chodzi o zahamowanie replikacji wirusa. Nowe leki stosuje się wybiórczo i w niewielkiej ilości, bo są jeszcze bardzo niedoskonałe. Rzeczywiście hamują replikacje wirusa, ale pod warunkiem, że podamy je w odpowiednim momencie. Lekarz ma na to dosłownie dzień, dwa, maksymalnie trzy. Kiedy nastąpi już nadmierna odpowiedź układu immunologicznego na zakażenie i dojdzie do ciężkiego zapalenia płuc, to nawet zahamowanie replikacji wirusa nie jest już skuteczne. Wówczas dochodzi do niekorzystnych zjawisk w organizmie, takich jak tworzenie się zakrzepów i niedotlenienie. Wtedy czas na tlenoterapię, która w przypadku COVID-19 nie jest prosta. Zwykle podczas tlenoterapii podawaliśmy 5-7 litrów tlenu na minutę, a u pacjentów z covidem podajemy nawet do 50-60 litrów na minutę.

Z zapowiedzi resortu zdrowia wynika, że wkrótce pojawi się decyzja o podawaniu trzeciej dawki wszystkim powyżej 18. roku życia. Co nam da doszczepienie się? 

- W przypadku schorzeń wirusowych z reguły na dzień dobry podaje się dwie dawki szczepionki. Pierwsza wywołuje a druga wzmacnia odpowiedź immunologiczną. W szczepieniu generalnie chodzi o wzmacnianie trzech elementów: odpornościowej odpowiedzi nieswoistej oraz humoralnej, która polega na pojawieniu się przeciwciał, blokujących wirusa, a także odpowiedzi komórkowej, która pozwala na niszczenie komórek wirusa. Odpowiedź humoralna po pewnym czasie się zmniejsza i poziom przeciwciał spada. To naturalne. Zostają jednak komórki pamięci, które w momencie kiedy ponownie zetkniemy z patogenem, bardzo szybko uruchamiają mechanizmy obronne. Jeśli jednak odporność spada, to podanie dawki przypominającej sprawia, że nabywamy odporność trwałą, bo komórki jeszcze raz są trenowane w reagowaniu na wirusa. Nawet jeśli liczba przeciwciał zmniejszy się po paru latach, to utrzymuje się odpowiedź trwała i pamięć immunologiczna. Szczepienia trzecią dawką są szansą na to, żebyśmy pozbyli się kłopotów z koronawirusem. 

Czy w związku z tym mamy szanse, żeby osiągnąć w Polsce odporność populacyjną?

- Tak, i to dużą. Jeśli nie szczepieniami, to przechorowaniem. W tej chwili dominuje wariant Delta, który wymaga uodpornienia 90 proc. społeczeństwa.

Kiedy więc się uodpornimy?

- Myślę, że może się to zdarzyć na początku roku. To sprawi, że kolejna wiosenna fala będzie co najmniej czterokrotnie niższa niż ta tegoroczna.

Lekarze walczący z pandemią coraz głośniej skarżą się na hejt, zwłaszcza za propagowanie szczepień. Niektórzy dostają groźby śmierci i wymagają ochrony. Pan też ma takie problemy?   

- Ja jestem poza mediami społecznościowymi. Dostaję oczywiście jakieś anonimy. Sekretariat jest od tego, żeby to zmielić.

Hejt przepuszcza pan przez niszczarkę?

- Tak, a liczba wariatów jest duża. Hejt jest w tej chwili bezkarny i to jest problem. Ciężko podejść do człowieka i dać mu w zęby, ale anonimowo... Powiem tak, lepiej tego nie czytać.

Rozmawiała Jolanta Kamińska. 

Reklama

Reklama

Reklama