Reklama

Reklama

1300 zł za nic, czyli jak to jest z polską wersją eksperymentu z dochodem podstawowym

Bezwarunkowy dochód podstawowy będzie testowany w Polsce? Okazuje się, że póki co to nic pewnego. Choć zręby projektu istnieją, a idea rozpala wyobraźnię badaczy, na razie nie ma zbyt wielu konkretów, w tym odpowiedzi na najważniejsze pytanie - kto miałby za to zapłacić? A "darmowe kieszonkowe" dla grupy Polaków kosztowałoby co najmniej 156 mln zł.

Każdy obywatel ma zagwarantowany dochód, który wypłaca mu państwo, bez względu na jego status majątkowy, zatrudnienie, czy wykształcenie - na tym polega idea bezwarunkowego dochodu podstawowego. Jak otrzymywanie "pieniędzy za nic" wpływa na obywateli, sprawdzano m.in. w Indiach, Finlandii czy Niemczech.

Wkrótce eksperyment z bezwarunkowym dochodem podstawowym będzie testowany również Polsce - taka informacja obiegła w tym tygodniu media. Przez dwa lata grupie minimum pięciu tysięcy (maksymalnie 31 tys.) Polaków wypłacano by co miesiąc 1300 złotych.

Reklama

Jak dowiaduje się Interia, na razie to sfera planów.  

Bezwarunkowy dochód podstawowy wkrótce w Polsce - przedwczesna informacja

- Informacja o tym, że w Polsce odbędzie się taki eksperyment, była znacząco przedwczesna. Na razie trudno określić, jakie jest prawdopodobieństwo, że uda nam się go przeprowadzić - mówi Interii jeden z autorów projektu dr Maciej Szlinder, socjolog, ekonomista, szerzyciel idei bezwarunkowego dochodu podstawowego oraz członek partii Razem.

Póki co polska wersja eksperymentu z dochodem podstawowym to projekt w ramach strategii Stowarzyszenia Warmińsko-Mazurskich Gmin Pogranicza. Merytorycznie stoi za nim zespół pięciu naukowców: dr Radomir Matczak ze Związku Miast Polskich, prof. Ryszard Szarfenberg z Uniwersytetu Warszawskiego, dr Mariusz Baranowski i prof. Piotr Jabkowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz dr Maciej Szlinder.

- Jesteśmy na etapie konsultacji naukowych, ale daleko przed decyzją, że projekt ruszy i daleko przed zapewnieniem jego finansowania - mówi Interii Szlinder, ale dodaje, że realizacja eksperymentu w Polsce jest jak najbardziej możliwa. Potrzebne są jednak pieniądze.

Autorzy projektu szukają ich w organizacjach pozarządowych, rządowych i europejskich. - Na pewno nie możemy liczyć na środki od samorządów, bo są one po prostu zbyt biedne - słyszymy.

Polski eksperyment planowany na styku z Rosją

Eksperyment miałby być przeprowadzony na terenie dziesięciu gmin na Warmii i Mazurach (Barciany, Bartoszyce Braniewo, Budry, Dubeninki, Górowo Iławeckie, Lelkowo, Sępopol i Srokowo) graniczących z obwodem kaliningradzkim.  

Dlaczego wybrano ten region? - Tamtejsze gminy są w dość trudnym położeniu. Notują wysokie wskaźniki biedy i bezrobocia. To regiony popegeerowskie, ciężko doświadczone przez transformację i zawieszenie małego ruchu granicznego - mówi nam dr Szlinder.

Co w Polsce miałby udowodnić eksperyment? - To byłoby pierwszy takie doświadczenie w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Chcemy przeanalizować, jak dochód podstawowy wpłynie na: aktywność ekonomiczną, społeczną, edukacyjną, kwestie dobrobytu - czyli jak zmienia się struktura konsumpcji, dochody, oszczędności, sytuacja mieszkaniowa, nierówności majątkowe. Zależy nam też na ocenie dobrostanu mieszkańców, w tym poczucia zadowolenia z życia, sprawstwa, niepewności oraz zaobserwowaniu ewentualnych zmian w relacjach międzyludzkich mierzonych poziomem zaufania społecznego oraz bezpieczeństwo, np. zagrożenie przestępczością - tłumaczy Interii dr Szlinder.

- Dzięki eksperymentowi moglibyśmy się przekonać, jak zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego poprzez bezwarunkowe przekazywanie pieniędzy wpłynie na nierówności - dodaje.

Kto mógłby zostać zakwalifikowany do eksperymentu i otrzymywać "pieniądze za nic"? - Każdy mieszkaniec regionu. W naszych założeniach nie ma kryterium dochodowego - odpowiada naukowiec.

Pieniądze za nic. Dlaczego nie stosować kryterium?

Idea dochodu bezwarunkowego zakłada, że ma on być kierowany do wszystkich, a nie tylko najbardziej potrzebujących. Dlaczego?

"Stoi za tym przekonanie, że powszechność świadczenia istotnie wpłynęłaby na ograniczenie biurokracji, gdyż dochód podstawowy zastąpiłby część zasiłków. Ponadto zniknąłby problem stygmatyzacji osób pobierających świadczenie. Zwolennicy tego rozwiązania jednocześnie tłumaczą, że w przypadku, gdy nie groziłaby utrata świadczenia, zniknęłoby ryzyko kalkulowania, co się bardziej opłaca - pracować za minimum czy nie pracować i otrzymywać zasiłek" - opisywał tę kwestię w Interii Michał Michalak.

Kolejne kraje sprawdzają, czy dochód podstawowy zniechęca do podjęcia pracy, czy wręcz przeciwnie? Takie pytanie stawiali sobie Finowie czy Niemcy. Dr Maciej Szlinder za najbardziej miarodajne uznaje wyniki uzyskane w Indiach.

Eksperyment przeprowadzono tam w latach 2011-12, w jednym z najbiedniejszych regionów. Co miesiąc jego mieszkańcom - w sumie ponad pięć tysięcy osób - wypłacano pieniądze. - W efekcie zaobserwowano wiele pozytywnych zmian. Poprawiła się higiena, odżywianie i poziom zdrowia. Wzrosło spożycie warzyw, owoców, mięsa, a jedyne co spadło, to spożycie alkoholu - wylicza dr Szlinder.

Zobacz także: Gwarantowany dochód podstawowy. Co na to ekonomiści? 

Bezwarunkowy dochód podstawowy. Ogromne koszty budzą sceptycyzm

Bezwarunkowy dochód podstawowy wzbudza także wiele kontrowersji. Jeden z głównych zarzutów brzmi: "po co pracować, kiedy można dostać pieniądze za nic".

Spory sceptycyzm wywołują także ewentualne koszty wprowadzenie takiego świadczenia dla wszystkich.

156 mln zł - tyle pieniędzy przez dwa lata wypłacono by w Polsce osobom, które wzięłyby udział w eksperymencie, zakładając, że to grupa licząca pięć tysięcy. Teraz wyobraźmy sobie, że pieniądze mają otrzymywać miliony Polaków.

- Koszty wprowadzenia dochodu podstawowego są spore, ale trzeba zastanowić się, jak spore są koszty skazywania ludzi na biedę, wysokie nierówności i nieracjonalne decyzje podejmowane w stanie braku bezpieczeństwa ekonomicznego. Jak wiele kompetencji, talentów i możliwości w ten sposób marnujemy? Sposobów na sfinansowanie takiego rozwiązania w całym kraju jest kilka: podwyżka podatków, bezpośrednia kreacja pieniądza, deficyt budżetowy. Dochód podstawowy byłby też redystrybucją środków od więcej zarabiających do uboższych, co napędzałoby konsumpcję i inwestycje. Tym samym mogłoby pozytywnie wpłynąć na wzrost gospodarczy, a co za tym idzie przyszłe wpływy budżetowe - przekonuje dr Maciej Szlinder. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy