Reklama

Reklama

Janusz Cieszyński: Propozycja z rządu przyszła w maju

Janusz Cieszyński nie jest już wiceprezydentem Chełma i wrócił do rządu jako minister, który ma cyfryzować Polskę. W rozmowie z Interią przybliża kulisy swojego powrotu, komentuje sprawę zakupu respiratorów oraz wymienia swoje sukcesy w roli wiceministra zdrowia.

Jakub Szczepański, Interia: Dalej pan jeździ autem, które przysługiwało panu jako wiceprezydentowi Chełma, czy korzysta pan już z dobrodziejstwa bycia ministrem?  

Janusz Cieszyński, sekretarz stanu w KPRM: - Obsługę ministrów realizuje Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Tamto auto zostało w Chełmie.   

Kiedy Interia podała informację, że przestanie pan być wiceprezydentem i trafi z powrotem do rządu, był pan dość powściągliwy.   

- To jest decyzja premiera i nie chciałem komentować doniesień medialnych. O sprawie mogłem mówić od momentu, kiedy rzecznik rządu Piotr Müller ogłosił moją nominację. Taka jest właściwa kolej rzeczy.  

Reklama

Jak drugi raz zostać ministrem w rządzie PiS?  

- Minister Marek Zagórski złożył rezygnację po trzech latach pracy, ponieważ chce się realizować w innych obszarach. W związku z jego decyzją dostałem propozycję podjęcia się realizacji misji cyfryzacji państwa. W takich sytuacjach się raczej nie odmawia.  

Dlaczego akurat pan?  

- Myślę, że nie było bez znaczenia to, że projekty informatyczne wdrażane w ostatnich latach jak e-recepta czy szerzej, usługi w e-zdrowiu, miały duże pole rażenia. Trudno sobie wyobrazić jak w ubiegłorocznym szczycie pandemii, bez takich funkcjonalności, działałby system ochrony zdrowia.  

To aż taki sukces?  

- Projekt dotyczący wdrożenia e-usług w opiece zdrowotnej był przesuwany na "wieczne nigdy" od 10 lat. Miałem przyjemność przewodzić zespołowi, który zakończył ten imposyblizm i wdrożenie zakończyło się sukcesem. Prawie 700 mln zrealizowanych e-recept, pokazuje, że to rozwiązanie, z którego korzystają na co dzień wszyscy Polacy.  

Premier ponosi ryzyko, kiedy ponownie pana zatrudnia. Jest pan jednoznacznie kojarzony ze sprawą kupna respiratorów.  

- Kto jak kto, ale premier ma pełną świadomość tego, jak ta sytuacja wygląda. Zna fakty, wie jak było w rzeczywistości. Pamięta, jak wyglądała sytuacja rok temu, kiedy był na froncie walki z COVID-19. W tej sprawie nie było nieprawidłowości, wielokrotnie ją przecież badano. Polityczna narracja opozycji jest nieprawdziwa, wielokrotnie to wyjaśniałem.  

Kiedy rezydował pan w Ministerstwie Zdrowia razem z Łukaszem Szumowskim, szef rządu wypowiedział słynne słowa o wirusie w odwrocie. Ktoś mu to podpowiedział?  

- To był czas, kiedy liczba zakażeń faktycznie spadła. W głębi ducha wszyscy liczyliśmy, że ekstraordynardyjna sytuacja epidemiczna jest już za nami. Poza tym, Mateusz Morawiecki przeprosił za te słowa. Przyznał się do złej oceny sytuacji.  

I to was łączy? Pan też przepraszał.  

- Nie mam problemu z przyznawaniem się do błędów. Każdy, kto pełni publiczną funkcję, powinien potrafić się do nich przyznać.  

Czyli w życiu publicznym nie ma błędów, które skreślają na zawsze?  

- Przez opozycję jestem atakowany czysto politycznie. Ostatnio słyszałem nawet, że elektroniczne recepty zrobili informatycy, a nie Janusz Cieszyński. Oczywiście to programiści, lekarze, farmaceuci włożyli wysiłek we wdrożenie systemu. Jednak przed 2015 r. na projekt wydano pół miliarda złotych i nie wystawiono żadnej e-recepty. To chyba oczywiste, że potrzebny był też silny polityczny impuls i mocne ściągnięcie cugli, żeby w relatywnie krótkim czasie doprowadzić ten projekt do szczęśliwego zakończenia.   

Łukasz Szumowski mówił ostatnio Interii, że za e-recepty powinny panu pomniki stawiać.  

- Wiadomo, że to figura retoryczna, a nie na poważnie. Prof. Łukasz Szumowski to człowiek z wielkim dorobkiem w medycynie i życiu publicznym. To zaszczyt, kiedy ktoś taki wysoko ocenia pracę swojego współpracownika. 

CZYTAJ: "Minister Cieszyński powinien mieć pomniki w każdej gminie". Łukasz Szumowski dla Tygodnika Interii

W styczniu do sprawy respiratorów odniósł się Jarosław Kaczyński. I poręczył za panów w kwestii respiratorów. Słowo prezesa było potrzebne, żeby wrócić do rządu?  

- Premier Kaczyński jest też szefem Komitetu ds. Bezpieczeństwa, ma bezpośredni kontakt z osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo państwa. Na pewno miał możliwość uzyskania kompleksowej wiedzy na ten temat. Bardzo się cieszę, że opinia publiczna mogła zapoznać się z tym niezwykle ważnym oświadczeniem.   

A to nie jest polityczny sygnał? Koledzy nie patrzą na pana życzliwej?  

- Moi koledzy z rządu i polityki to osoby, które odbierały ode mnie telefon zarówno, kiedy byłem ministrem jak i wtedy, gdy nie miałem tego stanowiska. Myślę, że mieliśmy poczucie działania na rzecz dobrej sprawy. To nas połączyło, a nie twarda polityka.  

To nie jest tak, że uciekł pan do Chełma, żeby sprawa respiratorów przycichła?  

- Pewnie mało kto w to dzisiaj uwierzy, ale z prezydentem Jakubem Banaszkiem rozmawialiśmy o mieście, kiedy byłem jeszcze w Ministerstwie Zdrowia. Na początku września 2020 r. spotkaliśmy się porozmawiać o konkretnej propozycji współpracy w Chełmie. Ustaliliśmy, że będę tam do końca tego roku. Powiedziałem wtedy, że mogę zrezygnować przed tym terminem tylko w jednym przypadku: jeśli będę mógł zająć się cyfryzacją i tym, co wyszło mi w Ministerstwie Zdrowia. Dla mnie to kluczowa dziedzina dla rozwoju kraju. Propozycja przyszła w maju, zupełnie niespodziewanie.  

Jak to się stało, że rozmawiał pan akurat z Banaszkiem?  

- Poznaliśmy się w 2016 r., kiedy pracowaliśmy w gabinetach politycznych. Ja w Ministerstwie Rozwoju, pan prezydent w Ministerstwie Zdrowia. Już wtedy nawiązaliśmy dobrą relację. Dlatego, patrząc też na to, jak dynamicznie rozwija się miasto, uznałem, że to ciekawa propozycja. Cieszę się, że przez te miesiące mogłem być częścią najlepszego od wielu lat czasu dla tego miasta.  

Kiedy został pan wiceprezydentem, w lokalnej prasie pojawiły się kpiny czytelników. Wszystko przez pański nadzór w Departamencie Geodezji i Kartografii. Pan chyba jest kiepskim geodetą?  

- Praca na stanowiskach politycznych polega na tym, że nadaje się rytm pracy ekspertów, w tym przypadku pracowników samorządowych. Gdyby kompletować obsadę kierownictwa urzędu tak, żeby do każdej dziedziny był przyporządkowany branżowy ekspert, kierownictwo musiałoby liczyć kilkanaście osób. Kiedy przychodziłem do Ministerstwa Zdrowia, też musiałem szybko wdrażać się w nowe tematy. Pokazałem, że jestem w stanie to robić i skutecznie realizować zadania powierzone mi przez zwierzchników.   

Deklarował pan przeprowadzkę do Chełma. Powiodło się?  

- Mieszkałem w Chełmie. Nie da się pracować w urzędzie miasta, jeżeli nie ma człowieka na miejscu.  

Dyrekcja, Żółtańce, Obuwie to nie są dla pana obce nazwy?  

- Byłbym w stanie wskazać każde z tych miejsc na mapie miasta. Szczególnie ujęło mnie osiedle Dyrekcja. To perełka architektury. Jakub Banaszek opowiadał mi o powstaniu dyrekcji kolei, osiedlu w kształcie orła, które ukończono tylko w połowie. Z wielką przyjemnością zamieszkałbym na Dyrekcji, piękne miejsce.  

Rozumiem, że jako minister odpowiedzialny za cyfryzację, należy pan do puli ministrów PiS ujętych w umowie koalicyjnej?  

- Do PiS zapisałem się w 2012 r. Przez trzy pierwsze lata nie byłem bardzo aktywny, później pracowałem razem z premierem Mateuszem Morawieckim. W 2018 roku dostałem się do rady Mokotowa, ale musiałem zrezygnować z mandatu ze względu na wymogi ustawy o samorządzie gminnym. Wracając do pytania: jestem członkiem PiS, więc postrzegam siebie jako ministra "z puli" tej partii.   

Od teraz odpowiada pan też za cyberbezpieczeństwo, a od dłuższego czasu słychać o włamaniach na konta mailowe polityków PiS. Jaki jest pański plan w tym obszarze?  

- Sprawa, z którą mieliśmy do czynienia w tym tygodniu została doskonale podsumowana przez ministra Michała Dworczyka w jego oświadczeniu. Proszę zauważyć, jak wygląda dezinformacja: w sieci pojawiły się nieprawdziwe doniesienia o dokumentach niejawnych. Atakujący chcą, żeby nie było jasne, co jest prawdą, a co fałszem. Dlatego proszę wszystkich o dużą powściągliwość w komentowaniu tych wydarzeń. W przypadku szefa KPRM to nie jest przypadek, że wszystkie tropy prowadzą na Wschód.  

Skoro hakerzy atakują posłów, to jak zwykli ludzie mają czuć się bezpiecznie w dobie, gdy ich wrażliwe dane trafiają na rządowe serwery?  

- Jakiś czas temu przyjęto ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Ona nałożyła pewne wymogi na operatorów usług krytycznych, tych, gdzie przetwarzane są najbardziej wrażliwe dane. Nie sposób porównywać ataków na osoby prywatne, które w większości polegają na wyłudzeniu tożsamości, do ataków na profesjonalnie zabezpieczoną infrastrukturę informatyczną. Chociaż wiadomo, że najsłabszym ogniwem w takim systemie najczęściej bywa człowiek.  

Jak długo będzie pan pracował w rządzie? Co w razie zmiany premiera?  

- Ustawa o Radzie Ministrów mówi, że w momencie, gdy zmienia się szef rządu, wszyscy ministrowie składają dymisję i oddają się do dyspozycji następcy. Powołanie odebrałem kilka dni temu, także jestem w 100 proc. skoncentrowany na pracy i cyfryzacji państwa - tylko to mnie teraz interesuje.   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje