Reklama

Reklama

Blisko 30 tys. zł za jedno posiedzenie dla posłów PiS

Sejmowe podkomisje nie pracują, a pieniądze wpadają. Ich przewodniczący zarabiają na swoich stanowiskach, mimo że niektóre z nich zebrały się ledwie raz lub dwa. - Większość tematów jest omawianych na komisji głównej. Na dzień dzisiejszy rynek pracy jest w dobrej sytuacji, bo nie ma bezrobocia - tłumaczy w rozmowie z Interią Grzegorz Matusiak, szef podkomisji ds. rynku pracy, która obradowała dwukrotnie.

Przy sejmowej komisji rodziny działają aż cztery podkomisje stałe: zgodnie z założeniem powinny zajmować się rynkiem pracy, rodziną, polityką społeczną i niepełnosprawnymi. Problem w tym, że dwie z nich zebrały się jedynie 23 stycznia 2020 r. Więcej obrad nie było, ale od tego czasu Ewa Kozanecka i Leszek Dobrzyński z PiS zdążyli już zarobić blisko 30 tys. zł. 

"Pod przykrywką pandemii"

W mediach społecznościowych oraz wśród posłów opozycji największe oburzenie budzi to, co dzieje się w podkomisji ds. osób niepełnosprawnych, którą kieruje Dobrzyński, szef zachodniopomorskiego PiS. Jeszcze 27 maja wznowienia prac gremium domagała się Jagna Marczułajtis-Walczak z PO. Jak stwierdziła, podkomisja nie obraduje "pod przykrywką pandemii". Podobnego zdania są jej koleżanki z opozycji. Jak usłyszeliśmy w klubie Lewicy, lista potrzeb "nie ma końca".

Reklama

- Partia, która ma rodzinę na sztandarach, odłożyła odłogiem wszystko to, co jest trudne do zrobienia: reforma orzecznictwa czy deinstytucjonalizacja - mówi Interii Katarzyna Kotula z Nowej Lewicy. - Przy tej inflacji rykoszetem dostają wszyscy. A co mają powiedzieć rodzice dzieci z niepełnosprawnościami, których koszty są o wiele większe? - pyta posłanka, która prywatnie pomaga rodzinie Marysi z rzadką wadą genetyczną.

Leszek Dobrzyński zapewnił Interię, że podkomisje "nie zbierały się m.in. z przyczyn covidowych": - Będą wkrótce zwołane - obiecał nam poseł PiS. Jak twierdzi polityk, sprawy dotyczące niepełnosprawnych, również zgłaszane przez opozycję, są omawiane w czasie spotkań Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. - Proszę się zwrócić bezpośrednio do szefowej komisji, która jest moją przełożoną - polecił nam szef szczecińskich struktur partii rządzącej.

Podkomisje nie pracują, a pieniądze wpadają

Poza Leszkiem Dobrzyńskim kwotę 29 340 zł za jedno posiedzenie zainkasowała również Ewa Kozanecka, szefowa podkomisji stałej ds. rodziny. Taką samą kwotę pobrali Grzegorz Matusiak z PiS - przewodniczący podkomisji ds. rynku pracy obradował dwukrotnie oraz Joanna Frydrych z PO - szefowa podkomisji ds. polityki społecznej, która zwołała posiedzenie cztery razy.

Dodatek należy się wszystkim tym politykom, bo w myśl ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora parlamentarzyście pełniącemu funkcję przewodniczącego stałej podkomisji przypada kolejne 10 proc. uposażenia. Od początku 2020 r. do sierpnia 2021 r. chodziło o 801,67 zł. Po przegłosowaniu w Sejmie podwyżek dla polityków kwota wzrosła do 1 282,64 zł. Tylko czy posłowie powinni brać pieniądze, skoro w praktyce nie pracują w podkomisjach?

- Przeżyliśmy dwa lata pandemii. W związku z tym zgodnie z regulaminem i dyspozycją pani marszałek, robiliśmy (w komisji - red.) rzeczy najważniejsze. Przypomnę, że po wybuchu pandemii wszystkie komisje zbierały się na polecenie Elżbiety Witek - mówi Interii Urszula Rusecka, szefowa sejmowej komisji rodziny. - Dlatego ograniczaliśmy się do pracy w komisji, a nie podkomisjach. Teraz nie będziemy się spotykać zdalnie, wracamy do normalnego trybu pracy - podkreśla.

W pandemii też można

Joanna Frydrych powiedziała nam, że jej podkomisja obradowała w trakcie pandemii, w normalnym trybie. Był lipiec 2021 r. - Wyszukujemy tematy, czekamy na sygnały wyborców. Czasem jakieś zadania zleca komisja - tłumaczy nam posłanka PO. - Zajmujemy się konkretnymi sprawami, w tych przypadkach z naszej inicjatywy: zaostrzającej praktyce kontrolnej ZUS czy ograniczeniami dostępu do produktów higienicznych dla kobiet w Polsce - wymienia.

Grzegorz Matusiak, szef podkomisji ds. rynku pracy, zapewnia nas, że w jego działce nie ma dużych problemów. - Większość tematów jest omawianych na komisji głównej. Na dzień dzisiejszy rynek pracy jest w dobrej sytuacji, bo nie ma bezrobocia - twierdzi poseł PiS. - Trzeba też wziąć pod uwagę, że sytuacja na wojnie rosyjsko-ukraińskiej powoduje problem z ekspertem i importem dla firm. Te mogą skutkować obawami w kontekście miejsc pracy - dodaje.

Czy podkomisje są więc niezbędne? Dlaczego ta prowadzona przez posłankę opozycji mogła się spotkać podczas pandemii? - zapytaliśmy polityka Zjednoczonej Prawicy. Odpowiedział nam, że "chodzi o to, by więcej działać niż dyskutować". - Czasami na komisji mam poczucie, że jest walka polityczna. To niepotrzebne, bo chcemy rozwiązywać problemy ludzi. Pani Frydrych też jest znana z takich działań politycznych niż merytorycznych - argumentuje Matusiak.

Co z niepełnosprawnymi?

O ile można dyskutować o zasadności powołania innych podkomisji działających przy sejmowej komisji rodziny, o tyle rodzice osób z niepełnosprawnościami wierzą, że praca podkomisji ds. osób niepełnosprawnych jest potrzebna. Dlaczego?

- Sejmowa komisja rodziny, przez ostatnie dwa lata, ze względu na obszerny zakres prac i obciążenie covidowe, w zasadzie nie stanowi żadnego forum dyskusji. W przeważającej mierze jest maszynką do zatwierdzania projektów rządowych - uważa Katarzyna Roszewska, jedna z mam osób z niepełnosprawnościami. - Dobrym parlamentarnym zwyczajem było powoływanie podkomisji, w których odbywały się dyskusje strony rządowej, parlamentarzystów i strony społecznej na temat nie tylko przedkładanych projektów, ale i postulatów środowiskowych - dodaje.

Jedno jest pewne: sytuacja niepełnosprawnych w Polsce, zwłaszcza tych najmłodszych, nie napawa optymizmem. - Rząd traktuje te rodziny jako marginalną grupę, a samych dzieci do 16. roku życia jest 216 tys., więc razem z rodzicami to kilkaset tysięcy osób - w październiku 2021 r. mówiła Interii dr Agnieszka Dudzińska z UW, współzałożycielka Centrum Badań Nad Niepełnosprawnością cbnn.pl. - Nawet z czysto politycznego punktu widzenia to jest spora grupa wyborców, ale od lat bagatelizowana i marginalizowana przez władzę - przekazała.

Wszelkie zarzuty odpiera Urszula Rusecka: - W kontekście niepełnosprawności opozycja nie ma żadnego pomysłu czy projektu ustawy. Gdyby coś wpłynęło do komisji, wiedziałabym o tym - zapewnia Interię posłanka PiS. - Jeśli chodzi o politykę społeczną, wykonaliśmy ogrom pracy. Dlatego zarzuty są dla mnie nieuzasadnione - podsumowała.

Jakub Szczepański

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy