Reklama

Reklama

Do Berlina albo Casablanki. Krakowski przystanek Liny, Iwana i Wani

Ich pies nie przestawał skomleć, kiedy zamykali furtkę od posesji. Od zewnątrz. Uciekali w popłochu, bo na podwórko sąsiada spadła bomba. Tylko chwilę zastanawiali się, co dalej. Wzięli ze sobą telefony komórkowe, bieliznę na zmianę, ręcznik i dokumenty. Wszystko zmieściło się w niewielkiej reklamówce. Wsiedli w pociąg, a raczej cudem się do niego dopchali.

Lina i jej synowie - 15-letni Iwan i 5-letni Wania wyjechali z Zaporoża cztery dni temu. We wtorek dotarli do Przemyśla. Mały Wania dostał tam plecaczek z łakociami i drobiazgami. Przy zamku dynda pluszowy, biało-czerwony bocian. Wania mówi, że to czapla. Mają już reklamówkę, plecaczek, a za chwilę Lina otrzyma jeszcze jeden, z kanapkami na dalszą drogę.

Kierunek Berlin

Nie wie, ile ona potrwa. Teraz wie, że dzieci muszą odpocząć. Tym bardziej, że starszy Iwan obficie korzystał z polskiej gościnności i częstował się słodyczami. Od kilku godzin regularnie wymiotuje, a usta wyciera rękawem jedynej bluzy. Po godz. 15 docierają na dworzec w Krakowie. W kasie Lina odbiera bilet do Berlina, bo tam ma ktoś na nich czekać. Autobus odjeżdża następnego dnia. - Zaczekamy tutaj - myśli Lina. Na dworcu robi się jednak coraz gęściej, bo gdy zapada zmrok ludzi jest więcej. Wielu myśli tak, jak Lina, że przeczeka tam noc i rano pojedzie dalej.

Reklama

Kobieta dostrzega jednak kątem oka mężczyznę z tabliczką: "przyjmę na jedną noc kobietę z dziećmi". W pociągu ostrzegali, by ostrożnie podchodzić do takich propozycji. Krążą plotki, że kogoś wywieźli do Niemiec, do domu publicznego. Albo do Holandii, słuch po nich zaginął. Lina ryzykuje. Podchodzi do mężczyzny z małym Wanią, a po kilku minutach są już w jego samochodzie.

Wojna w Ukrainie. Chcą wrócić do ich Zaporoża 

Tam poznają jego imię. Bartek mówi im, że w mieszkaniu czekają na gości jego żona i córka. To 15 minut drogi. Mały Wania ma mnóstwo pytań. Bartek nawet nie włącza radia. Na parkingu budzi się Iwan, który kątem oka dostrzegł motocykl. Opowiada, że kiedy skończy się wojna, zrobi prawo jazdy i kupi sobie motor. Na wszelki wypadek podpytuje, ile kosztuje kurs w Polsce.

Zgodnie przekonują, że chcą wrócić do ich Zaporoża. Zostawili tam 10-arową posesję, z dwoma ogródkami - kwiatowym i warzywnym. Lina mówi, że idzie wiosna i dobrze byłoby już coś siać. Wtrąca się Iwan, który całe lato zazwyczaj spędzał na miejskiej plaży nad Dnieprem. Teraz podpytuje, jaka rzeka płynie przez Polskę i czy mamy plażę. Na wszelki wypadek. 

Bartek sięga po klucze, a chwilę wcześniej Lina chce się upewnić, że żona i córka nie mają nic przeciwko ich obecności. Otwierają się drzwi, a tam 2-letnia dziewczynka wtulona w ramiona mamy mówi cichutko: "witamy". Lina, Iwan i Wania powoli zdejmują buty, a w kącie kładą swoje bagaże. Jest ich tak mało, że zmieściłyby się na wycieraczce. Jedynie Wania dzierży swój plecaczek. "Kak tiebia zawód?" - pyta dziewczynkę. Jej mama odpowiada: Ola.

Jeśli nie Berlin, to Casablanca 

Wania siada na dywanie i otwiera plecaczek. Wyciąga z niego owocowe musy. Wszystkie oddaje Oli. Jest też czekolada, świetny pomysł na prezent - pewnie myśli i kładzie ją na kolanach dwulatki. Mocno pociąga za suwak, bo chce wyjąć jeszcze kolorowankę. Pyta, czy nie pomalują razem. Ola otwiera szufladę, z której wysypują się kredki.

- Bartek, a my zostaniemy już u was? Na zawsze? - pyta Wania. Bartek nabiera wody w usta. Lina delikatnie się uśmiecha i tłumaczy, że w Berlinie ktoś na nich czeka.

Po chwili rozwija myśl. W Berlinie, a w zasadzie pod miastem, pracuje jej dawna koleżanka z Zaporoża. Długo się nie widziały i nie utrzymywały kontaktu. Gdy wybuchła wojna Lina do niej napisała. W odpowiedzi dostała adres. Nic więcej, żadnego zapewnienia. Lina chce zaryzykować, bo "na Zachodzie" zna tylko dwie osoby. Druga koleżanka mieszka w Casablance, a to przecież afrykańskie Maroko, do którego trzeba dolecieć samolotem. Berlin, choć bardzo niepewny, wydaje się przystępniejszy.

Iwan wciąż źle się czuje. Magda daje mu krople żołądkowe. Chłopak chce skorzystać z toalety. Lina otwiera reklamówkę, z której wypada papier toaletowy. Szary, w starym stylu, jak u nas lata temu - twardszy od tych dzisiejszych, zbity, jeszcze bez tekturowej rurki w środku. Na twarzy Liny pojawia się rumieniec i zawstydzona wyjaśnia, że "to jeszcze z Zaporoża".

Wania: Karetka przyjeżdża, kiedy człowieka zabijają 

O nic nie proszą, niczego nie chcą. Mogą się przespać nawet na podłodze - mówią. Magda szykuje kolację, Bartek podaje im czyste ręczniki. Za wszystko dziękują i niepewnie wchodzą do łazienki. Mały Wania pyta, jak odkręca się wodę. Po chwili biorą z matką pierwszy prysznic od kilku dni.

W kolejce czeka Iwan, który czuje się nieco lepiej. Mówi, że lubi śpiewać, chce być muzykiem. Ale jak nie wyjdzie, to spróbuje sił w policji. Ma jeszcze trochę czasu, bo właśnie powinien kończyć dziewiątą klasę. Dopytuje, ile w Polsce zarabia kierowca, a ile policjant. Na wszelki wypadek.

Wania wychodzi z łazienki uśmiechnięty, czysty, z najeżoną fryzurą. Przyłącza się do Oli, która na dywanie przegląda książkę dla dzieci. Trafiają na stronę z pojazdami. Wania wskazuje palcem karetkę pogotowia. - To szybka pomoc. Przyjeżdżają, kiedy człowieka zabiją - opowiada. Lina spuszcza wzrok. Dobrze, że Ola nie rozumie ukraińskiego.

Kolacja zostaje niemal nietknięta. Iwan prosi jedynie o czarną herbatę. Wania zjadł parówkę. Lina ma ściśnięty żołądek. Po chwili zmęczeni kładą się spać w jednym pokoju. Bartek i Magda odstąpili im sypialnię. Linie i Wani powinno być tam wygodnie. Iwan prześpi się na dmuchanym materacu.

Uchodźcy z Ukrainy ruszają dalej 

- Dobroje utro, Bartek! - mężczyznę budzi dźwięczny głos 5-letniego Wani. Wypoczęli, są gotowi do dalszej drogi. Ich oczy są radośniejsze, Iwan lepiej się czuje, a Lina próbuje ich przepakować. Magda, jeszcze wieczorem, wyposażyła ich w zwykłą torbę podróżną - jej się już nie przyda, a im będzie wygodniej. Bartek dał Iwanowi plecak. Może tam coś schować. Na wszelki wypadek.

Do Wani podchodzi Ola, która w obu rączkach trzyma jaja niespodzianki. Wania wybiera jedną, zjada czekoladę, a niespodziankę oddaje Oli. - To twoje - mówi dziewczynka. A wzruszony chłopiec przytula się do mamy.

Za chwilę odjeżdżają. Na dół odprowadzi ich Bartek, zapłaci za taksówkę, która zawiezie ich na dworzec. Do kieszeni Liny wciśnie jeszcze kilkadziesiąt złotych, bo czeka ich 10-godzinna podróż autobusem. Ściskają się, dziękują, machają zza szyby i odjeżdżają na dworzec.

A stamtąd do Berlina. Albo pod Berlin. Albo do Casablanki. Albo jeszcze gdzieś indziej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy