Reklama

Reklama

Ponad 250 martwych psów w pseudohodowli. Jej właściciele wychodzą na wolność

Zwłoki psów w rowach, altanach i wykopanych dołach, a także beczka z niezidentyfikowanymi zwłokami zalanymi octem - to 27 kwietnia zastali inspektorzy OTOZ Animals wraz z policją, prokuraturą i służbami weterynaryjnymi w hodowli w Starej Hucie (Pomorskie). Na jej terenie znaleziono 250 martwych psów, a skrajnie wycieńczonych było 139 kolejnych zwierząt. Dziś właściciele pseudohodowli wyszli na wolność.

"W dniu 26 maja, Sąd Okręgowy w Gdańsku, po rozpoznaniu zażalenia obrońców podejrzanych na postanowienie Sądu Rejonowego w Kartuzach o zastosowaniu wobec nich tymczasowego aresztowania, zmienił zastosowany środek zapobiegawczy na poręczenia majątkowe, w kwotach po 30 tys. zł. wobec każdego z podejrzanych. W dniu dzisiejszym poręczenia zostały wpłacone i podejrzani zostali zwolnieni z Aresztu Śledczego" - napisano w internetowym wpisie organizacji OTOZ Animals. 

Schorowane i bez dostępu do wody

"To nie była hodowla psów prowadzona z pasji i miłości do danej rasy, a jedynie potężna wylęgarnia, tylko dla kasy!" - skomentowali pracownicy OTOZ Animals. 27 kwietnia, na podstawie nakazu z prokuratury, weszli wspólnie z policją na teren hodowli psów w Starej Hucie, w powiecie kartuskim. Na miejscu zastali 139 psów różnych ras - m.in. yorków, labradorów, owczarków niemieckich, goldenów.

Reklama

"Znaleźliśmy mnóstwo chorych zwierząt, często z brakiem dostępu do wody pitnej, a także pokaźną ilość fiolek, prawdopodobnie po lekach, z których właściciele pseudohodowli nie mieli prawa korzystać" - przekazali inspektorzy. 

Właściciele hodowli, Andrzej i Izabela U., podczas interwencji nie mieli sobie nic do zarzucenia. Przekonywali, że psy miały umrzeć ze starości, a pozostałe są zdrowe. Jak podkreślili inspektorzy OTOZ Animals, małżeństwo było agresywne i groziło im siekierą.

Ich działalność funkcjonowała w oparciu o luki prawne, a zwierzęta traktowano jako "maszynki do rodzenia i rozmnażania".

Ropiejąca macica, odgryzione ucho

Inspektorzy w trakcie interwencji niezwłocznie przystąpili do ratowania żywych zwierząt. Dzięki temu, udało się ocalić ponad 139 psów i jednego kota.

"Niektóre psiaki wymagały natychmiastowej interwencji lekarsko-weterynaryjnej – suczka mopsa z wypadającą ropiejącą macicą, która była maszynką do rodzenia i zarabiania pieniędzy. Odebraliśmy również psiaka z odgryzionym uchem, u buldożka francuskiego stwierdzono martwe oko, wymagające interwencji okulistycznej" - stwierdzili pracownicy OTOZ Animals.

Kolejne psy nie miały końcówek łapek. Większość była zapchlona, z wszawicą i świerzbem w uszach. W niektórych przypadkach, weterynarze stwierdzili wycieki z oczu i dróg rodnych. 

Wszystkie psy otrzymały natychmiastową pomoc. Dzięki interwencji, udało się je uratować.

"Faktyczna skala tragedii nigdy nie wyjdzie na jaw"

"Obawiamy się, że faktyczna skala tragedii nigdy nie wyjdzie na jaw i nie poznamy pełnej liczby martwych zwierząt. Z perspektywy prawa, pozostaje tylko żałować, że nie wprowadzono słynnej 5 dla zwierząt, w której istniał zapis zakazujący działalności tego typu hodowli" - skomentowali inspektorzy OTOZ Animals.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje