Reklama

Reklama

"Dzienniki japońskie". Najbardziej wymagająca podróż po Japonii

Piotr Milewski dotarł do Japonii w roku Królika. Akurat zaczęła się pora deszczowa i nad Wyspami na półtora miesiąca zawisła szara zasłona z chmur. W powietrzu unosił się gorzki zapach gnijących wodorostów. Japończycy uznają ten okres za piątą porę roku o nazwie tsuyu, co znaczy – śliwkowy deszcz. Bogowie są wtedy bliżej, ale czy sprzyjają wędrowcom?

Autor "Dzienników japońskich" wybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem. Próbował uchwycić ducha archipelagu i zrozumieć mieszkających tam ludzi, którzy - mimo że gościnni i serdeczni - pozostali dla niego zagadką. 

Reklama

"Dzienniki japońskie" to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu jako takim: o jego filozofii i sensie, a także piętnie, jakie odciska na świadomości wędrowca. Zachęcamy do przeczytania fragmentu książki i wzięcia udziału w konkursie.

Fragment książki "Dzienniki japońskie"

"Upał. I wilgoć. Wilgoć taka, że w niektóre wieczory można ją ujrzeć. Szarzeje i ciemnieje wraz z nadejściem nocy, lecz tak długo jak jest, nigdy nie ustępuje miejsca czerni. Rozlewa się po mieście jak rzadka solanka, z której przechodnie wynurzają się niczym zjawy. Wciska się w każdy kąt i szczelinę. Rozprasza światła ulicznych latarni, neonów i szyldów. Rozmazuje kształty, wygina kontury, zaokrągla krawędzie. Zakrzywia horyzont.

Świat rozpływa się, drga i faluje. Dźwięki rezonują i dzielą się na ledwo słyszalne echa. Odległości nie sposób ustalić. Wszystko wydaje się dalsze, niż jest. Gdy temperatura przekracza trzydzieści stopni Celsjusza, ciało zwalnia i człowiek traci ochotę, by wyściubić nos za próg. Gdy podnosi się o pięć kolejnych kresek, odechciewa się żyć.

W taki właśnie przesiąknięty wilgocią czerwcowy dzień po raz pierwszy postawiłem stopę na japońskiej ziemi. W powietrzu unosił się zapach gnijących wodorostów. Woń rozkładu i woń narodzin. Nastała już pora deszczowa, którą niektórzy mieszkańcy japońskiego archipelagu uznają za piątą porę roku. To okres między suchą i ciepłą wiosną a gorącym i mokrym latem, gdy zimne powietrze z północy siłuje się z ciepłym z południa.

Wtedy to nad wyspami na półtora miesiąca zawisa szara kotara z chmur, zielenią się ryżowe źdźbła, a w sadach dojrzewają owoce śliw. Japończycy nazywają tę porę roku tsuyu - "śliwkowy deszcz". Wydaje im się wtedy, że bogowie są bliżej. To czas błogosławiony. Tego pierwszego dnia miałem wrażenie, jakbym znalazł się na dużej wysokości. Wilgoć i upał pory deszczowej pochłaniały tlen, oddech przyśpieszył, a skóra perliła się kropelkami potu. Poczułem zmęczenie i senność. I przez chwilę zaświtała mi w głowie myśl, by wracać.

Na szczęście do takiej pogody można się przyzwyczaić. Najważniejsze to nie stracić nadziei, że się poprawi. Zawsze można schronić się w chłodnym wnętrzu jakiegoś sklepu lub biura. Lodowaty podmuch klimatyzacji zapewni orzeźwienie. W pakiecie można jeszcze dostać kataru. Dziennik, który wtedy pisałem, nosi ślady kropel potu. Czytam go po kilku latach i czuję, jak strużki potu spływają mi po twarzy i skapują na białe kartki, które co wieczór zapełniałem.

Kleksy wspomnień, już pożółkłe, ale wciąż świeże, świadectwa drobnych zwycięstw, które od razu powracają, oraz porażek, które trzeba wygrzebać z czeluści umysłu i do których trzeba się dopiero przed samym sobą przyznać. Ale właśnie po to, by ich wszystkich doświadczyć, wyruszyłem w tę podróż".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy