Reklama

Reklama

Kraj marzycieli i wizjonerów? Mało znane fakty o Urugwaju

"Urugwajczycy kochają długie weekendy tak samo jak wolność" – mówi o rodakach José Mujica, były prezydent i najskromniejszy celebryta świata, który do pracy jeździł 20-letnim garbusem, a lwią część pensji oddawał na cele charytatywne.

Urugwaj jest jak puzzel z innej układanki, który nie pasuje do reszty kontynentu. Choć ten kraj zajmuje powierzchnię niewiele większą od Grecji i mieszka w nim zaledwie trzy i pół miliona ludzi, istotnie różni się od sąsiadów. Stabilny politycznie i ekonomicznie, nie przystaje do niemal żadnych europejskich stereotypów o Ameryce Łacińskiej. To jedno z najbardziej laickich państw świata. Jako pierwsze całkowicie zalegalizowało uprawę i spożycie marihuany, pary jednopłciowe mogą tu adoptować dzieci, a prostytutki płacą składki na ubezpieczenie społeczne. Każdy uczeń dostaje od państwa laptop, emeryt - tablet, a imigrant i uchodźca, nawet były więzień Guantanamo - szansę na nowe życie.

Reklama

"Wyhoduj sobie wolność" to reporterska opowieść o niezwykłym eksperymencie społecznym i otwarte pytanie o granice dla marzycieli i wizjonerów, próbujących wykuwać nowy, lepszy świat.

Wraz z Wydawnictwem Czarne przygotowaliśmy trzy egzemplarze książki. Aby zdobyć jeden z nich wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe.

Fragment książki:

Maria Hawranek, Szymon Opryszek

WYHODUJ SOBIE WOLNOŚĆ. REPORTAŻE Z URUGWAJU

"Z głową w chmurze

Istnieją umysły pozbawione ograniczeń. Nie zakładają, że się nie uda. Po prostu pytają siebie, a potem innych: a co by się stało, gdyby tak...

...zainstalować w Urugwaju internet?

To pytanie dręczy Idę Holz w czasach, gdy e-mail jest jeszcze poza wyobraźnią. Ida, dziewczyna z polsko-żydowskiej rodziny z Lubaczowa, wnuczka rabina, która mieszkała w kibucu i służyła w izraelskim wojsku, na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku - jako jedna z czterech kobiet - kończy  informatykę na Universidad de la República. Dyktatura wypycha ją razem z mężem artystą do Meksyku, gdzie zostaje dyrektorką Narodowego Instytutu Statystycznego. Wtedy pojawia się faks. Zafascynowana Ida obserwuje, jak maszyna wypluwa kartki z zebraną przed chwilą na drugim końcu kraju informacją.

W domu, na pierwszym komputerze osobistym Commodore, tworzy dla dzieci program do rozwiązywania zadań z matematyki. Kiedy dzieciaki się mylą, program woła: "Oj, jaka szkoda! Spróbuj jeszcze raz!".

Po 1985 roku Ida wraca do Urugwaju z poczucia obowiązku. Trzeba odbudować kraj po dyktaturze. Na uniwersytecie proszą ją, by rozpowszechniła wśród akademików pocztę elektroniczną, która do tej pory komunikowała wyłącznie inżynierów. Kiedy się to udaje, Ida postanawia zarzucić sieć na cały kraj.

Internet zaczyna rozlewać się po Urugwaju w Tygodniu Turystyki w 1994 roku.

Idę Holz nazywają tu jego matką. Jest pierwszą przedstawicielką Latynoameryki zaproszoną przez Internet Society do Korytarza Sławy. Stoją w nim wizjonerzy i liderzy, którzy powołali sieć do życia.

Dziś ma osiemdziesiąt trzy lata i piękny portret na znaczkach pocztowych.

- Przed nami rewolucja: drukarki 3D i internet rzeczy. Jak zmieni się przemysł? Jak będziemy się zabezpieczać? Niełatwo to wymyślić. Ale ta technologia nadchodzi. To po prostu będzie rzeczywistość naszego, a raczej waszego, świata. Nie ma wyjścia. To kwestia ewolucji - mówi w rozmowie z nami.

...dać laptopa każdemu dziecku?

To pytanie zadaje sobie Miguel Brechner, gdy czyta o projekcie Nicholasa Negroponte, założyciela słynnego Media Labu na równie słynnym MIT (Massachusetts Institute of Technology). Projekt nazywa się One Laptop Per Child, a Negroponte opowiada o nim na Światowym Forum Ekonomicznym w 2005 roku.

- Wydawało mi się, że nie ma bardziej demokratycznego pomysłu niż laptop i internet dla każdego dziecka - mówi nam Brechner, taki urugwajski Mr Gadżet, inżynier telekomunikacji, milioner, maratończyk i wieloletni zwolennik Frente Amplio. Przyznaje, że kocha technologiczne bajery. Kupuje wszystko, co nowe, testuje, większość później sprzedaje (Ipada, na przykład, nie używa już od dawna). Z sentymentem gładzi jednak starego MacIntosha i dwa Commodore (VIC-20 i 64), które wylądowały w jego gabinecie na emeryturze.

Na początku Negroponte nie interesuje się Urugwajem. Wolałby zachęcić do współpracy jakiś bardziej spektakularny kraj, Brazylię, może Libię, nie takiego liliputa. Jednak Brechner się nie zraża, tylko liczy, ile to wszystko będzie kosztować. W 2006 roku puka do drzwi prezydenta Tabaré Vázqueza. Dostaje  kwadrans, kończy exposé w czternastej minucie.

- Dobra, działajmy - stwierdza prezydent.

Pod koniec roku przedstawia Urugwajczykom projekt Plan Ceibal (nazwany tak od narodowego drzewa ceibo) słowami: "To będzie najważniejsze ogłoszenie mojego rządu". Mówi tak, choć to dopiero początek kadencji.

Wtedy świat nie przeczuwa jeszcze nadejścia Iphone’ów ani światłowodów. W głębokim urugwajskim interiorze są szkoły, gdzie nie ma prądu ani bieżącej wody, a uczniowie jeżdżą do nich konno. Niebawem jednak nawet tam dotrą komputery i panele solarne do ich ładowania. Urugwaj stanie się pierwszym - i wciąż jedynym - na świecie krajem, który wyposaży wszystkie swoje dzieci w laptopy. I to na koszt państwa. Za dostęp do sieci młodych Urugwajczyków odpowiada narodowa firma komunikacyjna Antel.

Ceibalita, jak czule mówią o komputerku Urugwajczycy, jest biało-zielona i ma uchwyt, za który można złapać ją jak teczkę. Gruby plastik chroni przed przypadkowymi urazami i sprawia, że urządzenie wygląda jak zabawka. Wersja dla nauczycieli jest niebieska. Zgodnie z założeniem Negroponte laptop  powinien kosztować sto dolarów. W Urugwaju nigdy nie osiągnął takiej ceny; roczny koszt Planu Ceibal nie przekracza pięciu procent kwoty przeznaczonej na utrzymanie każdego ucznia w szkole publicznej.

Rozdawanie zaczyna się od interioru. Pierwsze sto pięćdziesiąt komputerów trafia do dzieci z mlecznej wioski pośrodku niczego, Villa Cardal, gdzie żyją niecałe dwa tysiące ludzi i o wiele więcej krów. Dopiero gdy uczniowie z jednego departamentu trzymają już w rękach po sztuce, urzędnicy przenoszą się do kolejnego. Od 2007 roku w trzyipółmilionowym kraju rozdano ponad milion laptopów.

Dzieci kręcą filmiki z domowymi zwierzakami, robią zdjęcia rodzinie, montują prezentacje, uczą się podstaw programowania, szukają informacji, jakich nie znalazłyby w wiejskiej bibliotece. Popołudniami przesiadują na chodnikach. Jeśli jest zimno lub wieje, na głowy naciągają czapki, jeśli kropi deszcz -  rozkładają nad laptopami parasolki. W weekendy obsiadają ławki na placach, moszczą się na wyklepanej trawie pod drzewami. Pod chmurą darmowej państwowej sieci.

W wielu domach mała ceibalita zrobiła rewolucję. W 2006 roku dostęp do komputera miała niewiele ponad połowa osób z klas wyższych, z najbiedniejszej zaledwie pięć procent. Sześć lat później proporcje się zmieniły - posługuje się nimi ponad osiemdziesiąt procent najbogatszych i niemal trzy czwarte  niezamożnych Urugwajczyków. Mama jedenastolatka, u której mieszkamy, pracownica księgarni, na ceibalita założyła sobie pierwszą pocztę. Jej syn klika całymi przedpołudniami (w Urugwaju dzieci chodzą do szkoły na poranne i popołudniowe zmiany). Klika też Rosa, nasza niepiśmienna grzebaczka z dzielnicy Casavalle na północno-wschodnich rubieżach Montevideo, której w życiu nie byłoby stać na laptopa dla żadnego z czwórki dzieci.

Są szkoły, gdzie na zajęciach uczniowie programują na ceibalitas roboty z klocków Lego, analizują doświadczenia z chemii, drukują w 3D, uczą się angielskiego z native speakerami z British Council, a z kolegami z Nowej Zelandii opracowują pomysły na efektywną gospodarkę odpadami. Na ceibalita zaczynał symbol planu Agustín Zubaiga, nastoletni laureat konkursu kodowania Google Code-In.

Na dziesięciolecie programu do Urugwaju przyjechał Nicholas Negroponte. Na początku sceptyczny, teraz nie może powstrzymać się od zachwytów:

- Muszę przyznać, że realizacja [...] przerosła moje oczekiwania. Żaden inny kraj, żaden inny prezydent, nie odważył się powziąć takiego projektu; wszystkie realizują go na zasadzie pilotażu. I żaden nie pomyślał o nim jako o narzędziu równości. Za dwadzieścia lat wydacie na świat najbardziej kreatywnych ludzi na świecie.

Są też szkoły, gdzie komputerki kurzą się w szafkach przez cały rok, a nauczyciele dawno zapomnieli do nich haseł. Są rodzice, którzy nie zanoszą zepsutych ceibalitas do naprawy, bo im się nie chce, bo zapomnieli. Albo próbują w ten sposób ograniczyć liczbę godzin, jakie ich dzieci spędzają na graniu.

Kilka lat temu opublikowano uniwersyteckie ewaluacje, które dowodzą, że wbrew oczekiwaniom wielu Urugwajczyków ceibalita nie dokonała cudu. Nie podniosła marnych wyników uczniów w testach PISA, sprawdzających  umiejętności językowe i matematyczne. Państwowy system edukacji wciąż kuleje. Coraz więcej dzieci odpływa z niego do prywatnych szkół.

- Chodziło nam o to, by Plan Ceibal zasypał przepaść technologiczną między biednymi a bogatymi. By był narzędziem wyrównania szans w perspektywie podstawowych praw człowieka, a dopiero potem edukacji - tłumaczy nam Brechner. - Dzięki ceibalitas komputer podłączony do internetu stał się u nas, z przywileju, prawem. Jak zmierzyć poczucie własnej wartości dzieci, dla których ceibalita jest jedyną osobista rzeczą, jaką posiadają? Teraz musimy jak najlepiej wykorzystać technologię do personalizowania edukacji.

...sprezentować emerytom po tablecie?

W 2014 roku urugwajski rząd stwierdził, że skoro dzieci dostały po laptopie, to i starszym należy się coś od życia. Może tablet? Plan Ibirapitá rodzi się w tych samych głowach, co Ceibal, i według podobnych założeń: najpierw dotrzeć do interioru, do najbiedniejszych.

- Wiem, że ten pomysł naraża mnie na śmieszność w niektórych środowiskach - zaznaczył Tabaré Vázquez podczas drugiej kampanii prezydenckiej. - Ale myślę o własnej siostrze, która w zimowy deszczowy dzień siedzi sama w domu, a mogłaby oglądać filmy lub czytać gazety. A może nawet odnaleźć  starych przyjaciół?

Vázquez wygrał wybory po raz drugi; od czerwca 2015 tablety płyną do staruszków. Nie do każdego emeryta, bo może stać go na ten wynalazek. Albo w ogóle nie jest nim zainteresowany. Jednak co bardziej ciekawscy, co bardziej samotni, co biedniejsi - ich dochody nie mogą przekraczać dwudziestu czterech i pół tysiąca peso (około trzech tysięcy trzystu złotych) miesięcznie - zapisują się w kolejce. Do 2020 roku tablety trafią do trzystu tysięcy osób.

Niemal siedemdziesięcioletnia Nelly Bagnouli na swój nie mogła się doczekać. Mieszka w dzielnicy Penarol na obrzeżach Montevideo, niedaleko torów kolejowych, którymi już niemal nic nie jeździ. W ogóle mało w dzielnicy zdarzeń i nowości.

- Sąsiadka dzwoni na Skypie do syna, który pracuje w Hiszpanii. Druga dzierga z YouTube. Trzecia wynajduje przepisy. Czwarta zakłada słuchawki na uszy, włącza radio i jest gotowa do sjesty. Mąż czyta książki - wylicza umoszczona w fotelu Nelly. - Wszystkim nam tablety pozmieniały życie. Organizujemy sobie spacery, bierzemy koce, napoje i ciastka, często robimy zdjęcia do naszej lokalnej gazetki, o, zobaczcie. Jesteśmy starzy, ale się nie poddajemy.

Tablet pomyślano tak, żeby emeryt mógł się z nim zaprzyjaźnić. Ikony są duże, litery też. Wśród gier królują Sudoku i Tetris, dzięki którym staruszkowie mimochodem ćwiczą pamięć i refleks. W menu nie pojawia się słowo "aplikacja", bo jak im je wytłumaczyć? Już z pojęciem wi-fi wielu ma kłopot. Eksperci z Planu Ibirapitá na szkoleniach tłumaczą je następująco: "To takie radio, tylko antena działa na dwieście metrów".

Tablet jest po to, by dziadkowie i babcie nie byli sami. Żeby korzystali z internetu, państwowej telewizji, gazet, książek, ze Skype’a i gier. I by mogli rozumieć świat swoich wnuczków.

Plan Ibirapitá jeszcze rozpala głowę Idy Holz, matki urugwajskiego internetu, której myśli coraz częściej wędrują gdzieś daleko - poza siódme piętro wieżowca w Montevideo, poza kanapę ustawioną pod portretem ukochanego męża, poza salon pełen pamiątek z Meksyku, gdzie tak dobrze im się żyło. Gdy mówi o Ibirapitá, na jej twarzy widać ślady entuzjazmu, którym musiała emanować, gdy w latach dziewięćdziesiątych opowiadała o podłączeniu Urugwaju do sieci.

- Tablet sprawia, że nasze życie jest mniej samotne, codzienność staje się jakaś taka bardziej przyjazna. Mnie technologia towarzyszyła od zawsze. Ale na starość człowiek zostaje bardzo sam. Mój mąż umarł, dzieci żyją za granicą. Przyjaciele umierają albo chorują na alzheimera. Tęsknię. Starość jest brzydka. Degradacja własna i innych. Ciało, głowa... Wszystko upada.

Nie zabiję się, spokojnie. Ale długo żyć nie chcę."

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama