Reklama

Reklama

Absurdalne sprawy w sądach. Nie uwierzysz, o co procesują się Polacy

Lata walki o kryształową popielnicę z motywem jelenia, której nigdy nie było? A może zażarty spór o to, kto przejechał sadzonkę za złotówkę? Podobno nie ma takiej rzeczy, o którą Polacy jeszcze się nie sądzili. Znaczenia nie ma nawet wartość przedmiotu sądowej batalii. Dowodem wyrok lubelskiego e-sądu na... 1 grosz. Są pozwy, przy których Temida, gdyby mogła, ściągnęłaby opaskę, by uważnie przyjrzeć się zwaśnionym stronom. Poznajcie sądowe grzechy Polaków.

Kilka dni temu media obiegła historia profesora uniwersytetu z Florencji, który trafił przed sąd z powodu swoich psów. Jak podaje gazeta "La Nazione", sąsiedzi nie mogli wytrzymać szczekania trzech labradorów wykładowcy. Spali przy zamkniętych oknach, z zatyczkami w uszach, uzbroili dom w podwójne szyby, ale i to nie pomogło. Oskarżyli więc mężczyznę o nękanie. Lokalna prasa z Toskanii podkreślała, że to proces bez precedensu.

Reklama

W Polsce takich "bezprecedensowych" spraw mamy na pęczki. Jak radzi sobie z nimi system?

Sześć lat procesu o figurkę świętego Antoniego, lata walki o sadzonkę

Duża sala jednego z sądów okręgowych. Trzyosobowy skład sędziowski rozpatrujący apelację od wyroku sądu rejonowego. Dwie czekające w napięciu na orzeczenie strony. I wyrok: "Po rozpoznaniu sprawy o naprawienie szkody, na skutek apelacji powoda i powódki, sąd zmienia zaskarżony wyrok w całości na następujący: zobowiązuje pozwaną do wydania powodowi rzeczy ruchomej w postaci figurki świętego Antoniego o wartości 200 zł. W pozostałej części powództwo oddala".

Bo w ciągu tego procesu były też inne "kości niezgody", jak kredens apteczny o wartości 1,5 tys. zł, gitara, czy ustalenie do kogo należą kupione w szkółce cisy pospolite i świerki kłujące. Stanęło na zwrocie wyłącznie świętego Antoniego. O figurkę byli małżonkowie procesowali się łącznie sześć lat. Tony dokumentów, wniosków dowodowych, biegli sądowi. 

Koszty sprawy? Z pewnością wyższe niż wartość figurki. Podobnie jak w przypadku sadzonki, o którą sądowy bój toczyli rolnicy z Podkarpacia. Jeden oskarżył drugiego o rozjechanie gałązki modrzewia ciągnikiem. W momencie składania pozwu sadzonka kosztowała 1 zł. Niewiele droższych było dziesięć sadzonek pora, o których zniszczenie procesowano się w Zawierciu. Oskarżonego uniewinniono, bo sąd nie znalazł dowodów na to, że Janusz L. celowo rozjechał rośliny traktorem.

"Kot akrobata zalewający mieszkanie"

Dla prawników takie przykłady jak te powyższe to chleb powszedni.

- Mamy sprawę o to, że starsza pani kopnęła butelkę z szamponem, którą sąsiad postawił na drodze pożarowej. Butelka przewróciła się na odkurzacz samochodowy. Sąsiad oskarżył ją o zniszczenie mienia na 100 zł - opowiada Interii adwokat Iwo Klisz.

Mec. Joanna Parafianowicz przyznaje, że sądy rozpoznają wiele spraw, które nie powinny w ogóle skłaniać do procesowania się. - W mojej praktyce po wielokroć spotykałam się z pozwami, których objętość należałoby liczyć nie w liczbie stron, a w kilogramach, a których oddalenie wymagałoby niewiele więcej ponad stwierdzenie, że powód, będąc do tego zobowiązanym, nie przedstawił żadnych wiarygodnych dowodów na poparcie swoich też - mówi adwokat Joanna Parafianowicz.

- Jako przykład mogę wskazać sprawę pozwu o zapłatę odszkodowania, w której powód wywodził, że sąsiad z góry zalewa jego mieszkanie, posługując się wytresowanym w tym celu kotem akrobatą - opowiada prawniczka.  

Wspomina też 18-letni spór o podział majątku małżeńskiego, w którym z uwagi na upływ czasu przedmiotem osądu były wyłącznie nieistniejące już składniki majątkowe o niemal zerowej wartości. - Do zgodnego ustalenia składu majątku ostatecznie nie doszło, pomimo sporządzenia spisu inwentarza, z uwagi na sprzeczne stanowiska stron co do istnienia, bądź nie... kryształowej popielnicy z motywem jelenia - zaznacza Joanna Parafianowicz.

Wyrok na 1 grosz. "Niepotrzebne koszty dla wszystkich"

Krzysztof Zawała, sędzia Sądu Okręgowego w Katowicach, przyznaje: nietypowych spraw nie brakuje. I każdej z nich sąd musi nadać bieg.

- Czy sąd może powiedzieć: tej sprawy nie rozpatrujemy, bo zbyt błaha albo przedmiot sporu zbyt niski? Absolutnie. Sąd sprawę podjąć musi, bo wszystko jedno czy wartość tej szkody wynosi 1 zł, 100 zł czy 100 tys. zł, w Polsce, co do zasady, nie ma opcji niepodejmowania sprawy - tłumaczy sędzia Zawała. 

W efekcie, jedyne co różni sprawę o 10 zł od sprawy o 10 mln, to liczba zer w pozwie. I czasem to, kto inicjuje sprawę. - W postępowaniu cywilnym to strona wnosi powództwo i sama określa żądanie. Sprawy drobne pojawiają się także w postępowaniu w sprawach o wykroczenie, gdzie z kolei, co do zasady wniosek o ukaranie wnosi policja - tłumaczy sędzia Barbara Markowska z Sądu Okręgowego w Lublinie.

I tu, i tu, przedmiot sporu potrafi często zaskoczyć. - Spotkałam się na przykład ze sprawą o wykroczenie, gdzie była żona, zamieszkująca wspólnie z byłym mężem w jednym mieszkaniu, zarzucała mu między innymi kradzież jednej główki czosnku oraz kradzież niewielkiej ilości proszku do prania, poprzez odsypanie z jej worka, co. jak twierdziła, poznała po kolorze dodatkowych kolorowych granulek - wspomina sędzia Markowska.

O tym, że często ważniejsza niż kwota wygranej jest sama świadomość pozwania kogoś, najlepiej świadczą niektóre kwoty wyroków wydawanych w elektronicznym postępowaniu upominawczym. Z informacji uzyskanych przez Interię wynika, że najniższy wyrok nakazowy wydany w e-sądzie opiewał na kwotę... 1 grosza.

Adwokat Iwo Klisz zwraca uwagę, że tak kuriozalne postępowania to niepotrzebne koszty dla wszystkich. I podaje przykład: - Miałem kiedyś sprawę z urzędu o zwolnienie człowieka z podatku rolnego na kwotę 160 zł. W dwóch instancjach sąd administracyjny nie zwolnił go z tego podatku. Za to, że pomagałem mu z urzędu, za każdą instancje dostawałem od państwa 240 zł. Czyli budżet zapłacił 480 zł za to, żeby odmówić rolnikowi zwolnienia na 160 zł - opisuje Iwo Klisz. 

Negocjacje? "Ustępstwo nadal traktowane jest jako oznaka słabości"

Nasi rozmówcy podkreślają, że najważniejsze to rozróżnić tych, których walka, mimo niewielkich kwot sporu, ma sens od zawodowych pieniaczy.

- Trzeba pamiętać, że różne są poziomy wrażliwości, co dla kogo jest niesprawiedliwością i sprawą wielkiej wagi. U każdego granica przebiega gdzie indziej. Warto poznać rację obu stron i znaleźć złoty środek. Idealnie by było, gdyby ludzie umieli znaleźć go sami - mówi sędzia Krzysztof Zawała z Sądu Okręgowego w Katowicach.

Ale to nie jest mocną stroną Polaków.

- Każdy uważa, że jego racja jest najważniejsza. Kwestia zrozumienia i wyważenia racji drugiej strony kuleje - mówi Interii adwokat Przemysław Sasin, zaznaczając, że naszym największym grzechem jest to, że nie potrafimy się dogadać. - Nie popuścimy liny nawet na centymetr. Bo nadal każda próba kompromisu uznawana jest jako oznaka słabości. Walczymy do upadłego - dodaje prawnik. 

O kłótliwości Polaków wspomina także mec. Iwo Klisz. - Często rozmowy ugodowe w sprawach o kilkadziesiąt tysięcy zł rozbijają się o to, że żadna ze stron nie chce odpuścić kilkuset złotych. Pozew jest na 40 tys. zł, pozwany proponuje 25 tys. zł, a powód mówi, że chce 500 zł więcej i ostatecznie się nie dogadują - opowiada adwokat.

Bat na pieniaczy? Jest, ale jakby go nie było

Jak podkreślają prawnicy, sposobem na ostudzenie chęci wnoszenia bezzasadnych powództw miała być nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego i art. 191 (1) KPC.

Przepis, który mówi, że jeśli z treści pozwu, załączników oraz okoliczności dotyczących sprawy wynika oczywista bezzasadność powództwa, sąd może powództwo na posiedzeniu niejawnym oddalić. - Nie doręczając pozwu osobie pozwanej, ani nie rozpatrując złożonych przez powoda wniosków. Sędzia musi jedynie sporządzić z urzędu uzasadnienie wyjaśniające, dlaczego powództwo zostało uznane za oczywiście bezzasadne - tłumaczą Interii prawnicy.

- To nowy przepis. Miał działać w takich sytuacjach, ale jeszcze się nie spotkałem, żeby sąd go zastosował - przyznaje mec. Iwo Klisz.  

Joanna Parafianowicz z oddaleniem powództwem z uwagi na oczywistą bezzasadność spotkała się w swojej karierze raz. - Mam w związku z tym wrażenie, że po pierwsze - nie wnikając w motywacje - prawnicy przyjmują do prowadzenia sprawy, których nie powinni się w ogóle podejmować, z uwagi także na interes finansowy klienta i własną renomę, po drugie: sądom brakuje ikry - ocenia mec. Joanna Parafianowicz. - To sędziowie bowiem powinni wiedzieć, kiedy postawić tamę bezzasadnym, żeby nie powiedzieć, że jaskrawie idiotycznym roszczeniom, czy oddalić wniosek o przesłuchanie entego świadka mającego zeznawać co do okoliczności nieistotnych dla sprawy lub dawno udowodnionych - dodaje adwokat.

Pytamy Ministerstwo Sprawiedliwości, ile razy sędziowie skorzystali z dobrodziejstwa art. 191 (1) KPC. Resort odpowiada, że nie pomoże, bo takich danych nie ma.

Co, zdaniem prawników, rozwiązałoby problem?

- Na przykład przedsąd, czyli krótka rozprawa, na której sędzia mógłby ocenić czy sprawa nadaje się do rozpatrywania - podpowiada mec. Iwo Klisz.

Nie zaszkodziłaby też autorefleksja składających pozwy. - To wspaniałe, że możemy oddać nasze sprawy pod ocenę sądu, pytanie jednak - czy zawsze warto? Wedle mojej oceny, jeśli nie wiadomo jakiej odpowiedzi udzielić, warto złożyć tylko pozew z RiGCz’em. Rozumem i godnością człowieka - puentuje adw. Joanna Parafianowicz.

Irmina Brachacz

Irmina.brachacz@firma.interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy