Reklama

Reklama

Nauczyciele odchodzą z zawodu. Część nosiła się z tym zamiarem latami. "Przyjemne uczucie"

- Nastrój? Euforyczny! - mówi nam jedna z nauczycielek w dniu, w którym składa swoje wypowiedzenie na biurku dyrekcji. Nauczyciele rezygnują z pracy w szkołach. W rozmowie z Interią przyznają, że powody do podjęcia tej decyzji zbierali latami. Już teraz w bankach ofert pracy dla nauczycieli są tysiące ogłoszeń. A od września będzie ich jeszcze więcej.

Nauczyciele mają dość. Jak mówi Interii szef ZNP Sławomir Broniarz, jedni zastanawiają się nad długimi urlopami w celu poratowania zdrowia, inni sygnalizują gotowość odejścia z zawodu.

- Generalnie nastroje nie są najlepsze. To są osoby, które często mają dość po ostatnim roku nauki zdalnej. Optymizmem nie napawa ich również zapowiedź ministra edukacji Przemysława Czarnka dotycząca podniesienia pensum - przyznaje Broniarz. I dodaje, że skala zjawiska nie jest jeszcze znana. - Wiemy jednak, że istnieje. Znaczące natężenie obserwuję od dwóch tygodni. To nas niepokoi - przyznaje szef ZNP.

Reklama

Aby nie pracować od przyszłego roku szkolnego, pedagodzy rozwiązać umowę musieli do 31 maja. Od tego momentu zaczyna się liczyć ich trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Część może jednak czekać do ostatniej chwili i próbować rezygnować z końcem sierpnia za porozumieniem stron.

200 uczniów, 4h snu dziennie

Ela złożyła swoje wypowiedzenie 26 maja. Uczyła języka angielskiego w szkole podstawowej w Warszawie. - Powodów mojej decyzji było mnóstwo - od systemowych, przez placówkowe, po własne - mówi nam kobieta. - Byłam maksymalnie przeciążona. Przez wiele lat pracowałam po 27 h przy tablicy tygodniowo. Łatwiej było zajechać dwóch nauczycieli, niż zatrudnić trzeciego - ocenia była nauczycielka.

Tłumaczy też, że miała średnio 200 uczniów pod sobą. - Z dziewięciu klas. Każda klasa bez żadnego podziału na grupy, po 31 osób, w tym dzieci wymagające szczególnej uwagi. Druga rzeczy to ciągła zmiana klas - raz nauczanie sześcioletnich maluchów, raz 13-latków. Byłam jeszcze wychowawczynią, przygotowywałam uczniów do konkursów. Spałam średnio cztery-pięć godzin dziennie - opowiada Ela. I przyznaje, że tu na jej decyzję wpłynęła nowa dyrekcja.

Zarobki niesatysfakcjonujące

O swoich zarobkach Ela mówi: były niesatysfakcjonujące. - Przeliczając czas rzeczywiście poświęcony pracy, na stawkę godzinową wychodzi może 6 zł za godzinę. Śmiech na sali - mówi kobieta. - Kochałam tę pracę, ale z perspektywy czasu uważam, że zmarnowałam kawał życia. Strajk nauczycieli, a teraz zapowiedź podwyższenia pensum? To smutne, ale to już nie będzie moja bajka. Szkoda mi tych, którzy w zawodzie zostaną - dodaje.

Na pytanie, co dalej, nasza rozmówczyni odpowiada: - Na razie mam bardzo ogólny zarys. Wiem, że chcę się zupełnie przekwalifikować. Pracować w firmie, rozwijać się w innych kierunkach, uczyć się nowych rzeczy. Jeśli uda się przy tym wykorzystać język angielski - super, ale nie jest to warunek konieczny. Może pójdę na kolejne studia? Zobaczymy. Jestem dobrej myśli.

"Zawiodło mnie wszystko"

Wypowiedzenie złożyła też Grażyna Kiełczykowska. Uczyła matematyki od 2006 roku. Dziś jest właścicielką Studia Nauczania MathRiders w Wieluniu. - Zaczynałam w podstawówce, potem przeszłam do gimnazjum. Pracowałam tam dziewięć lat. I to był najlepszy okres mojej pracy. Szkoła katolicka, grupy około 20 osób, albo mniej - opowiada Interii.

- Przeszłam przez wszystkie stopnie awansu zawodowego i gdy zdałam dyplomowanie, zadałam sobie pytanie: co dalej? Właśnie osiągnęłam szczyt awansu w wieku 36 lat. Rok później zamknęli gimnazja, a ja przeszłam do zespołu szkół zawodowych. Państwowa szkoła, 1300 uczniów, w klasie 32, czasem więcej. Dzieci, które nie chcą się uczyć matematyki. W tym samym roku był strajk nauczycieli, brałam w nim udział, bo wierzyłam, że walczę o lepszą edukację. Zawiodło mnie wszystko: koledzy z pracy, dyrektor, związki zawodowe, państwo. Dosłownie wszystko - przyznaje Grażyna.

Po powrocie do stacjonarnej nauki nasza rozmówczyni poczuła, że nie umie już pracować przy zwykłej tablicy. - Nie wspominając o nauce zdalnej. I ciągłym pytaniu "jest tam ktoś"? - wspomina. 

- Myślę, że już nigdy nie odnajdę się w polskiej szkole. Nie odchodzę z zawodu, bo uczyć będę zawsze. Odchodzę z tego chorego systemu, pruskiej szkoły - podsumowuje Grażyna Kiełczykowska.

"Nie mogłam uwierzyć, jakie to przyjemne uczucie"

O swoim odejściu mówi nam też Anna - nauczycielka z 17-letnim stażem. - Zaniosłam pismo pod koniec maja. Nie mogłam uwierzyć, jak przyjemne było to uczucie - przyznaje Interii. - Decyzja o złożeniu wypowiedzenia jest tak wielowarstwowa jak słowiańska lalka motanka. Nosiłam się z nią jakieś siedem lat - przyznaje Anna.

I dodaje, że uzależniona była od "wskrzeszania płomienia edukacyjnego" i to ją powstrzymywało przed ostatecznym złożeniem wypowiedzenia. - Uwielbiam błysk w oku ucznia, inspiruje mnie młodzieńcze podważanie rzeczywistości, kocham uczestniczyć w prowokujących dyskusjach. Lubię cały bunt i cały młodzieńczy świat. Śmieszne, ale przez wiele lat czułam, jakbym nosiła specjalny pierścień. Przekręcałam go i zamieniałam ucznia w kogokolwiek chciałam.

- Niestety w rzeczywistości szkolnej, żeby przekręcić ten wyżej wspomniany pierścień, przekręcasz równolegle również siebie - dodaje.

"Będę przyświecać swoim celom sama"

Anna przyznaje, że na jej decyzję wcale nie wpłynęła nauka zdalna. - Ona ma potencjał, żeby być tak samo fajna i angażująca, jak stacjonarna. Bardzo się w niej odnajdowałam i myślę, że moi uczniowie też - mówi kobieta.

Jakie więc były prawdziwe powody? - W mojej szkole nie ma szans, żeby odejść od ocen, nie ma szans na to, żeby ustawić ucznia jako podmiotu całego przedsięwzięcia. Nie ma też szans na to, żeby zaprzestać zarządzania opartego na poczuciu strachu w relacjach szkoła-nauczyciel czy nauczyciel-uczeń. Nawet jeśli jakieś światełko w tunelu już widać, to miną jeszcze całe wieki, zanim poczujemy prawdziwe oświecenie - na razie wiara w system pruski i zarządzanie twardą ręką jest przytłaczająco silna. Dlatego od września biorę latarkę w rękę i będę przyświecać swoim celom sama.

Czym zajmie się teraz? - Mam troje dzieci w edukacji domowej. Cały mój zapał edukacyjny przekierowałam na nie. Możemy wspólnie uczyć się bez ocen i nadmiernej kontroli - zdradza Anna.


Tysiące ofert pracy

Anna pytana, czy w jej otoczeniu inni nauczyciele też złożyli wypowiedzenia, odpowiada: - Jedna koleżanka zrezygnowała po trzech latach pracy, druga po dwóch, kolejna po 11. W moim najbliższym otoczeniu to więcej, niż w ubiegłych latach. Wydaje mi się, że pandemia i zmuszenie do pracy online uświadomiło ludzi. Zobaczyli więcej możliwości.

Oferty pracy skierowane do nauczycieli publikowane są przez Kuratoria Oświaty. Na Mazowszu poszukiwanych jest ich na ten moment 2562. Na Śląsku - 1078, w Małopolsce - 1092, na Pomorzu - 457, w Łódzkiem - 369, na Podlasiu - 177.

Nauczyciele podkreślają, że tych ofert będzie znacznie więcej tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje