Reklama

Reklama

Ks. Piotr Górski: Biskup Janiak nie akceptował sprzeciwu

Ks. Piotr Górski /archiwum prywatne

- To właśnie jest lawendowa mafia. Niektórym ten termin kojarzy się tylko z homoseksualizmem, ale tu chodzi też o kwestie funkcjonowania w obrębie władzy i pieniędzy - mówi ks. Piotr Górski. Duchowny opisuje, jak wyglądała rzeczywistość w diecezji kaliskiej, gdy ordynariuszem był tam bp Edward Janiak i co się działo po tym, jak zgłosił Stolicy Apostolskiej sprawę nadużyć swojego przełożonego.

Publikujemy fragment wywiadu, który ukazał się w książce "Zranieni. Rozmowy o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele".

Justyna Kaczmarczyk: Co się stało, że zdecydował się ksiądz powiadomić nuncjaturę o działaniach swojego przełożonego, biskupa Edwarda Janiaka?

Ks. Piotr Górski: - Czułem, że samo zablokowanie święceń osoby ze skłonnościami pedofilskimi nie zamykało sprawy.

Kto chciał udzielić święceń kapłańskich takiej osobie?

- Ksiądz biskup.

Był ksiądz wtedy rektorem seminarium w Kaliszu.

- Tak, ale pewnych wątpliwości zacząłem nabierać już wcześniej, gdy pełniłem funkcję wicerektora. Atmosfera w diecezji była niezdrowa. To było funkcjonowanie w świecie podkopywania autorytetów, jątrzenia, dziwnego zamieszania. W takich okolicznościach zapadła decyzja o przeniesieniu części alumnów do Poznania. Stało się to w wakacje, gdy ówczesny rektor seminarium ks. Jan Grzeszczak wyjechał na zastępstwo do parafii na Sycylii. Mnie też wtedy nie było, pomagałem na misjach. Gdy wróciliśmy, dowiedzieliśmy się od kleryków, że dwóch pierwszych roczników nie ma już w Kaliszu. Proszę sobie wyobrazić, że rektor i wicerektor dowiadują się tego od swoich kleryków. Wtedy właśnie ks. Grzeszczak - zresztą wspaniały człowiek - podał się do dymisji. Ja, trochę z automatu, po roku bycia wicerektorem, zająłem jego miejsce. Już wtedy wiedziałem, że jest jakiś kleryk, który został przyjęty na polecenie biskupa wbrew woli poprzedniego rektora. Wiedziałem, że mój poprzednik był temu zdecydowanie przeciwny i nie chciał mieć z tym nic wspólnego.

Reklama

(...)

O zgłoszeniu sprawy w nuncjaturze poinformował ksiądz biskupa Janiaka. Dlaczego?

- Uznałem, że powinienem taką szczerą rozmowę odbyć z własnym biskupem. Moim zdaniem to, co robił, szkodziło Kościołowi. Zresztą wiele razy rozmawiałem z nim o tym wcześniej. Zaznaczałem, że są sytuacje, których nie akceptuję. Nieraz zachodziłem w głowę, o co chodzi. Zastanawiałem się, czy niektóre sprawy wynikają z natłoku obowiązków. Kiedyś jednak - jeszcze przed zgłoszeniem do nuncjatury - odbyła się rozmowa, która otworzyła mi oczy. Biskup powiedział: rób, co uważasz, ale najważniejsze, żebyś mi nie przeszkadzał. Wiedziałem już wtedy, że trudno mi będzie działać.

Biskup nie lubił sprzeciwu?

- Nie akceptował go i raczej nie tolerował w swoim otoczeniu ludzi, którzy mieli inne zdanie niż on. Otaczał się tymi, którzy mu przyklaskiwali. I nagradzał ich: dawał tytuł kanonika, pozwalał wybierać sobie parafie. Nazywaliśmy to czasem pałacem Heroda - jak dobrze zatańczysz i zaskarbisz sobie łaski, to masz nawet pół królestwa. To było tworzenie chorych struktur, funkcjonowanie w świecie podkopywania autorytetów, tworzenia atmosfery zobowiązującej wdzięczności i niepotrzebnych sekretów. To właśnie jest lawendowa mafia. Niektórym ten termin kojarzy się tylko z homoseksualizmem, ale tu chodzi też o kwestie funkcjonowania w obrębie władzy i pieniędzy. Takie myślenie: mam władzę i wpływy, ludzie się mnie boją i się ze mną liczą, a jestem ważny, kiedy jestem blisko biskupa. Dla mnie to chore. To sprawiało, że księża, którzy nie chcieli brać udziału w takiej grze - a w diecezji kaliskiej jest naprawdę wielu dobrych kapłanów - odpuszczali, robili swoje i dystansowali się od działań kurii.

Co się działo po zgłoszeniu sprawy nuncjuszowi?

- Usłyszałem liczne epitety pod swoim adresem. Nieprzyjemne. Później ksiądz biskup stosował wobec mnie dosyć agresywny mobbing. W nuncjaturze przekazano mi, że moje zgłoszenie jest sub secreto pontifici, czyli "podsekretem papieskim". Powiedziałem o nim biskupowi, bo jego bezpośrednio dotyczyło. Ale nikomu więcej. Jednak ksiądz biskup ujawnił sprawę współpracownikom, ci zaczęli rozpowiadać ją klerykom. W seminarium zrobił się szum. Potem zarzucono mi, że to ja buntuję kleryków przeciw ordynariuszowi. Ludzie z otoczenia biskupa opowiadali, że postradałem zmysły, że jestem chory psychicznie. Ktoś wymyślił, że zostałem opętany i działam pod wpływem złego ducha. Biskup wiele razy pytał mnie, kto za mną stoi. Podejrzewał, że jacyś księża mogą być zazdrośni, że nie zostali biskupami, więc mnie podburzali. Wszędzie widział spisek. Rozpowiadał też, że to ja jestem zazdrosny. A sprawa była jasna - uważałem, że biskup powinien ponieść odpowiedzialność za to, co zrobił.

ks. Piotr Górski - duchowny diecezji kaliskiej, doktor teologii dogmatycznej. W latach 2015-2018rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Kaliszu. Od grudnia 2019 r. administrator parafii w Tursku i kustosz tamtejszego sanktuarium maryjnego.

Rozmowa to fragment wywiadu, który ukazał się w książce "Zranieni. Rozmowy o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje