Reklama

Reklama

"SOR-y nie są z gumy. 100 tys. zakażeń system nie udźwignie"

Dwa lata temu jadąc do pacjentów z COVID-19 byli równie przerażeni co sami chorzy. Dziś nieco się do pandemii przyzwyczaili. - Nauczyliśmy się z nią funkcjonować, ale z przestrachem patrzymy na to, co wydarzy się za chwilę - mówią Interii ratownicy medyczni. Troje medyków z różnych części Polski opowiada nam o kolejkach karetek przed SOR-ami, pacjentach chorujących na inne niż COVID-19 schorzenia i żalu do niezaszczepionych, którzy nie są z nimi szczerzy.

Kilka dni temu Piotr Borys, poseł KO, zamieścił na swoim Twitterze wideo, w którym informował o karetkach, czekających przez kilka godzin przed SOR-em w Lubinie. - Pięć karetek czeka od godz. 13:00 z pacjentami przed szpitalem. Paraliż. 20 osób czeka na interwencje karetek w domach. Podobnie jest w Legnicy - alarmował poseł. Wpis został zamieszczony o godz. 21:20, co oznacza, że pacjenci w karetkach czekali ponad osiem godzin. 

Pytamy ratowników czy sytuacja w Lubinie była incydentem, czy kolejki przed szpitalnymi oddziałami ratunkowymi znowu stają się smutną normą.

Reklama

"Cisza przed burzą"

Adrian Cichawa, ratownik medyczny z Pomorza opowiada, że na północy "na razie względnie spokojnie".

- W szpitalu, w którym pracuję, na trzy oddziały covidowe pacjenci przebywają na dwóch, jeden jest póki co zawieszony w oczekiwaniu na nowych pacjentów. Natomiast obserwujemy co się dzieje w Polsce. Wzrosty zakażeń nie napawają optymizmem - mówi Adrian Cichawa.

- U nas na południu czas oczekiwania przed SOR-em nie jest jeszcze tak długi jak w najgorszych czasach, ale już się zdarza, że stoimy po kilka godzin - dodaje Agnieszka Kubica, ratowniczka medyczna z Oświęcimia.

To co widzą, nazywają "ciszą przed burzą".

- Za chwilę możemy mieć powtórkę z historii. Znów będziemy godzinami czekać z umierającymi pacjentami na podjazdach szpitali, albo szukać placówek, które przyjmą nam pacjenta - mówi Adrian Cichawa. - Nadzieję daje to, że zaszczepieni całkiem dobrze Omikron przechodzą. Problemem są jednak niezaszczepieni - dodaje.

"Pacjenci nie są z nami szczerzy. To powoduje problemy"

Ratownicy opowiadają, że o ile na początku pandemii większość zgłoszeń zaczynała się od zdania: "Chyba mam covid", bo ludzie bali się koronawirusa, dziś wręcz ukrywają swoje objawy.

- Pacjenci jeszcze się nie nauczyli, że wypadałoby powiedzieć prawdę i zgłosić, że są objawowi. Jeśli pacjent był już wymazywany i ma wynik pozytywny, świeci nam się w systemie jako dodatni. My się wtedy przebieramy, przygotowujemy. Ale jeśli ktoś nie był jeszcze testowany, to często nie mówi nam, że w grę może wchodzić COVID-19, bo na przykład miał kontakt z osobą zakażoną. Bywa, że nawet jak już przyjedziemy, negują objawy covidowe, mówią, że to na pewno tylko przeziębienie, ale test to weryfikuje i często potwierdza zakażenie - mówi Piotr Dymon, ratownik medyczny, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.



Ratownicy tłumaczą, że większość nieszczerych pacjentów zaklina rzeczywistość przede wszystkim ze względu na kwarantannę.

- Ludzie przestali się przyznawać do objawów jak zaczęły się długie kwarantanny i długie izolacje. Dla nas hasła: "Nie, to na pewno nie COVID-19" kończą się tym, że po takim wezwaniu mamy na dwie godziny wyłączoną karetkę, bo musimy ją zdezynfekować - dodaje Piotr Dymon.

W czwartek resort zdrowia przekazał, że na kwarantannie jest ponad milion osób. W piątek poinformował o dokładnie 1 068 384 osobach poddanych izolacji. Od wtorku obowiązują przepisy skracające kwarantannę dla osób narażonych na zakażenie wirusem SARS-CoV-2 do 7 dni.

Medycy podkreślają, że większość wyjazdów do pacjentów, u których test wychodzi pozytywnie to osoby niezaszczepione. Mają do nich dużo żalu.

- Zauważyłem u kolegów i u siebie taki syndrom zniechęcenia do pacjentów niezaszczepionych. Pomagamy im, bo to jest nasz obowiązek, ale jesteśmy tymi pacjentami potężnie zmęczeni. Bo wiemy, że to oni w większości leżą na oddziałach covidowych - mówi Adrian Cichawa, ratownik z Pomorza.

Pacjenci z innymi schorzeniami nie mają lekko. "Tylko wziąć czerwonego markera i drugą kreskę dorysować"

Ratownicy zwracają uwagę, że prócz pacjentów covidowych są jeszcze ci zmagający się z innymi schorzeniami. I niejednokrotnie to właśnie oni mają najgorzej.

- Teraz tak naprawdę cała służba zdrowia jest nastawiona na leczenie COVID-19. W pomorskim są chyba jeszcze tylko trzy oddziały wewnętrzne, reszta jest przekształcona w covidowe - mówi Adrian Cichawa. - Czasem denerwujemy się, że tylko wziąć do ręki czerwonego markera i drugą kreskę namalować na teście covidowym, żeby tylko gdzieś tego pacjenta położyć. Bo załóżmy pacjent jest obciążony, onkologiczny, nie ma covida i nie ma dla niego nigdzie miejsca - tłumaczy ratownik.



- Przed epidemią pacjenci w ciężkim stanie mieli pierwszeństwo we wjeździe na izbę przyjęć, teraz jest tak, że właściwie pacjent musi być w mega ciężkim stanie, jakieś urazy wielonarządowe albo zatrzymanie krążenia, żeby wjechać powiedzmy od razu. Pod warunkiem, że na izbie przyjęć, na SOR-ze w ogóle jest miejsce żeby tego pacjenta przyjąć - opowiada Piotr Dymon.

Agnieszka Kubica dodaje, że problemem są też pacjenci leczeni teleporadami.

- W ostatnich miesiącach często zdarzało nam się jeździć do pacjentów, którym lekarz POZ odmówił przyjazdu lub leczył tylko poprzez teleporadę. Chorzy nie zawsze wysyłani byli na wymaz lub byli leczeni antybiotykiem na "zapalenie oskrzeli". Opóźniało to szybkie "wyłapanie" pacjentów covidowych, przez co spokojnie mogli zarażać dalej - mówi ratowniczka medyczna z Oświęcimia.

Prognozy: 100-140 tys. przypadków dziennie

21 stycznia ekspert z Wydziału Modelowania Matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego mówił w Polsat News o prognozach dotyczących liczby zachorowań na COVID-19 w najbliższych tygodniach. 

- W szczycie fali, gdzie przewidujemy 140 tys. stwierdzonych przypadków, będzie ich w rzeczywistości powyżej miliona. To jest bardzo szybka fala, w której każdy Polak zarazi się w ciągu najbliższych tygodni. Nikogo nie ominie infekcja omikronowa - mówił dr Franciszek Rakowski.

- Nie potrafię sobie wyobrazić co będzie jak dojdziemy do tych ponad 100 tys. zakażeń. SOR-y nie są z gumy. Łóżka covidowe możemy dostawiać, ale przepustowości SOR-ów nie zmienimy. A jeżeli przyjeżdża kilka, kilkanaście karetek równocześnie, to one muszą czekać, aż zwolni się miejsce - mówi Piotr Dymon, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych.

- My pamiętamy jak w szczycie czwartej fali staliśmy w kolejce i czekaliśmy dosłownie na zgon. Osobiście miałem taką sytuację, że usłyszałem stojąc z pacjentem: "Jak kogoś wypiszemy albo ktoś umrze, to przyjmiemy waszego pacjenta". W całym województwie nie było żadnego wolnego miejsca. Miejsce w końcu się zwolniło. Wieczorem. Więc raczej nie był to wypis - wspomina Adrian Cichawa.

System padnie. "SOR-y nie są z gumy, a my jesteśmy tylko ludźmi"

Ratownicy są przekonani, że przy kolejnych rekordach liczby zakażeń, sytuacja się powtórzy.

- Nie wiem czy jesteśmy na to gotowi. Sprzęt, łóżka, a nawet i dodatkowe karetki, które planuje się uruchomić, może i się znajdą, ale pytanie czy będzie miał kto w nich pracować. Nie tylko ratowników medycznych brakuje, cała ochrona zdrowia boryka się z brakiem personelu. Pracujemy ponad własne siły, aby "łatać dziury" w grafiku. Niestety, nie jesteśmy robotami, jesteśmy przemęczeni, wypaleni i również chorujemy. Koronawirus nas też nie oszczędza - mówi Agnieszka Kubica.

Ratowniczka sama od kilku dni boryka się z covidem.

- Tych medyków naprawdę nie ma już skąd brać. Ja pracuję w dwóch miejscach. Gdybym sobie założył, że poświęcam cały miesiąc na to, żeby tylko pracować, czyli 700 godzin, to nie byłoby najmniejszego problemu ze znalezieniem pracy, bo codziennie ktoś gdzieś chce jakiś dyżur oddać. Problem robi się zwłaszcza w zespołach dwuosobowych, gdzie jeśli jedna osoba wypadnie i nie znajdzie się zastępstwa, to zespół stoi, nie jeździ. Strach pomyśleć, co się może dziać jak faktycznie dojdziemy do tych 100-150 tys. zakażeń - mówi Piotr Dymon.

Naród przyzwyczajony do dawania rady

- A ja myślę, że jesteśmy narodem tak przyzwyczajonym do wychodzenia z najgorszych opresji, że siłą rzeczy damy radę. Tylko pytanie: jakim to będzie kosztem - mówi Adrian Cichawa.

I dodaje: - Zapewne na wiosnę politycy ogłoszą triumf, że się udało, że pokonaliśmy piątą falę, ale koszty jakie poniesie społeczeństwo ciężko oszacować, myślę, że będzie dużo zgonów. 

Na koniec prosi, żeby napisać jedną rzecz: - To, że do tej pory wszystko to jakoś się kręci, to zasługa tylko i wyłącznie pracowników szpitali, Od administracji począwszy, przez sekcje sprzątającą, poprzez pielęgniarki, ratowników i lekarzy. Nie polityków i organizacji systemu. Tylko 400-500 godzinom miesięcznie, które przepracowujemy. Inaczej byśmy polegli na pewno - podkreśla ratownik z Pomorza. - Tylko, że to wszystko dzieje się kosztem nas. My to sami też odchorujemy - przekonuje.

- Jesteśmy zmęczeni trwającą pandemią. Fizycznie i psychicznie. Kilkugodzinna praca w kombinezonie, widok ludzi, którzy walczą o każdy oddech i czekanie, aż znajdzie się dla nich miejsce na oddziale, odciskają swoje piętno. Słowa pacjenta: "Proszę pani, ja nie chcę umierać" zostają w głowie na zawsze - mówi Agnieszka Kubica.

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy