Reklama

Armator zabronił wjeżdżać na swoje promy elektrykami. Z obawy przed pożarem

Norweski armator, który czterema promami obsługuje ponad trzydzieści portów, jako pierwsza firma żeglugowa na świecie zakazał wjazdu aut elektrycznych na swoje jednostki. To efekt analizy bezpieczeństwa po pożarze statku "Felicity Ace", który rok temu zatonął u wybrzeży Azorów. Na dno poszło około cztery tysiące aut w tym samochody elektryczne.

Rok po pożarze na promie frachtowca "Felicity Ace", który najprawdopodobniej został wywołany przez zapalenie się przewożonego auta o napędzie elektrycznym, firma żeglugowa rezygnuje z transportu takich pojazdów. 

Statek pod banderą Panamy, przewożący około 4 tys. samochodów, zatonął po przechyleniu się na prawą burtę u wybrzeży Azorów około rok temu. Wrak "Felicity Ace" uległ zupełnemu wypaleniu i poszedł na dno podczas holowania do portu. Na pokładzie znajdowały się tysiące samochodów, które miały trafić do USA. Wśród nich 1100 modeli marki Porsche, 186 marki Bentley i około 2700 innych aut. Dokładnej przyczyny pożaru nie udało się ustalić.

Reklama

Norweski armator: Pożar to ogromne kłopoty

Norweska firma żeglugowa Havila Kysruten AS z siedzibą w Fosnavåg na wyspie Bergsøya na zachodzie kraju zaprzestała przewozu aut elektrycznych, hybrydowych i wodorowych. Cztery promy tego armatora kursują na trasie Bergen - Kirkenes, zawijając po drodze do ponad trzydziestu portów.

- Zakaz jest wynikiem oceny bezpieczeństwa - powiedział zarządzający firmą Bent Martini portalowi TradeWinds. - Możliwy pożar w samochodach elektrycznych, hybrydowych lub wodorowych wymaga użycia zewnętrznych środków ratowniczych do ugaszenia i może stanowić zagrożenie dla ludzi na pokładzie i na (innych) statkach - powiedział Bent Martini.

Jego firma jest prawdopodobnie pierwszym na świecie przedsiębiorstwem, która rezygnuje ze świadczenia takich usług. 

- Decyzja została podjęta po analizie ryzyka, która została przeprowadzona na nasze zlecenie. Na tej podstawie zdecydowaliśmy nie przyjmować na pokład tego typu samochodów ze względów bezpieczeństwa - powiedział Lasse A. Vangstein, odpowiedzialny za komunikację w Havila Kystruten, cytowany przez "Rzeczpospolitą". 

Firma obawia się, że pożar na pokładzie może oznaczać ogromne kłopoty, w tym natychmiastową ewakuację pasażerów, gdy prom będzie na pełnym morzu.

Na morskim transporcie wytworzonych pojazdów elektrycznych polega m.in. Tesla, której auta wyprodukowane w gigafabryce w Chinach transportuje do USA i Europy koncern Hyundai Glovis.

"Konieczne schłodzenie akumulatora do 60 stopni"

Niemiecka telewizja Tagesschau zapytała o zdanie eksperta ds. elektromobilności Niemieckiego Związku Straży Pożarnych. 

Jochen Schäfer uznał decyzję armatora za "niezrozumiałą". Jego zdaniem pożar "elektryka" może być równie dobrze kontrolowany i gaszony na pokładzie statku.

Schäfer uważa jednak, że są lepsze sposoby radzenia sobie z zagrożeniem niż zakaz transportu. 

Chiny: Pożar fabryki z chemikaliami. Czarny dym nad miastem

- W przypadku samochodów elektrycznych my, jako Niemiecki Związek Straży Pożarnej, zalecamy schłodzenie akumulatora do 60 stopni Celsjusza - powiedział ekspert Schäfer. Trudność polega na dostaniu się do tych akumulatorów. "Akumulatory w samochodach elektrycznych są zamontowane na stałe, aby w razie wypadku nie wyślizgnęły się z mocowania". Z tego powodu wymagane jest specjalne przeszkolenie, jak skutecznie gasić i chłodzić akumulatory w sytuacjach awaryjnych - wskazuje Tagesschau.

Ugaszenie takiego pożaru jest trudne i dzieje się tak także na lądzie przy dobrym dojeździe jednostek gaśniczych. 

Tagesschau przypomina, że pod koniec grudnia zapaliła się na autostradzie niedaleko Magdeburga ciężarówka wyładowana samochodami elektrycznymi. Ruch był sparaliżowany przez wiele godzin. W połowie stycznia podobny pożar miał miejsce niedaleko miasta Ulm. Tam także autostradę trzeba było zamknąć na kilka godzin. 

Pożar elektryków na morzu ekstremalnie groźny

Niemiecka Federalna Agencja Morska jest sceptyczna wobec transportu elektryków statkami. Marynarze są według niej szkoleni do gaszenia ognia na pokładzie, ale "to nie zawodowi strażacy" - twierdzi jej rzeczniczka.

Christian Bubenzer, ekspert do spraw bezpieczeństwa na statkach powiedział z kolei, że bez odpowiedniej liczby strażaków i dodatkowego sprzętu zlokalizowanie pożaru na statku nie będzie równie łatwe jak na lądzie. Przyznał jednak, że firmy żeglugowe zauważyły problem. 

Wielogodzinny pożar na statku jest wystarczająco groźny. Jednak pożary aut elektrycznych są szczególnie niebezpieczne ze względu na ich intensywność oraz długi czas trwania. W dodatku wydzielają się wtedy toksyczne gazy takie jak kwas fluorowodorowy i fosforowodór.

Wielki pożar w popularnym kurorcie. Sto luksusowych jachtów poszło z dymem

- Jest to szczególnie groźne w zamkniętych ładowniach promów - mówi Bunbenzer, który przypomina, że ugaszenie samochodowych akumulatorów może trwać nawet 24 godziny. Dodaje także, że by oszczędzić miejsce auta są parkowane na statkach bardzo blisko siebie. To utrudnia dotarcie do nich, a co dopiero akcję gaśniczą. Jednak z tego względu ogień ma także ułatwione zadanie. Błyskawicznie rozprzestrzenia się na kolejne auta.

Bubenzer przypomniał także, że już obecnie obowiązują pewne regulacje zawarte w "Międzynarodowym kodeksie morskim dotyczącym towarów niebezpiecznych". Zakłada on na przykład oddzielne miejsca parkingowe dla załadunku aut elektrycznych i "wymagania bezpieczeństwa i normy" dla baterii litowych - poinformował.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy