Reklama

Reklama

Jak powiedzieć, że to koniec. Lekarze i rozmowy o umieraniu

Mam bardzo przykrą wiadomość. Pani mąż zmarł o 2 w nocy – mówi Marta, młoda lekarka w trakcie specjalizacji z neurologii. To ona była przy łóżku mężczyzny, gdy umierał. Po wszystkim usiadła sama i płakała. – Rodzina nigdy się nie dowie, że ja też przeżywam żałobę – tłumaczy. Prof. Aldona Katarzyna Jankowska, specjalistka w dziedzinie komunikacji medycznej przyznaje, że takie rozmowy są niezwykłym obciążeniem dla rodziny, ale też dla lekarzy. W Polsce nie ma dla nich pomocy psychologicznej, sami muszą radzić sobie ze śmiercią pacjentów.

- Co tak to długo trwa? - zapytał Martę mężczyzna, któremu kilka chwil wcześniej zmieniła kroplówkę. To był pierwszy rok jej studiów, pierwszy kontakt z pacjentem w czasie praktyk w szpitalu. Odwróciła się, żeby odpowiedzieć. Była pewna, że jest poirytowany, bo procedura trwała za długo. Pacjent był młody, ale nie zostało mu wiele czasu - nowotwór rozsiał się po jego organizmie. Studentka medycyny spojrzała na mężczyznę, a on zapytał: - Co tak długo trwa to umieranie?

Nie odpowiedziała. 

Od tego dnia minęło dziewięć lat, a doktor Marta wciąż ma w pamięci tamtą rozmowę. - Noszę ją w sobie do dziś. Pamiętam dobrze, który to był oddział, sala, łóżko. Wtedy pierwszy raz spotkałam się z bezradnością medycyny. Stanęłam jak wryta i nie miałam nic mądrego do powiedzenia - opowiada. Ta rozmowa w pewnym stopniu ukształtowała jej dalszą karierę, bo młoda lekarka zainteresowała się wtedy komunikacją medyczną. 

Reklama

Co powiedziałaby dzisiaj temu mężczyźnie? - Wciąż nic, ale nie uciekłabym, tak jak wtedy. Okazuje się, że milczenie nie jest najgorszym, co możemy zaoferować. Usiadłabym i spędziła z nim czas. Wtedy uciekłam nie tylko od pacjenta, ale też od swoich własnych emocji - przyznaje.

Komunikacja medyczna

Prof. Aldona Katarzyna Jankowska w czasie zajęć z onkologii dziecięcej pozwoliła swoim studentom na spotkanie z dzieckiem chorym na białaczkę i jego rodzicami. - Intencją tych zajęć było, by nauczyli się zadawać pytania właściwe z punktu biomedycznego - tłumaczy lekarka. Grupa miała dowiedzieć się, jakie były pierwsze objawy, by obudzić w sobie czujność onkologiczną. Wrócili i zapytali: "pani doktor, wysyłacie nas do ludzi w tak trudnej sytuacji, oni przed chwilą dowiedzieli się, że ich córeczka ma nowotwór, a my nie wiemy jak z nimi rozmawiać. Czy nie powinniśmy mieć zajęć z tego zakresu?". To był jeden z powodów, dla którego prof. Jankowska 10 lat temu zainteresowała się komunikacją medyczną. 

Zaczęła od sprawdzenia, czy na najlepszych zagranicznych uniwersytetach - Harvard i Cambridge - są prowadzone takie zajęcia w ramach studiów medycznych. - Okazało się, że tak i to w bardzo rozbudowanej formie - mówi. Dodaje, że jej celem było zaimplementowanie takiego nauczania w Polsce. - Udało się, bo dzisiaj prowadzimy takie zajęcia. Nie byłam oczywiście jedyną osobą, która tego chciała. Dzisiaj na wielu uczelniach w kraju jest komunikacja medyczna - przyznaje prof. Jankowska.

Słabość i żałoba

Mówi się, że śmierć jest częścią pracy lekarzy. - Taka odpowiedź przychodzi nam dość machinalnie. Kiedy jednak zaczynamy rozmawiać o konkretnych ludziach i ich rodzinach, to na wierzch wychodzą emocje. Jest w nas taka żałoba po pacjentach, zwłaszcza tych, z którymi mieliśmy długo kontakt. Nosimy w sobie pamięć o tych osobach - mówi doktor Marta.

- Zamiast dusić emocje w sobie powinniśmy przyznać się do tego, że leczenie pacjentów wpływa na nasze samopoczucie. Pomocna byłaby też pomoc psychologiczna dla lekarzy. W Polsce jednak takich rozwiązań nie ma - dodaje. 

Badania na populacjach lekarzy wskazują jednak, że odczuwanie żałoby po pacjencie jest postrzegane jako zachowanie nieprofesjonalne, słabość. - Ci, którzy przeżywają śmierć podopiecznego, bywają stygmatyzowani - przyznaje Marta. Z tego samego badania wynika, że nieprzepracowana żałoba może wywoływać irytację i niecierpliwość u lekarza.

Wiele zależy też od zespołu, w jakim się pracuje. - Bywa, że emocje są akceptowane, ale nie zawsze. Jeśli zgony zdarzają się rzadko, to jest miejsce na wsparcie od współpracowników. Ja go doświadczałam, natomiast wiem, że nie jest to normą - mówi z kolei prof. Jankowska.

Wspomina konferencję onkologów dziecięcych w Tokio, na której poruszana była kwestia wsparcia po stracie podopiecznego. W krajach skandynawskich lekarze objęcie są profesjonalnym wsparciem psychologicznym, w Afryce natomiast cały zespół idzie razem potańczyć, spędzić wspólnie czas, by nikt nie czuł się samotny. - Śmierć to zawsze wyzwanie dla lekarza, ważne, żeby to przepracować, niezależnie od sposobu - dodaje profesor.

Pierwszy pacjent

W ubiegłym roku, gdy doktor Marta była już asystentką na neurologii, przyjęła na oddział mężczyznę po udarze. Od początku informowała jego żonę o tym, że stan męża jest poważny. Udar obejmował dużą część tkanki mózgowej, przez co  nie było z nim logicznego kontaktu. Medycy wdrożyli leczenie, jednak nie było na tyle skuteczne, na ile mogli oczekiwać. - Choroba z nami wygrała i pan zmarł. Byłam na dyżurze i przekazano mi, że jego stan się pogarsza. Nie mogliśmy nic już zrobić, poszłam do niego i po prostu byłam przy nim przez te ostatnie minuty. Myślę, że to ważne, żeby ktoś była przy nas w chwili śmierci - opowiada doktor Marta. 

Wszystko działo się bardzo szybko, żona nie miałaby szans na dotarcie do szpitala. - Nie chciałabym też nikogo stawiać w sytuacji, że może nie zdążyć na ten ostatni kontakt. To mogłoby być bardzo dużym obciążeniem psychiczny - mówi. Informację o śmierci przekazała żonie telefonicznie. - Nie jest to może najlepszy sposób, ale najbardziej optymalny, by jak najszybciej rzetelnie poinformować rodzinę, że osoba bardzo im bliska odeszła - dodaje lekarka.

Ułożyła sobie w głowie, co chce powiedzieć. Zaczęła od zdania ostrzegawczego: "Mam dla pani przykrą wiadomość". Później było zwięzłe: "Pani mąż zmarł o 2 w nocy". I milczenie, by pozwolić osobie po drugiej stronie przepracować swoje emocje. Choć lekarka była przygotowana, to rozmowa kosztowała ją wiele stresu. - Rodziny pacjentów o tym nie wiedzą, ale to dobrze - podkreśla.

Inaczej sytuacja wygląda na oddziałach dziecięcych. Zna to doskonale prof. Jankowska, która specjalizuje się w onkologii i hematologii dziecięcej. Pamięta śmierć swojego pierwszego małego pacjenta. Rodzice byli przy nim, trzymali za ręce. - Kiedy dziecko zmarło jego mama mnie przytuliła. Towarzyszenie temu odejściu to była zupełnie wyjątkowa sytuacja, choć bardzo trudna - mówi.

Na zawsze w pamięci zapisał jej się też obraz rodziców leżących na szpitalnym łóżku ze swoim zmarłym synkiem. - W zderzeniu ze sprawami tak ostatecznymi, jak śmierć dziecka, niemożliwe jest, by nie odczuwać żadnych emocji. Niezależnie od tego, jaką się ma osobowość - twierdzi. 

Protokół "Empatia"

Prof. Jankowska wie, że przekazywanie niepomyślnych informacji jest dużym obciążeniem dla lekarzy, dlatego stworzyła narzędzie, które ma ich wesprzeć i pomóc robić to właściwie. Mowa o protokole opartym na akronimie słowa "empatia". Rozdziela on przekazywanie złych wiadomości na etapy, które zwracają uwagę na kontekst humanistyczny.

- Kwintesencją protokołu są słowa "empatia - prawda i nadzieja". Nigdy prawda bez nadziei i nigdy nadzieja bez prawdy - mówi.

Protokół został przetłumaczony na język angielski, francuski, rosyjski i chiński, jest stosowany w wielu uczelniach na świecie w kształceniu kompetencji komunikacyjnych w medycynie. Dotyczy on sytuacji, w których wykryto ciężką chorobę, ale celem rozmowy jest uświadomienie chorego, że nie traci kontroli nad swoim życiem, ma wyjść z niej wzmocniony, mimo iż jest ona trudna.

Nie zawsze jednak można pacjentowi dać nadzieję. - To jest zawód społeczny i żadne technologie tego nie zmienią. Jesteśmy odpowiedzialni za leczenie pacjentów, ale również za pracę z nimi i przekazywanie tragicznym informacji. Trzeba podkreślić to dla osób, które rozważają tę ścieżkę zawodową - mówi doktor Marta. 

Wspomina pacjentkę, u której rozpoznała stwardnienie zanikowe boczne. - To choroba, na którą cierpiał Stephen Hawking - wyjaśnia. Jest nieuleczalna, prowadzi do osłabienia mięśni, również tych odpowiedzialnych za połykanie i mowę, w konsekwencji czego chory staje się niewydolny oddechowo. - Kilka dni spędziłam na tym, by przygotować się do tej rozmowy. Chciałam móc zaproponować coś pacjentce, nawet jeśli nie było to leczenie. Szukałam informacji o grupach wsparcia, rehabilitacji, pomocy psychologicznej - wylicza.

Dla młodej lekarki to właśnie bezradność jest najgorszym, z czym musi się mierzyć w pracy. Pojawia się poczucie porażki, zwątpienie w możliwości medycyny. - To dla mnie trudniejsze niż mówienie o śmierci - przyznaje. Dodaje: - Mam w sobie zgodę na to, że nie wszystkim można pomóc, a leczenie jest czasami przedłużaniem cierpienia. Śmierć nie jest najgorszym, co może człowieka spotkać.

***

Prof. Aldona Katarzyna Jankowska - pediatra, specjalista onkologii i hematologii dziecięcej. Twórca i prezes Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej.  

Doktor Marta - młoda lekarka w trakcie specjalizacji z neurologii. Jej imię w tekście zostało zmienione z uwagi na obawy przed reakcją pacjentów i personelu medycznego. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy