Reklama

Reklama

"Kajko i Kokosz" to wstyd i demoralizacja. Trzeba ich poprawić

Obejrzałem pierwszy odcinek serialu "Kajko i Kokosz" i wciąż nie mogę wyjść z oburzenia. Jak to się stało, że popularny serwis streamingowy dopuścił dzieło tak archaiczne, tak niepoprawne, tak wsteczne, tak zmaskulinizowane? Miejmy nadzieję, że twórcy wkrótce zostaną przywołani do porządku i to ewidentne przeoczenie naprawią.

W czasach kiedy reżysera "Seksmisji" nawołuje się, by przeprosił, gdy z konkursu oskarowego wykluczone mają być dzieła niezawierające w dostatecznych ilościach należytych wątków, gdy planuje się wymazanie z ludzkiego dorobku takie jego błędne dokonania jak "Przeminęło z wiatrem", to niedopatrzenie wydaje się wręcz szokujące. Jak to mogło przejść?

Reklama

Większość bohaterów animowanej ekranizacji komiksu to mężczyźni. Wyłącznie mężczyźni odgrywają przywódcze role. Kobiety to co najwyżej czarownice bądź "zrzędliwe baby". Całość jest afirmacją siły fizycznej i przemocy stosowanej przez głównych, męskich bohaterów, postaci ewidentnie wychowane w paternalistycznej kulturze. Negatywni bohaterowie jako żywo mogą być kojarzeni z naszymi zachodnimi sąsiadami, przede wszystkim dawnymi żołnierzami czy rycerzami niemieckimi, co budzić może niezdrowe resentymenty i nacjonalizmy w zjednoczonej, odmienionej i cywilizowanej Europie, która powinna być dla nas źródłem inspiracji i wzoru. Co więcej, główni bohaterowie mają typowo słowiańskie cechy (imiona), rustykalny, zaściankowy styl życia, co tym bardziej może wzmacniać antyeuropejski, szowinistyczny przekaz umacniając niechęć do lepszej integracji ze światem. Fabuła skonstruowana jest tak, że niewyrobiony młody widz może z nimi sympatyzować.

Tę niebezpieczną, demoralizującą i opartą na stereotypach produkcję do końca dyskwalifikuje brak, w pierwszym odcinku, osób jednoznacznie nieheteronormatywnych, czarnoskórych, transpłciowych. Niewątpliwie wszystkich tych - trudnych do uznania za przypadkowe przeoczeń - nie można uzasadnić przywiązaniem twórców do komiksowego oryginału, który powstał w innych czasach, obarczony ewidentnym intelektualnym deficytem twórcy, wynikającym z nieświadomości negatywnych uwarunkowań tworzonego przez niego pozytywnego obrazu opresyjnego, zacofanego nadwiślańskiego społeczeństwa.

Problem jest szerszy. Nie tylko opowieść o "Kajce i Kokoszu", bez względu jak bardzo nie bawiłyby ofiar dawnego zaścianka i kruchty, dziś nadaje się na przemiał lub do głębokiej zmiany. Historia "Tytusa, Romka i A’Tomka" jest w pełni zmaskulinizowana, zupełnie marginalizująca rolę kobiety. Piętnuje także i podkreśla odmienność, nieokrzesanie, "pocieszność", przedstawiciela innego gatunku - tytułowego Tytusa. Także tu brak zupełnie brak problematyki mniejszości seksualnych, a sam twórca pod koniec życia obnosił się z nachalnym patriotyzmem i kombatanctwem zupełnie nie przystającym do naszych czasów.

Czy więc film rysunkowy, który zdołał już zdobyć pewną popularność wśród widzów, szczególnie tych najmłodszego pokolenia, należy wymazać, zakazać, przeprosić za niego i zapomnieć? Wydaje się, że nie. Wystarczy zwrócić uwagę, że wiele produkcji serialowych w trakcie kolejnych sezonów pod wpływem celnych uwag i uświadamiania scenarzystów zmieniała swój charakter wprowadzając treści pożądane z perspektywy właściwego rozwoju społecznego, a także postępu cywilizacyjnego. Tym lepiej, że ta, docierająca także do potomstwa bardziej upośledzonej części społeczeństwa (mieszkańców Polski B, uczestników nabożeństw religijnych, wyborców tych co wiadomo, kibiców, niżej podpisanego i tym podobnych) może w sposób niezauważony je edukować.

Na początek wystarczyłoby dwóch głównych bohaterów powiązać relacją seksualną, a zbójnika Łamignata uczynić osobą transpłciową, która zamiast okrzykiem "lelum polelum", nawiązującym do archaicznego i całkowicie nieaktualnego poety Słowackiego, legitymuje się błyskawicą i progresywnym hasłem "Wyp...ć!".               

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy