Reklama

Reklama

Ze szkoły i z domu. Zza biurka i z kanapy. Edukacja po roku pandemii

Katar masz! Zaraz nas przez ciebie zamkną! – wytyka pierwszak drugiemu pierwszakowi. Najmłodsi do zdalnej szkoły wracać nie chcą. Z domów zaś wciąż uczą się uczniowie szkół średnich i klasy IV-VIII, w tym Daniel, który podczas lekcji przechodzi kolejne levele ulubionej gry. Jego mama, by go kontrolować, wyjęła mu drzwi z framugi i "przyniosła" swoją pracę do domu. Lidia, polonistka pracująca z kanapy w salonie mówi, że "na lekcjach" jest 24 godziny na dobę, bo aplikacje się nie wyłączają, a uczniowie nie dają o sobie zapomnieć. Dyrektor podstawówki pyta: - Kiedy będzie normalnie? I co to znaczy "normalnie"?

Specjalnie wydzielone wejście, dezynfekcja rąk, obowiązkowa maseczka zakrywająca usta i nos. Teraz można wejść do Szkoły Podstawowej nr 51 w Lublinie. Dziś, rok po pojawieniu się pierwszego zakażenia koronawirusem w kraju, w takich placówkach częściowo odbywają się lekcje stacjonarne. Łącznie do tej szkoły uczęszcza 1400 uczniów. Pracuje tu 160 nauczycieli.

Reklama

Na korytarzu panuje jednak cisza. Znanego wszystkim gwaru, śmiechu, przekrzykiwania się dzieci - nie ma.

Wejście do sekretariatu odgradza czerwona taśma. Panie sekretarki siedzą za biurkiem i szybą z pleksi. Mają maseczki, ale widać, że uśmiechają się serdecznie. Zaraz obok jest gabinet dyrektora, Marka Krukowskiego.

- Pani przygotowuje tekst na 4 marca, a w edukacji wszystko wywróciło się do góry nogami nieco później, bo 11 marca - przypomina. Z szuflady biurka wyjmuje ubiegłoroczny kalendarz. Wertuje. Pierwsze dni marca są pełne spotkań. Od 4 - hasła "odwołane". Później już przekreślone dni, całe kartki. To znak, że szkoły zaczęły przechodzić covidową transformację.

Jak te zajęcia wyglądają teraz? - Stacjonarnie uczą się klasy I-III. Miały być słynne "bańki", czyli jeden nauczyciel na klasę, uczniowie niekontaktujący się z innymi na korytarzach czy stołówkach. Tych baniek nie ma. Sama się pani przekona - mówi dyrektor.

Stacjonarnie w szkole

17 uczniów w klasie. To pierwszaki, nie znali się przed pandemią. Kolorują 15-centymetrowe linijki w kształcie żyrafy. Siedzą obok siebie, pożyczają sobie kredki i flamastry. Chodzą po sali. Układają linijkowe żyrafy na podłodze i kładąc się obok nich sprawdzają, ile mają wzrostu.

Wygląda to jak w czasach sprzed epidemii. Jedyne, co się wyróżnia, to maseczka na buzi jednego ucznia.

- Rodzice spytali, czy może przyjść do szkoły, bo co prawda nie ma kataru ani gorączki, ale pokasłuje czasami. Obiecali, że będzie zakrywał usta i nos. Zgodziliśmy się - mówi wychowawczyni klasy Halina Wróbel.

Nauczycielka prowadzi większość zajęć z tą klasą, ale religię i język angielski dzieci mają już z kimś innym. Tak wygląda w praktyce wspomniana wcześniej "bańka".

- Mimo wszystko bardzo się cieszę, że już jesteśmy w szkole. W pierwszym tygodniu po powrocie nie było zajęć dydaktycznych. Dzieci potrzebowały wspólnego kontaktu, zabawy, więc skupialiśmy się na integracji klasy. Później zaczęliśmy stopniowo wracać na normalny tor nauki. Muszę przyznać, że uczniowie nie mają braków z czasu zdalnego nauczania. Rodzice im bardzo pomagali - mówi wychowawczyni.

Kończy się lekcja. Dzieci ustawiają się w parach przed drzwiami. Każde z nich pamięta, by założyć maseczkę. Nieliczni jednak mają zakryte i usta, i nos. Wychowawczyni odprowadza je i wraca na moment do sali.

- Dzieci boją się pandemii. Pytają, czy na pewno będą się uczyć już tylko stacjonarnie. Palcem wytykają tych, którzy mają katar. Mówią: "zaraz nas przez ciebie zamkną" - dodaje Halina Wróbel.

Jest przerwa. W końcu słychać przemieszczające się między klasami dzieci.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje