Reklama

Reklama

Wybuch epidemii koronawirusa. Kto jest "pacjentem zero"?

Koronawirus zbiera śmiertelne żniwo i rozprzestrzenia się na kolejne kraje. W regionie, w którym doszło od wybuchu epidemii, trwa polowanie na "pacjenta zero" - pisze BBC. Jakie skutki może przynieść jego wskazanie?

Chińskie władze i eksperci próbują ustalić, kto w związku z epidemią koronawirusa, jest tzw. pacjentem zero.

Reklama

Terminu tego używa się do określenia pierwszej osoby, u której rozwinął się dany wirus, czy bakteria, powodując wybuch epidemii. 

Jak informuje BBC, postępy w analizie genetycznej umożliwiają wyśledzenie wirusa poprzez osoby zainfekowane. W połączeniu z badaniami epidemiologicznymi naukowcy są w stanie stwierdzić, kto mógł być pierwszą osobą, od której zaczęła się rozprzestrzeniać choroba.

Zidentyfikowanie "pacjenta zero" może pomóc w udzieleniu odpowiedzi na kluczowe pytania: jak, kiedy i dlaczego doszło do wybuchu epidemii? Takie informacje są dla badaczy szczególnie cenne i w rezultacie mogą zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się choroby.

Niestety, w przypadku koronawirusa Covid-19 , dotychczas nie udało się ustalić, kto dokładnie jest "pacjentem zero".

Naukowcy mówią o pacjencie z alzheimerem

Chińskie władze na początku poinformowały, że pierwszy przypadek koronawirusa odnotowano 31 grudnia.

Epidemia wybuchła w prowincji Huabei, w mieście Wuhan. To tam do szpitali zgłosiło się najwięcej osób z symptomami nowej choroby. W Wuhanie znajduje się targ, na którym sprzedawano owoce morza, a także dzikie zwierzęta. Dość szybko pojawiały się domniemania, że wszystko zaczęło się właśnie od targu, a któreś ze sprzedawanych zwierząt mogło być źródłem infekcji.

Jednak, jak czytamy w BBC, z badań przeprowadzonych przez chińskich naukowców, opublikowanych w magazynie naukowym "Lancet", wynika, że po raz pierwszy koronawirusa stwierdzono u pacjenta już 1 grudnia 2019 roku. Wu Wenjuan, lekarka ze szpitala w Wuhanie i współautorka badań, powiedziała BBC, że pacjentem tym był starszy mężczyzna, cierpiący na alzheimera.

"Mieszkał w odległości kilku przystanków autobusowych od targu, na którym sprzedawano owoce morza i ze względu na swoją chorobę praktycznie nie wychodził z domu" - powiedziała. Jak dodała, w kolejnych dniach symptomy choroby pojawiły się u trzech innych osób. Dwie z nich również nie miały styczności z targiem.

Jednocześnie naukowcy ustalili, że 27 na 41 pacjentów, którzy trafili do szpitala we wczesnym stadium rozwijania się epidemii, miało kontakt z targiem.

Także według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) hipoteza, że epidemia ma swoje źródło właśnie na lokalnym targu, a wirus przeniósł się ze zwierzęcia na człowieka, jest wciąż najbardziej prawdopodobna.   

JK

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje