Reklama

Reklama

"Życie to nie cud, to kosmiczna infekcja". Czy jesteśmy sami we Wszechświecie?

- Życie to nie cud, to kosmiczna infekcja, powszechna we Wszechświecie - mówi Seth Shostak naczelny astronom Instytutu SETI. Naukowcy twierdzą, że jeśli coś żyje na którejkolwiek z planet czy księżyców w naszym sąsiedztwie, mamy realną szansę dowiedzieć się o tym w najbliższych latach.

Seth Shostak bardzo lubi kawę. Ale charyzmatyczny, siwy astronom ma szczerą nadzieję, że już za kilka lat zamiast ją pić, będzie musiał ją stawiać niemal każdemu, kogo kiedykolwiek spotkał.

- Z każdym rozmówcą zakładam się o kubek, że znajdziemy inteligentne życie w kosmosie w ciągu najbliższych 20 lat - mówił podczas naszej rozmowy przez Skype. - Albo raczej... zacząłem mówić to w 2010 roku, więc możecie sami ustalić, kiedy wypada termin - dodaje.

Reklama

A przy jego aktywności, lista chętnych może być bardzo długa. Shostak od niemal 20 lat jest naczelnym astronomem Instytutu SETI - największej na świecie organizacji non-profit zajmującej się poszukiwaniami pozaziemskiego życia. Jej cel, po dziesięcioleciach bezowocnych poszukiwań, wydaje się wreszcie na wyciągnięcie ręki. Albo macki. I, kto wie, może niemal jednocześnie przekonamy się, że życie istnieje niezależnie od siebie w kilku miejscach w naszym sąsiedztwie. 

Nie tylko Ziemia jest światem oceanów

Świat obiegła niedawno sensacyjna informacja. Amerykańsko-brytyjski zespół (z polskim wkładem) odkrył ślady możliwych chemicznych biomarkerów (czyli substancji, których obecność może świadczyć o istnieniu życia) w atmosferze może najmniej gościnnego świata Układu Słonecznego. Chodzi o Wenus, której powierzchnia z ogromnymi temperaturami i ciśnieniem kilkudziesięciu atmosfer przypomina wypełniony kwasem siarkowym szybkowar. Ludzkości nie udało się dotąd stworzyć pojazdu, który przetrwałby tam dłużej niż dwie godziny. Jeśli życie przetrwało tam 750 milionów lat, bo wtedy ostatnio planeta przypominała warunkami Ziemię, to jest o wiele odporniejsze niż sądzili nawet najwięksi optymiści. 

Jak powszechna? Jeszcze dwadzieścia lat temu wydawało się nam, że poza Ziemią, nasz Układ Słoneczny jest sterylny i niegościnny. Dzisiaj światów, o których uczeni sądzą, że mogłyby być gościnne przynajmniej dla bakterii, jest tak wiele, że nie jesteśmy w stanie dobrze przyjrzeć się choćby części z nich. Przygotowanie dużej, międzyplanetarnej misji to proces, który trwa przynajmniej kilkanaście lat, a tymczasem w kolejce czeka już co najmniej osiem ciał niebieskich, które astrobiolodzy koniecznie chcieliby zbadać. 

I tak, nie tylko Ziemia jest światem oceanów. Ogromne zbiorniki ciekłej wody znajdują się także na co najmniej 5 innych: planecie karłowatej Ceres, Enceladusie, czyli lodowym księżycu Saturna oraz aż trzech księżycach Jowisza: Kalisto, Ganimedesie i Europie. Na wszystkich z nich woda jest najprawdopodobniej słona i przykryta grubą warstwą lodu, ale jest jej naprawdę mnóstwo. Stosunkowo niewielka Europa, mniejsza od ziemskiego Księżyca, ma więcej ciekłej wody niż zawierają wszystkie oceany na naszej planecie razem wzięte. 

Do tego zarówno ona, jak i Enceladus, przejawiają oznaki aktywności wulkanicznej. To ekstremalnie ważne, bo wiemy, że tu, na Ziemi, podmorskie wulkany są niezwykle gościnne dla żywych istot, które tworzą na nich bogate ekosystemy, barwne oazy na martwych, mrocznych pustkowiach głębokiego oceanu. Takie wulkaniczne dżungle istnieją bez jakiegokolwiek kontaktu ze Słońcem - wulkan stanowi jedyne źródło energii dla zamieszkujących je istot. Jeśli istnieją tam, to w połączeniu z powszechnym występowaniem związków organicznych, oba księżyce mają wszystkie trzy elementy konieczne, według naszej wiedzy, do powstania życia: budulec, źródło energii i ciekłą wodę. 

A to nie koniec, bo atrakcyjnym celem jest także Tytan: spowity mgłą księżyc Saturna pokryty oceanem... ropy naftowej. Po odkryciu w wenusjańskich chmurach, astrobiolodzy zerkają też z zainteresowaniem na atmosfery Jowisza czy Saturna. O Marsie i Wenus nie trzeba chyba wspominać. Ten pierwszy jest już, poza Ziemią, najlepiej przebadanym przez ludzkość ciałem niebieskim, a próby znalezienia tam życia czy jego pozostałości, są jedną z najważniejszych motywacji naukowców. 

"Wiemy gdzie szukać, wiemy jak szukać"

- Będziemy mieli silne poszlaki o istnieniu życia pozaziemskiego w ciągu dekady, a zdecydowane dowody w ciągu 20 do 30 lat - mówiła 5 lat temu ówczesna główna naukowiec NASA Ellen Stofan. - Wiemy gdzie szukać, wiemy jak szukać. W większości przypadków mamy właściwą technologię. Ale nie mówimy o małych zielonych ludzikach, tylko o maleńkich mikrobach - powiedziała.

Wtórował jej były astronauta John Grunsfeld: "Sądzę, że to cel, który osiągniemy za jedno pokolenie, jeśli idzie o Układ Słoneczny i kolejne pokolenie, jeśli idzie o planety wokół innych gwiazd".

Tyle że na razie możemy tylko spekulować. Przygotowanie tradycyjnej, dużej misji międzyplanetarnej zajmuje w najlepszym przypadku dekadę planowania, konstrukcji pojazdu, testów i wreszcie lotu. Ale to może się wkrótce zmienić, bo w poszukiwanie życia poza Ziemią zaczynają angażować się prywatni gracze z dużymi pieniędzmi. 

"Znalezienie życia gdziekolwiek poza Ziemią byłoby epokowym wydarzeniem" - pisze w przekazanym prasie oświadczeniu Yuri Milner. Rosyjski miliarder i inwestor, jeden z większych udziałowców Facebooka, Twittera i AirBnB, chce sfinansować misję, która ma poszukać śladów pozaziemskiego życia. Na początek na Wenus.

Nie jest jedyny, bo swoją własną misję wenusjańską zapowiedziała też budująca lekkie rakiety nośne firma Rocket Lab. Misja ma być przygotowana ekspresowo i zbadać ślady fosfiny w wenusjańskich chmurach już za 3 lata. Miliarder-gwiazdor Elon Musk także może zaangażować się w podobne badania, bo sam przyznaje od lat, że głównym celem jego działalności jest kolonizacja Marsa. 

Na ratunek przychodzą... telefony

Jeszcze niedawno, nawet najbardziej opętany pragnieniem dokonania czegoś epokowego miliarder, miałby problem z udźwignięciem ciężaru takiej misji. Flagowe, międzyplanetarne misje NASA kosztują zwykle miliardy - badająca do niedawna Saturna sonda Cassini kosztowała 3,26 mld dolarów. A nawet "tanie" misje programu Discovery to cena rzędu 500 mln. Ale tu w sukurs przychodzą... telefony komórkowe.

Zaprojektowana na ich potrzeby elektronika - tania, lekka, mała i bardzo energooszczędna - równie dobrze co do sprawnego przeglądania TikToka nadaje się do sterowania satelitami i sondami międzyplanetarnymi. Najczęściej wysyłanymi dziś na orbitę satelitami są tak zwane cubesaty - elektroniczne kostki mieszczące się w dłoni, a wykonujące zadania, które jeszcze kilkanaście lat temu wymagały wystrzelenia pojazdu wielkości trzydrzwiowej szafy. Pierwsze odwiedziły już Marsa (z sukcesami) i Wenus (bez). A teraz, za prywatne pieniądze, mogą stworzyć prawdziwą badawczą armadę: cena jednej mikrosondy wraz z kosztem jej wystrzelenia, nie przekroczy 10-20 milionów dolarów. Jeśli coś żyje na którejkolwiek z planet czy księżyców w naszym sąsiedztwie - mamy realną szansę dowiedzieć się o tym w najbliższych latach. 

Ale prawdziwą sensacją i, jak wieszczą niektórzy, rewolucją w tym, jak widzimy nasze własne miejsce we wszechświecie, byłoby odkrycie kogoś podobnego do nas. Kogoś, z kim moglibyśmy porozmawiać. Nie tylko życia, ale życia inteligentnego i zdolnego do komunikacji na kosmicznych dystansach. 

Najważniejszym dziś ośrodkiem szukającym takiego właśnie życia jest Instytut SETI. 

Pierwsze celowe próby poszukiwania sygnałów obcych cywilizacji miały miejsce w 1960 r., kiedy astronom Frank Drake skierował swój 26-metrowy radioteleskop w stronę dwóch podobnych do Słońca gwiazd. W ciągu kolejnych 60 lat naukowcy przeszukali miliardy gwiazd, ale naprawdę tajemniczych sygnałów było tylko kilka. Zupełnie niewytłumaczalnych inaczej, niż sygnałem od Obcych - zero. 

Upór, szczęście i statystyka

8 września zakończyła się najnowsza próba wypatrzenia obcych cywilizacji: australijscy astronomowie posługujący się radioteleskopem Murchison Widefield Array szukali w gwiazdozbiorze Żagla sygnałów podobnych do tych nadawanych przez ziemskie radio FM. Przesłuchali przez 17 godzin 10 milionów gwiazd. Bezskutecznie. 

Ale, choć wielu ludzi machnęło już ręką na szukanie Obcych, wielu astronomów uważa, że to poważny błąd. Po prostu trudno nam ogarnąć skalę wyzwania. 

W 2014 roku, podczas przygotowywanego przez NASA Sympozjum Innowacyjnych Zaawansowanych Koncepcji na Uniwersytecie Stanforda, astronom z Uniwersytetu Pensylwanii przedstawił obliczenia, z których wynika, że do tej pory posłuchaliśmy zaledwie 0.00000000000000058 proc. spośród wszystkich możliwych miejsc w odległości do 33 tys. lat świetlnych od nas, w których może ukrywać się obca cywilizacja. To niewiele więcej, niż połowa średnicy Drogi Mlecznej. 

- To jak wanna pełna wody przy wszystkich oceanach Ziemi. Albo kwadrat pięć na pięć centymetrów przy obszarze wszystkich lądów Ziemi - mówił Kanodia.

Potrzeba więcej czasu, więcej teleskopów i - przyziemnie - więcej pieniędzy na ich pracę. I tu, znów, pojawiają się znany już miliarder Yuri Milner. - Zrozumiałem, że mogę dać od siebie coś nauce - powiedział 56-latek, z wykształcenia fizyk. W 2015 r. przeznaczył 100 mln dolarów na 10-letni program poszukiwania inteligentnego życia. Chce w ciągu dekady przeszukać milion gwiazd, gromadząc dane stukrotnie szybciej niż jakiekolwiek inne wcześniejsze badania. 

W ostatecznym rozrachunku tropienie Obcych to kwestia uporu, szczęścia i statystyki. - Wiemy, że mniej więcej jedna na pięć gwiazd w naszej Galaktyce ma co najmniej jedną planetę, na której potencjalnie mogą istnieć warunki do powstania życia -  opowiadał niedawno Shostak na sympozjum SETI. - To fantastycznie wielka liczba. Dziesiątki miliardów światów podobnych do Ziemi tylko w naszej Galaktyce - mówił.  

Jest przekonany, że nie uda mu się zaoszczędzić na kawie. 

Wojciech Brzeziński Tygodnik Polsatnews.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy